Krasnoludki są na świecie
Przepis na udany weekend z przyjaciółmi jest prosty.
Za sprawą słoików z sałatką warzywną, kanapkami z gorgonzolą i gruszką, ciasta bananowo-jabłkowego, butelki jegermajsta i talii kart, prawie pięciogodzinna podróż pociągiem minęła nam w szampańskim nastroju, mimo nieudanych prób jego popsucia przez konduktora, który zakwestionował prawo do trzydziestosiedmioprocentowej zniżki w cenie biletu dla jednego z członków naszej ekipy i zaordynował zastosowanie zniżki trzydziestoprocentowej.
Jak tylko zrzuciliśmy plecaki w naszym trzysypialniowym apartamencie odległym kilometr do dworca, szybkim spacerkiem ruszyliśmy na rynek, aby w piwnym ogródku Pod Fredrą rozkoszować się majowym słońcem, jasnym pełnym i chlebem ze smalcem.
Piątkowy wieczór spędziliśmy Pod Papugami, w samym centrum wrocławskiego rynku. Knajpa zapowiadala się świetnie, ale tylko mnie udało się zamówić rzecz godną polecenia - sałatkę z wątróbką.
Po niespiesznym, sobotnim śniadaniu z jajecznicą na szynce, pomidorami, świeżym pieczywem i kawą z Żabki, wsiedliśmy na hulajnogi.
Najpierw ZOO, któremu Warszawa zazdrości oceanarium. Potem nieciekawa hala stulecia z listy dziedzictwa Unesco, w której nic się nie dzieje, kolorowy pokaz fontann z muzyką, niekoniecznie wzbudzający emocje, oglądanie dziewięćdziesięciometrowej iglicy, która nie powinna stać, a stoi, romantyczny spacer po gigantycznej pergoli porośniętej bluszczem i wizyta w ogrodach japońskich, które dla mnie były i będą największą atrakcją Wrocławia.
Po obiedzie z hamburgerami z foodtraka, zwiedzaliśmy rotundę racławicką. Lubię tu wracać, aby cieszyć się żywymi obrazami Naszych bijących Ruska.
Wieczorem odwiedziliśmy festiwal pierogów z całego świata i dzielnicę czterech świątyń. Kolacja we Wrocławiu Świebodzkim, starym, nieczynnym dworcu, zamienionym w skupisko knajp i barów. W Randori zjedliśmy znakomity ramen z boczkiem, a resztę wieczoru spędziliśmy w Czeskim Filmie przy piwie.
Ostatni dzień we Wrocławiu zaczęliśmy od zwiedzania muzeum narodowego, którego nie polecam, bo jest sztampowe i nudne w przeciwieństwie do Ostrowa Tumskiego, który niezmiennie zachwyca i sprawia wrażenie jakby czas stanął tu w miejscu. Przez lata spacerujący tu zakochani przytwierdzali do żelaznego mostu tumskiego kłódki z wyznaniem swoich uczuć, nie zdając sobie sprawy, jak szybko symbol ich miłości pokryje się rdzą z rzecznej wilgoci i deszczu.
W południe zabraliśmy żeńską część naszej wycieczki na mostek pokutnic, łączący wieże kościoła Marii Magdaleny na wysokości czterdziestu pięciu metrów nad rynkiem. Panie mogły na własnej skórze doświadczyć czym kończy się lekkomyślność, próżność i lenistwo kobiety.
Obiad zjedliśmy w dzielnicy czterech wyznań, we włoskiej restauracji VaffaNapoli po półgodzinnym oczekiwaniu na stolik. Wszyscy jedliśmy to samo danie - spagetti frutti di mare z bottargą i karafką białego wina. Wszystkim smakowało, ale tylko ja byłem zachwycony.
Po obiedzie zwiedzaliśmy jeszcze żydowską synagogę, nieużywane żydowskie łaźnie, przepiękną aulę uniwersytetu wrocławskiego i
wdrapaliśmy się na wieżę matematyczną wieńczącą uniwersytet, z której rozpościera się piękny widok na Odrę.
Popołudnie spędziliśmy w greckiej tawernie Greco przy rynku, piwie, smażonych stynkach w oczekiwaniu na wieczorny lot powrotny do stolicy.
Miasto wszechobecnych krasnali trafia na trzecie miejsce w moim rankingu najpiękniejszych polskich miast, przed czwartym Lublinem, po drugim Krakowie i pierwszym Gdańsku.