1/100

Mój blog

Make cake, not war
Szanujący się kucharz nie może się bez niego obejść. Dla mnie jest tym czym lamborgini dla wielbiciela motoryzacji albo Tosca dla entuzjasty opery. Występuje niemal w każdym programie kulinarnym i zagrał także w wielu filmach fabularnych.

Mojego pierwszego Kitchenaida kupiłem w 2008 roku w Stanach za 299 dolarów. Zakochałem się od pierwszego ciasta, chociaż już sam jego widok może zawrócić w głowie. Odlany ze stali, czarny metalik, opływowy kształt, niklowana dzieża. Ponadczasowy design, zachwycający niezmiennie od lat trzydziestych dwudziestego wieku.

Robot w moim domu nie miał szansy pokryć się kurzem i od pierwszego dnia ciężko pracował na swoją reputację. Kiedy dzieci połknęły kulinarnego bakcyla, nie było weekendu bez kolejki do stanowiska wyrabiania ciasta.

Kiedy go kupowałem, amerykański sprzedawca zapewnił mnie, że urządzenie będzie poprawnie działało po podłączeniu do polskiej wtyczki i miał rację z dokładnością do faktu, że działało znacznie szybciej. Musiałem dokupić transformator zmieniający napięcie. Jego włączanie miało jednak efekt uboczny w postaci wybijających korków, dzięki czemu moja ulica we wsi wiedziała, że będzie pieczone.

Mojego wysłużonego robota zostawiłem dzieciom. Na szczęście nic nie wskazuje na to, aby chciał przejść na emeryturę.

Tydzień przed świętami, na swoje nie-powiem-które urodziny, od paczki znajomych dostałem nowiutkiego, czerwonego KitchenAida.

Skubańcy wykoncypowali, że nie mógłbym sobie wyobrazić lepszego prezentu.

Pierwszą pracą amerykańskiej ślicznotki było wyrobienie ciasta kruchego. Zrobiła to perfekcyjnie i z gracją.

Sam już nie wiem, co sprawia mi większą przyjemność: kręcenie ciasta czy dzielenie się mazurkiem.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm