Nie mamy pańskiego płaszcza
Zawsze mocno angażowałem się w edukację sprzedawców, ekspedientów, konsultantów i pracowników call center, którzy w stosunku do mnie zachowywali się na bankier z elementarnymi zasadami obsługi klienta.
Mam to pewnie po Mamie, która i za peerelu i po osiemdziesiątym dziewiątym, w żadnej instytucji czy sklepie nie pozwalała dmuchać sobie w kaszę, ani odejść z kwitkiem.
Kiedyś zdarzało mi się wszczynać z tych powodów awantury, ostatnio jednak, być może z wiekiem, częściej dochodzę do wniosku, że skuteczniejszym narzędziem jest spokojna perswazja.
Parę dni temu wracałem do domu pociągiem intercity relacji Gdynia Kraków. Kiedy pociąg zaczął zbliżać się do mojej końcowej stacji, złożyłem laptopa i udałem się w kierunku drzwi.
Pociąg zatrzymał się na peronie, nacisnąłem przycisk otwierający drzwi, ale te ani drgnęły. Po kilku kolejnych bezskutecznych przyciśnięciach zaczęło robić się nerwowo, bo postój intercity w Piasecznie trwa tylko minutę. Razem z dwoma innymi wysiadającymi pasażerami, po jakichś dwudziestu, może trzydziestu sekundach, doszliśmy do wniosku, że drzwi nie działają i rzuciliśmy się do biegu w kierunku następnych drzwi - ja w prawą stronę, a moi współpasażerowie w lewą.
Przy kolejnych drzwiach stała młodziutka pani konduktor, która z politowaniem obserwowała mój sprint. Niestety, w chwili, w której dobiegłem do ciągle otwartych drzwi, te zaczęły się zamykać. Krzyknąłem więc do pani konduktor, dysząc: "Niech pani to zatrzyma". W odpowiedzi usłyszałem nieśpieszne "W tej chwili już nic nie da się z tym zrobić". Drzwi zamknęły się, a pociąg ruszył. Następnym przystankiem miała być Warka.
Wkurzony warknąłem do konduktorki "Jak to możliwe, że drzwi w intercity nie działają?". "Na drzwiach była kartka, której pan nie przeczytał" - brzmiała odpowiedź, a ja na to: "Droga Pani, nikt nie czyta kartek na drzwiach w pociągu, drzwi w pociągu mają działać!". A ona na to: "Jak się nie czyta, to się ma problem". Zrozumiałem, że dalsze kopanie się z koniem nie ma sensu i zażądałem rozmowy z kierownikiem pociągu.
Kierownik okazał się być starszym panem, tuż przed emeryturą i na moje zażalenie odpowiedział z pretensją godną roli kierownika szatni w Misiu: "O co panu chodzi, na drzwiach było napisane, że nie działają, a pan tego nie przeczytał".
Wiedziałem, że łatwo nie będzie, ale do Warki było jakieś dwadzieścia minut, więc miałem czas na perswazje.
Moim celem było zmuszenie kierownika do przyznania się do winy, przeprosiny i wystawienie biletu na podróż powrotną do Piaseczna.
Na początku było trudno, ale w miarę naciskania na gościa i wyciągania przeze mnie kolejnych argumentów, kierownik zaczął zachowywać się rozsądnie. Przyznał, że w pociągu nie działało czworo drzwi i że pociąg w ogóle nie powinien zostać dopuszczony do ruchu. Wystawił mi zaświadczenie o zgłoszeniu awarii drzwi, przeprosił za zaistniałą sytuację i zachowanie swojej niedoświadczonej współpracownicy, odprowadził do drzwi i życzył szczęśliwego powrotu do domu.
Na dworcu w Warce spędziłem godzinę w oczekiwaniu na osobowy, który zawiózł mnie do domu.
Bareja, gdyby żył z pewnością miałby z tej mojej okoliczności dobry materiał do filmu.