Wybory
Do wyborów zostało osiem miesięcy. Rządząca dwie kadencje drużyna dobrej zmiany, jak to pięknie kazali o sobie mówić, a w rzeczywistości banda dyletantów, malwersantów i manipulatorów, ciągle trzyma się mocno w sondażach.
Swoją pierwszą kadencję w 2015 roku wygrali zdobywając 37,58 procenta głosów, co dało im 51% mandatów w sejmie. W kolejnych wyborach w 2019 roku zgarnęli 43,59 procenta głosów, co przełożyło się na identyczne 51% mandatów w sejmie.
W ostatnich miesiącach ich poparcie utrzymuje się stabilnie na poziomie 34 procent, plus minus jeden, dwa punkty procentowe, co jest zadziwiające, kiedy patrzy się na skalę szkód, które wyrządzili temu krajowi, pieniędzy, które wyprowadzili do swoich kieszeni, drożyzny i konfliktów z Unią Europejską. Trudno mi zrozumieć jak pół tysiąca na dziecko, trzynasta emerytura i głodne kawałki o wstawaniu z kolan mogą wyłączyć zdrowy rozsądek u tak wielu moich rodaków.
W tej sytuacji odsunąć złodziei od koryta będzie niezmiernie trudno. Zwłaszcza, że nikt rozsądny nie ma żadnej wątpliwości, że dla utrzymania władzy użyją całego aparatu państwa w tym propagandy państwowych mediów oraz że jako głównego narzędzia nie zawahają się użyć oszustw i manipulacji od pierwszego dnia kampanii do ostatniego dnia przy urnach.
W tym kontekście dziwi podejście partii opozycyjnych. W sytuacji, w której znalazła się Polska ich zasranym obowiązkiem i jedyną rozsądną drogą do odsunięcie Kaczyńskiego od władzy jest pełna współpraca, mówienie jednym głosem i stworzenie jednego bloku wyborczego.
Zamiast tego, mamy rywalizację na opozycji i prześciganie się w deklaracjach, kto bardziej nienawidzi PIS-u. Nie rozumieją, że nawet jeśli idąc do wyborów oddzielnie, zdobędą w sumie niewiele ponad 50% mandatów, to ich zwycięstwo będzie kruche, nie będą w stanie odrzucać weta Dudy i zamiast sprzątania po rządach dobrej zmiany zafundują nam cztery kolejne lata bałaganu i niemocy. Nie rozumieją, że siła leży w jedności i że pójście do wyborów razem wcale nie musi oznaczać, że wobec wyborców zgubią gdzieś swoją odrębność i niezależność.
Mam pretensje do Hołowni, za to, że boi się zmarginalizowania przez Tuska i za to, że opowiada farmazony o tym, że pójście do wyborów oddzielnie da wszystkim więcej. To nie jest prawda.
Mam pretensje do Tuska, za to, że jako lider największej partii, nie chce wziąć odpowiedzialności za stworzenie jednego bloku. Największy musi oddać najwięcej, aby mogło dojść do kompromisu i nie da się zbudować koalicji na zasadzie hegemonii dużego i stłamszenia małych.
W polskim sejmie zasiada 460 posłów. Do stworzenia rządu potrzeba połowy, czyli 230 posłów. Do odrzucenia weta prezydenta potrzeba trzech piątych, czyli 276 posłów (60%). Do zmiany konstytucji potrzeba dwóch trzecich czyli 307 posłów (67%).
Obowiązującą w Polsce ordynacja wyborcza jest tak skonstruowane, że daje premię większym partiom, a małe karze za to że są małe. Przykładowo, w wyborach w 2019 roku PIS dostał premię w wysokości ponad 6 punktów procentowych, bo uzyskał 51% mandatów, przy prawie 45% zebranych głosów. Premia Koalicji Obywatelskiej wyniosła prawie 2pp, SLD otrzymało karę prawie 2pp, PSL karę 2pp, a Konfederacja karę ponad 4pp.
Oznacza to, że opozycja powinna zrobić wszystko, aby pójść do wyborów razem. Opozycja otrzyma tym więcej głosów im mniej list opozycyjnych będzie.
Przykładowo, weźmy pod uwagę jeden z ostatnich sondaży wyborczych, w którym PIS otrzymał 34.4%, KO - 27.1%, Lewica - 9.2%, Polska 2050 – 7.5%, Konfederacja – 7.4%, PSL – 6.6%. Jeśli Wszystkie cztery opozycyjne partie poszłyby oddzielnie do wyborów, to razem zebrałyby 237 mandatów – krucha większość przy czterech listach opozycji.
Gdyby Hołownia stworzył jedną listę z Kosiniakiem-Kamyszem, czyli liczba list wyborczych wyniosłaby trzy, to opozycja razem zdobyłaby 242 mandaty.
Gdyby KO poszło razem z Lewicą, a Polska 2050 razem z PSL, czyli mielibyśmy dwie listy opozycyjne, to opozycja razem zdobyłaby 252 mandaty.
A gdyby powstała jedna lista wyborcza całej opozycji, to liczba mandatów opozycji wyniosłaby 264.
Sceptycy powiedzą, że przy wspólnej liście, liczba głosów na jedną listę może być mniejsza niż suma głosów na poszczególne partie, bo część wyborców dojdzie do wniosku, że nie chce głosować na jakiś nowy, niewiele mówiący twór. Ja no to powiem, że równie dobrze liczba głosów na jedną listę będzie większa niż suma głosów na poszczególne patie, bo wyborcy dadzą takiej liście premię za jedność, czyli chętniej zagłosują na zjednoczone partie niż na partie idące do wyborów oddzielnie.
Już za osiem miesięcy zobaczymy czy opozycja pójdzie po rozum do głowy. Ja jednak coraz bardziej obawiam się, że za sprawą naszej niemądrej opozycji może nas czekać trzecia kadencja dojnej zmiany.