1/100

Mój blog

Englishman for a week
Mój kręgosłup i pogoda sprawiły, że tegoroczne ferie z ostatnim niepełnoletnim dzieckiem zamiast na stoku spędziliśmy w Anglii.
Bilety lotnicze do Luton wyhaczyliśmy w Wizzair w atrakcyjnej, jak na pocovidowe czasy, cenie 500 złotych za osobę w obie strony plus bagaż dla wygodnych w cenie 600 złotych.

Mieszkaliśmy trochę u kuzynki, którą serdecznie pozdrawiam, jeszcze raz dziękując za gościnę, a trochę w hotelu położonym w ruchliwej dzielnicy Londynu, tuż przy dworcu Paddington. Hotelik skromny, nieszastający wygodami, ale dumnie odkrywający przed nami ślady swojej niegdysiejszej, wiktoriańskiej świetności za niewygórowane, jak na stolicę imperium, 79 funtów za noc.

Londyn przemierzaliśmy głównie nogami, wykręcając dziennie minimum dwadzieścia tysięcy kroków. Ale wspomagaliśmy się także siódmym na świecie wedle długości trakcji i docierającym tu wszędzie metrem. Bilet na pierwszy przejazd - trzy stacje w pierwszej strefie za 6.5 funta - kupiłem w automacie, ale w chwilę potem odkryłem, że mają tu zainstalowane fajne rozwiązanie pozwalające na płacenie kartą zbliżeniową lub telefonem. Przy wejściu ściągają ci z karty jednego funta, a resztę dopłacasz zbliżając kartę przy wyjściu. Bilet miesięczny w pierwszej strefie kosztuje 150 funtów, a na wszystkie strefy, których jest tu dziewięć trzeba wydać 400 funtów za miesiąc.

Jednak najwięcej emocji związanych z transportem, doznałem zupełnie gdzie indziej. Nigdy nie byłem dobry w zadaniach wymagających refleksu i nie dających możliwości na poprawki. Dlatego wiedziałem, że nie zrobię kariery jako pilot, saper, ani tester spadochronów. Raz w życiu trzeba jednak spróbować wszystkiego, dlatego zdecydowałem się poprowadzić lewą stroną.
Na wszelki wypadek do umowy wynajmu samochodu dołożyłem wszelkie możliwe opcje ubezpieczenia, ale i tak miałem pełno w gaciach kiedy odpalałem silnik w Kia Sportage w cenie 80 funtów za dzień. Na szczęście jazda w tych dziwnych, odwróconych w lustrze okolicznościach okazała wcale nie taka trudna, a już drugiego dnia zacząłem nawet odpowiadać na smsy podczas jazdy i tylko raz na pół tysiąca przejechanych kilometrów, mój wewnętrzny pies Pawłowa kazał mi zjechać z ronda pod prąd.
Katedrę Świętego Pawła - 20 funtów za wstęp - zdobyliśmy pokonując 528 schodków prowadzących do samego nieba. To w tym najbardziej znanym anglikańskim kościele odbył się ślub księcia Walii Karola z Lady Dianą.

O Stonehenge, odległym o 100 mil na zachód od Londynu - 20 funtów za wejście - jedni mówią, że to kupa kamieni, a drudzy, że to magiczne miejsce zbudowane cztery tysiące lat temu w niewyjaśniony sposób i w niewyjaśnionym celu. Byłem, widziałem i chyba skłaniam się w kierunku tych pierwszych.

W Notting Hill, eleganckiej i modnej dzielnicy Londynu, zanurkowaliśmy w stoiskach z ubraniami z second-handu przy Portobello Road. Ustrzeloną przez Maję kurtkę w stylu vintage, uczciliśmy fajfoklokiem parę kroków od księgarni prowadzonej przez Hugh Granta, w której Julia Roberts kupiła książkę.

W Tate Galery, ogromnej galerii sztuki nowoczesnej, otwartej przez królową w dwutysięcznym roku, naoglądaliśmy się wszelakich dzieł. Mai podobało się bardzo, a mi podczas całej tej wizyty towarzyszyło nieodparte przekonanie, że każde z tych oglądanych tam utworów sam potrafiłbym ulepić, złożyć, namalować lub wydziergać, tyle że lepiej.

Wypad na wybrzeże w poszukiwaniu dania z kraba brunatnego zakończył się niepowodzeniem. Musieliśmy zadowolić się panierowanym łososiem, a portowego miasta Southamton, z którego Titanic wyruszył w swój dziewiczy rejs, raczej nie polecamy.
W okazałym zamku Windsor - 30 funtów za wejście - oddaliśmy pokłony najdłużej panującej brytyjskiej królowej, odstawszy swoje w kolejce przed wejściem. Zobaczyć tę tysiącpokojową królewską rezydencję, dla mnie, fana serialu The Crown, było nie lada gratką.
Nasz największy zachwyt wzbudziło miasto rozmarzonych wież, zwane również jako Oxford. Spacerując po mieście masz wrażenie jakbyś grał w kolejnym odcinku Harrego Pottera, a wizyta w prawie tysiącletnim, najstarszym anglojęzycznym uniwersytecie na świecie zapiera dech. Knajpy i fryzjerzy podają tu dwie ceny - turystyczną i studencka, a na większości instytucji powiewają tęczowe flagi wyrażające wsparcie dla LGBT.

Będąc w Londynie nie można nie zobaczyć Opactwa Westminsterskiego - wejście 30 funtów, w którym począwszy od Wilhelma Zdobywcy w 1066 roku koronowano wszystkich królów Anglii, a potem Wielkiej Brytanii. Oprócz królów spoczywa tu wiele brytyjskich sław, między innymi Szekspir, Newton, Darwin czy Hawking.

Odwiedziliśmy kilka miejscowości pod Londynem i co nie zaskakujące, w każdej z nich czuje się angielski klimat. Gdyby doprowadzili Cię z zamkniętymi oczami do środka rynku dowolnego z tych miasteczek i kazali rozpoznać Ci w jakim kraju jesteś po zdjęciu opaski z oczu, to nie miałbyś żadnej wątpliwości, że jesteś w Anglii. W jednym z takich miasteczek wypiliśmy angielską - co oznacza, że z mlekiem - herbatkę za 3.90 funta i zjedliśmy apple pie za 3.50 funta.

W Harrodsie, luksusowym domu towarowym, kupionym w 85 roku przez ojca Dodi Al-Fayeda, kochanka Lady Diany, oglądaliśmy wytworne zastawy i roboty kuchenne, które kiedyś trzeba będzie kupić.

Zrobiliśmy długi spacer po Hydeparku, oglądając łabędzie i kwitnące zaskakująco wcześnie żonkile.

No i na koniec trochę o jedzeniu, które dla mnie jest największym sensem i celem każdego wyjazdu.

Spróbowaliśmy kilku klasyków z nieciekawej kuchni brytyjskiej. Było to między innymi angielskie śniadanie z obowiązkową fasolką w pomidorach, smażoną pieczarką, obsmażonymi ziemniakami, smażonym bekonem, smażonymi kiełbaskami, tostami i jajecznicą za 9 funtów oraz fish and chips z dodatkiem puree z groszku i sosem tatarskim za 15 funtów.

Na szczęście Brytyjczycy z otwartymi ramionami przyjęli wiele obcych nacji, a wraz z nimi kuchnie z całego świata i dziś kuchnia brytyjska to kuchnia światowa.

Wszystko co tu zjadłem smakowało wybornie. W małej knajpce w Kingston zjedliśmy wietnamską zupę pho za 14 funtów. W sercu Chinatown zjedliśmy kaczkę słodko kwaśną, brokuły, dim sum z krewetkami i wontony z wieprzowiną. Koszt całej kolekcji to 65 funtów. Obiady jedliśmy najczęściej w jednej z sieciowych azjatyckich restauracyjek, gdzie za 7-9 funtów można otrzymać ramen, curry lub sushi siedząc ramię w ramię z białymi kołnierzykami z londyńskiego city. Za kolację w dobrej włoskiej knajpie na Soho zapłaciliśmy 70 funtów. Ja zjadłem grillowane sardynki i linguini vongole popite domowym winem, a Maja bruskietę i pizzę Margeritę. W Windsorze odwiedziliśmy wegetariańskiego Hindusa - zestaw przysmaków za 15 funtów, a obiad zjedliśmy na Soho w fantastycznej japońskiej knajpie. Był ramen, sashimi, gioza i tempura noodle w sumie za 80 funtów.

Wieczorami przesiadywałem, zwykle bez towarzystwa córki w pubach i raczyłem się piwem. Angielski pub to najlepsze co Anglicy dali światu.
Przez ostatni tydzień byłem Anglikiem i gorąco namawiam Cię, drogi czytelniku, abyś i Ty tego spróbował.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm