1/100

Mój blog

Niedziela, 13:30
W zamierzchłych, przedmałżeńskich, szczeniackich czasach chodziłem z uroczą dziewczyną o imieniu Magda. Magdaleno, pozdrawiam Cię serdecznie.

I chociaż o Magdalenie mógłbym napisać opasłą, wciągającą i pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji powieść, to nie o niej chciałem tym razem.

W domu Magdy, w każdą niedzielę, o stałej godzinie - o ile dobrze pamiętam 13:30 - miał miejsce rodzinny obiad, w którym miałem przyjemność uczestniczyć przez kilka lat.

Nie były to zwykłe obiady. Były podawane na stylowym, okrągłym, rozkładanym stole, który z trudem mieścił się w salonie peerelowskiego mieszkania, przykrytym zawsze świeżo wykrochmalonym obrusem. Obowiązkowe cztery dania, były serwowane na przedwojennych półmiskach, wyciąganych tylko na tę okazję ze starej komody, a aktu konsumpcji dokonywało się trudnymi do uniesienia rodowymi sztućcami.

Po ponad trzech dekadach, nie jestem już w stanie przytoczyć ani jednej potrawy, ale dobrze pamiętam doskonałe smaki, a przede wszystkim śmiechy, wygłupy, mniej lub bardziej poważne rozmowy odbywane przy stole, które dla tej trzypokoleniowej rodziny stanowiły prawdziwy sens i sedno.

Te niedzielne obiady odbywały się za sprawą mamy, która poświęcała ich przygotowaniu całą sobotę, poczynając od zakupów na targu, dopuszczając męża co najwyżej do obierania ziemniaków, a dzieci do zmywania. Jako małolat, patrzyłem na te weekendy spędzone przez tę mamę, jak na mordęgę. Dziś widzę to inaczej.

W ostatnią niedzielę podejmowałem obiadem moje dzieci. Za każdym razem kiedy to robię, muszę się nieźle nagłówkować, no bo najstarsze nie toleruje glutenu, średnie mięsa, a najmłodsze żadnej kuchni poza babciną.

Na pierwsze danie zrobiłem pomidorówkę. Przez czterdzieści minut gotuję marchewkę, seler, por, pietruszkę i ziemniaki, z których potem robię sałatkę warzywną. Do wywaru dodaję dwie upieczone papryki, bez skórki i pestek, butelkę dobrej passaty pomidorowej, słoik przecieru pomidorowego. Następnie dodaję przesmażoną na oliwie szarlotkę z czosnkiem i gotuję całość przez dwadzieścia minut. Przed podaniem blenduję, sole i pieprzę, rozdrabiam z gęstą śmietaną i podaję ze zbrylowanym ryżem, czego nauczyła mnie moja Mama.

Daniem głównym w wersji mięsnej były zrazy. Dobry kawał wołowego udźca kroję w poprzek włókien i rozbijam na cienkie kotlety. Muszą być naprawdę cienkie, bo to klucz do dobrego zawijasa. Każdy kotlet smaruję musztardą, dokładam plaster boczku, kawałek marchewki, kiszonego ogórka i ściśle zawijam. Obtaczam w mące kukurydzianej i obsmażam. Następnie zalewam czerwonym winem i wodą oraz dodaję puszkę pomidorów, solę i pieprzę. Gotuję na wolnym na ogniu przez sześć godzin pilnując, aby się nie przypaliło.

Zrazy podaję na plackach z batatów. Trochę trudno się je robi, bo nie sklejają się tak dobrze jak zrobione ze zwykłych ziemniaków, dlatego muszą być nieco mniejsze. Ścieram dużego batata na tarce z grubymi oczkami. Dodaję dwa jajka, mąkę ziemniaczaną, sól i pieprz. Smażę na gorącym oleju.

Do tego buraczki zasmażane. Na rozgrzanej oliwie wrzucam dużą łyżkę mąki ziemniaczanej i przesmażam, aż zacznie zmieniać kolor. Dodaję upieczone pod folią buraki starte na tarce z dużymi oczkami, trochę wody, cytrynę, sól i pieprz.

Głównym daniem bezmięsnym były gołąbki. Zrobiłem je z kapusty gołąbkowej. Do środka włożyłem ugotowany pęczak z zesmażonymi na maśle boczniakami, upieczonego bakłażana i podsmażoną cebulkę. Doprawiłem solą i pieprzem. Sos zrobiłem ze zmiksowanej kapusty z dodatkiem koncentratu pomidorowego, zagęszczony mąką kukurydzianą.

Na koniec podałem deser w wersji patriotycznej. Dzień wcześniej ze śmietanki, cukru i żelatyny zrobiłem panacottę, a kiedy stężała zalałem ją galaretką malinową ze świeżymi malinami. Podałem z piniolami.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm