Crepe Suzette
Ten SMS walnął jak grom z jasnego nieba. Mijało właśnie piątkowe popołudnie, a ja szykowałem się do wyjścia z roboty, myślami będąc już w weekendowym nastroju. Brzmiał dokładnie tak: "tatusiu kochany bo chciałabym zamówić dzisiaj u ciebie naleśniki".
Natychmiast odpisałem, że przyjmuję zamówienie. Nie można przecież zakładać, że córka będzie odwiedzać ojca tylko dlatego, że wiążą ją z nim więzy krwi, a dobry naleśnik jest bez wątpienia jednym z najskuteczniejszych sposobów na zwiększenie częstotliwości wizyt potomka.
Nie ma chyba drugiego takiego dania, które jednocześnie byłoby tak pyszne, szybkie i proste, a przede wszystkim nie możliwe do sknocenia jak naleśniki właśnie.
Przepis na moje naleśniki modyfikowałem przez lata dążąc do osiągnięcia tej aksamitnej i lejącej się struktury, jaką miały naleśniki mojej mamy, podejrzewając, że osiągała ten efekt używając jakiegoś tajemnego składnika. Jakiś czas temu odkryłem jednak, że cały witz polega na dokładnym przykryciu naleśników folią zaraz po usmażeniu. Pozostaną wtedy wilgotne i elastyczne.
Tym razem zamówienie mojej córki postanowiłem zrealizować w wydaniu serwowanym w każdej szanującej się francuskiej rejestracji.
Legenda mówi, że Crepe Suzette powstały w 1895 roku w wyniku błędu kucharza, który w Cafe de Paris w Monte Carlo przygotowywał deser dla księcia Walii, przyszłego króla Anglii Edwarda VII, goszczącego piękną Francuzkę o imieniu Suzette.
Przygotowuję litr ciasta do pięciu jaj dodając mąkę pszenną i mleko w proporcji na oko oraz szczyptę soli.
Smażę naleśniki w obfitej ilości masła, uważając aby ich nie przesmażyć. Odkładam pod folię.
Na patelni rozpuszczam pół kostki masła.
Z sześciu pomarańczy i jednej cytryny zdejmuję skórkę skrobakiem do cytrusów lub tarką, uważając, aby nie zdrapać białej, gorzkiej części. Skórkę wrzucam na patelnię, pozostawiając trochę do dekoracji.
Do patelni dorzucam fileciki z trzech pomarańczy i wlewam sok wyciśnięty z pozostałych pomarańczy i cytryny. Dodaję trzy łyżki cukru i trzy łyżki ulubionego likieru, np. Limoncello, albo Curacao.
Trzymam całość na patelni przez kilka minut.
Następnie zanurzam każdego naleśnika w tak powstałym sosie i składam do ćwiartki koła.
Na jedną porcję kładę dwa naleśniki. Polewam sosem. Dodaję gałkę lodów waniliowych i dekoruję listkiem mięty lub bazylii.
Nie mam wątpliwości. Maja będzie przyjeżdżać częściej.