Jula
Maja, Mati wybaczcie, że w tym poście nie poświęcę Wam miejsca i skupię się wyłącznie na Waszej siostrze. Wiem – Wam też jest smutno. Musimy jednak wziąć się w garść i jakoś przez to przejść.
Ja opuściłem dom rodzinny, kiedy miałem dwadzieścia dwa lata. Tata nie żył od czterech lat, a Mama przeżywała tę moją wyprowadzkę tak, jakby ktoś odrąbał jej rękę. Niespecjalnie było to dla mnie zrozumiałe, aż do dzisiejszego dnia.
Jula urodziła się 20 października 1999 roku. Była dzieckiem wszędobylskim, ciekawskim, dynamicznym i nie znoszącym sprzeciwu. Wszystkiego musiała dotknąć, wszystko musiała zepsuć, musiała wejść w każdy zakamarek, a najbardziej lubiła znikać z oczu rodziców w najmniej oczekiwanym momencie. Przede wszystkim jednak była dzieckiem roześmianym i towarzyskim. Uśmiech nigdy nie znikał z jej twarzy i tak zostało jej do dziś. Ma też wielkie poczucie humoru, podszyte sporą dawką ciętej ironii, odziedziczonej wiadomo od kogo. Od zawsze miała słabość do naszych mniejszych braci i darzyła miłością konie, chomiki, koszatniczki, szczury i psy, a na kierunek studiów wybrała antropozoologię, aby zgłębiać relacje między ludźmi i zwierzętami. Ma hopla na punkcie ratowania Ziemi, ekologii i jest wegetarianką.
Pierwszą próbę opuszczenia rodzinnego gniazda Jula podjęła dwa lata temu. Intuicja podpowiedziała mi wtedy, że to nie może być na poważnie. I rzeczywiście – po trzech miesiącach pomieszkiwania na własnym wróciła.
Tym razem jednak wszystko wskazuje na to, że dzieje się to na poważnie.
Nie będzie mnie już budzić tłuczenie garnków dochodzące z kuchni o poranku, po kolacji nikt nie przyniesie mi już kawałka tortu albo innego smakołyku, a zakupy w Lindlu nie będą już tak fajne.
Chcę żebyś wiedziała Jula, że jakby co, to Twój pokój będzie czekał.