Koniec ulgi
Dzień, w którym mój syn bezpowrotnie utracił prawo do ulgi podatkowej dla młodych, postanowiliśmy wspólnie z jego siostrami uczcić kolacją.
Z uwagi na powagę okoliczności nie mogło być jednak mowy o zwykłym posiłku. W grę nie wchodził żaden fast food, slow food, ani nawet comfort food. Nie mieliśmy żadnej wątpliwości, że podamy wymuskane „fine food”.
Na pierwsze danie przystawka mojego autorstwa. Tuńczyk przesmażony po 20 sekund z każdej strony w panierce z pieprzu cytrynowego, a następnie pokrojony w plastry. Podany na musie z kurzej wątróbki ugotowanym w kąpieli wodnej z brandy, śmietaną i rodzynkami oraz ze zredukowanym sosem z malin i białą czekoladą, przystrojony tymiankiem.
Zupę przygotowała Maja. Był to pikantny krem z papryki, pomidorów i marchewki na bulionie z perliczki. Doprawiony chili, papryką, solą i masłem. Udekorowany chrupiącą cieciorką, oregano i sosem bazyliowym.
Daniem głównym była perliczka mojej roboty ugotowana w suwi z dodatkiem tymianku, oregano, rozmarynu, pieprzu i soli, a następnie przesmażona na maśle. Podana na puree z batatów i marchewki przesmażonych na oliwie i gotowanych w niewielkiej ilości wody, z sosem żurawinowym, a do tego grillowana cykoria z chipsem z bekonu.
Deser przygotowała Julka. Był to mus czekoladowy na mleku kokosowym, z żółtkiem, cukrem i ubitym białkiem, podany na zredukowanym sosie pomarańczowym z rozmarynem udekorowany kropkami sosu malinowego, marakują i skórką z pomarańczy, posypany kruszonką z ciasta ryżowego.
Do posiłku podaliśmy czerwone wino Cellier Dauphins, a na koniec kieliszek Jagermeistra.
Każde z dań podawał jego autor, a jedliśmy wspólnie.
Mateusz konsumował kolejne dania z miną pokerzysty. Mimiką nie zdradzał, która z serwowanych pozycji bardziej przypadła mu do gustu. Co jakiś czas jednak jego twarz przybierała wyraz wyraźnego zadowolenia a oczy zdawały się pytać „czego dodali, że tak dobrze smakuje”.
Na werdykt musieliśmy czekać do końca posiłku.
Mimo nie do końca atrakcyjnej wizualizacji, byłem raczej spokojny o ocenę moich dań, w końcu włożyłem w ich przygotowanie cały dzień i połowę swojego serca. Kiedy jednak spróbowałem zupy Mai, wiedziałem, że o pierwsze miejsce będzie raczej trudno, a wszelkich złudzeń brutalnie pozbawił mnie pierwszy kęs deseru Julii. Na szczęście miejsce na pudle miałem zapewnione, nawet gdybym podał chleb z cukrem.
Tuńczyk otrzymał 10 punktów za dobrze zbalansowane smaki, 6 punktów za nie do końca dopracowaną prezentację i 7 punktów za kreatywność, bo juror przypomniał sobie, że już kiedyś serwowałem mu podobne danie. Zupa uzyskała 8 punktów za smak, bo zdaniem jurora była zbyt ostra, 10 punktów za prezentację i 10 punktów za kreatywność. Smak perliczki juror ocenił na 8 punktów, bo była zbyt mało słona, za prezentację otrzymała 8 punktów, ze względu na szwankująca kompozycję i 10 punktów za kreatywność. Deser zdobył trzy dziesiątki i jeden komentarz: „ideał”.
No cóż, jeśli kiedyś otworzymy rodzinny biznes gastronomiczny, to wydaje się, że najbardziej odpowiednim miejscem dla mnie będzie obsługa drukarki do menu i zmywak.
Nie składam jednak broni. Urodziny Mai już za trzy miesiące. Wtedy im pokażę.