1/100

Mój blog

Pavlova frutti di mare
Żyjemy po to, żeby sobie dogadzać. Dlatego postanowiłem dziś uszczęśliwić siebie i moich domowników za pomocą niezawodnego, prostego, niedrogiego i łatwo dostępnego sposobu jakim jest przygotowanie obiadu z deserem.

Zwykle nie trzymam się przepisów, ale w przypadku dania, które wybrałem na dzisiejszy obiad nawet gdybym chciał, to byłoby to niemożliwe, bo nie istnieje na nie żaden przepis. Nad Morzem Śródziemnym danie to jest podstawą żywienia, a każdy robi je na swój unikalny i niepodrabialny sposób. Dania tego nie da się skopać, smakuje zawsze wyśmienicie, pewnie za sprawą czosnku, natki i oliwy.
Zacząłem od makaronu. Do pół kilograma zwykłej mąki typu 480 dodałem sześć żółtek, dwa całe jajka i trochę wody. A potem wyrabiałem przez dwadzieścia minut, co sprawia mi największą przyjemność w kuchni. Uczucia jakiego doznaję dotykając sprężystego, aksamitnego, elastycznego i gładkiego ciasta nie da się porównać z niczym. No, może tylko z jedną rzeczą, ale nie będę o tym pisał, bo mogą to czytać dzieci. Po godzinie w lodówce użyłem włoskiej maszynki do makaronu, którą kiedyś przywiozłem z Włoch i parę minut za jej pomocą uformowałem fettuccine.

W roli frutti di mare wystąpiły krewetki tygrysie, pasek mątwy oraz czarne omułki. Do dużego garnka wlałem sporo oliwy, na której przesmażyłem czosnek, pół czerwonej cebuli w kostkę i łebki krewetek. Po paru minutach zalałem wszystko białym winem, a kiedy odparowało usunąłem łebki i dodałem krewetki, pokrojoną mątwę i omułki. Gotowałem sześć minut. Potem dodałem kawał masła, a kiedy się roztopiło dorzuciłem makaron al dente, a po dwóch minutach zdjąłem z ognia, posypałem natką pietruszki i podałem.

Niebo w gębie, chociaż muszę przyznać, że do najlepszego makaronu z owocami morza jaki jadłem w swoim życiu jeszcze mi trochę brakuje. Ten mój najlepszy podają w knajpie Emilio-Comici przy stacji wyciągu narciarskiego naprzeciwko szczytu Sassolungo w regionie Val Gardena we włoskich Dolomitach.

W roli słodkości wystąpił torcik Pavlova, którego nazwa pochodzi od nazwiska rosyjskiej primabaleriny z Petersburga, która goszcząc ze swoim baletem w Australii w 1926 roku poprosiła szefa kuchni hotelu Esplanade w Perth o coś lekkiego na deser.
Ubiłem białka z sześciu jajek. Kiedy były prawie ubite, dodałem powoli, łyżka po łyżce, szklankę drobnego cukru. Kiedy cały cukier rozpuścił się dokładnie dodałem łyżkę soku z cytryny i łyżkę mąki ziemniaczanej i jeszcze chwilę mieszałem.

Na blaszce ułożyłem papier do pieczenia, na którym za pomocą talerza i ołówka narysowałem kółko, w którym umieściłem masę formując szpatułką równy walec. Potem włożyłem do piekarnika na półtorej godziny w temperaturze 120 stopni.

Krem zrobiłem z serka mascarpone, śmietanki i odrobiny cukru. Ubiłem wszystkie składniki w maszynie uzyskawszy sztywny krem, który położyłem na ostudzonej bezie. Ustroiłem truskawkami, granatem, posypałem cukrem pudrem i startą czekoladą.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm