Białka
Nieważne kiedy i nieważne gdzie. Nie ma nic piękniejszego niż wypad we dwoje z jedną z najważniejszych kobiet mojego życia.
Wyciskam tę przyjemność do ostatniej kropli, bo powoli zaczyna mnie dopadać ta przygnębiająca świadomość, że już wkrótce moja prawie szesnastoletnia latorośl, śladem swojego starszego rodzeństwa, straci bezpowrotnie zainteresowanie wyjazdami z ojcem.
Białka Tatrzańska przywitała nas ośnieżona, z temperaturą lekko powyżej zera. Poza maseczkami ekspedientek w Biedronce, śladów covida nie da się tu uświadczyć, bo wprawdzie w Polsce wirus powoli odpuszcza, ale tu chyba się nigdy nie pojawił. A poza tym górale wolność cenią sobie przecież bardziej niż cepry.
Gibka gospodyni naszej góralskiej chatki, jak na gaździnę przystało nie znosząca sprzeciwu, okazała się przesympatyczną kobietą. Wykorzystując okoliczność, że jej mąż pracuje do późna zaprosiła mnie do swojej kuchni. Wynagrodzeniem za parę minut pracy śrubokrętem i naprawienie szafek kuchennych był łoscypek z mleka z wydojonych przez nią osobiście owiec.
W telewizorze naszego góralskiego apartamentu nie znalazłem sygnału naziemnej TVN. Pewnie Górale wkurzeni na weto Dudy wzięli sprawy we własne ręce i w Małopolsce sami odebrali koncesję Amerykanom. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przez tydzień mogłem rozkoszować się narodową telewizją i zrozumiałem jaki byłem głupi, dając się manipulować tą tępą propagandą szkła kontaktowego. Teraz już wiem, że pandemia i drożyzna to wina Tuska, skąd się wzięły pieniądze na czternastą emeryturę i dlaczego łajdaków z opozycji trzeba podsłuchiwać.
Śniadania robiliśmy sobie w pokoju z produktów przytaszczonych z pobliskiej Biedronki, a na kolacje rozpoznawaliśmy białczańsko-bukowińską ofertę gastronomiczną. Steka i żeberek Górale zrobić nie umieją. Mają za to wyśmienitą kaczkę z żurawiną, wiśniami i jabłkiem oraz śledzia z burakiem, rukolą, wiśnią i jogurtem w Schronisku Bukowina, fantastyczną zupę myśliwską z dzika w
chlebie w Litworowym Stawie, przepyszne rydze na maśle w Chramcowej Karczmie, odjazdowego pstrąga w Góralskim Zwyku i super chrupiącą włoską pizzę w Grande Pizza.
Warunki do jazdy były średnie. Trochę za mało słońca, zbyt wysoka temperatura i mało puszysty śnieg.
Ale dziś, chyba na pożegnanie, zniknęły wszystkie chmury i temperatura spadła poniżej zera. Byłem pierwszy na stoku i doznałem ekstazy na porannym sztruksie, a potem zażywałem kąpieli słonecznych na leżaku pod Kotelnicą, sącząc bombardino na przemian z grzańcem, zajadając się kiełbasą z grila. Takie narty to ja rozumiem.