Podatkowy majstersztyk
A miało być tak pięknie. Myśleli, że wystarczy obniżyć podatki 10 milionom zarabiającym poniżej średniej krajowej i 8 milionom emerytów, a trzecią kadencję będą mieli w kieszeni. Są jednak dyletantami pierwszej wody i nawet tak prostego pomysłu nie potrafili skutecznie zrealizować. Są takimi pierdołami, że w zawodach na największą pierdołę zajęliby drugie miejsce, a przedsięwzięcie przewrotnie nazwane przez nich „Polskim Ładem” zamiast trampoliną ani chybi okaże się gwoździem do ich trumny.
Kaczyński wygrał drugą kadencję w 2019 roku z miażdżącym, jak na cztery lata sprawowania władzy wynikiem 43,59%, co dało mu niewielką, ale jednak stabilną większość w sejmie, a w 2020 roku wygrał także wybory prezydenckie, w których wskazana przez niego kukiełka uzyskała 51,21% głosów.
W szóstym roku rządzenia wskaźniki poparcia władzy ciągle utrzymywały się na wysokim poziomie, pomimo nieudolności, partactw i przekrętów rządzących, bo większość Polaków uznała, że wprawdzie kradną, ale w przeciwieństwie do ich poprzedników, którzy też kradli, oni przynajmniej dzielą się tym, co ukradną.
Kaczyński nie dał się jednak zwieść zaczarowanymi słupkami poparcia i wiedział doskonale, że jego władza, jak każda, prędzej czy później zużyje się. Wymyślił więc, że Polakom znów trzeba coś dać, aby w połowie drugiej kadencji zapewnić sobie kadencję trzecią. Sam wprawdzie wybiera się na emeryturę – ogłosił, że zrobi to tuż po kolejnych wyborach, po ukończeniu siedemdziesięciu pięciu lat – ale nie chciałby przecież, aby prokuratura nękała go w czasie, który zamierza poświęcić na kontemplację jesieni swojego życia.
Numeru z 500+ nie dało się powtórzyć z prostego powodu – kasa państwa jest pusta. Rozdawnictwo i pandemia skutecznie opróżniły narodowe skarbce, a do tego jeszcze perfidna unia uparła się, żeby zablokować wypłatę grubych miliardów, które tak nam się należą.
No to, skoro nic już nie mogli dać, to wymyślili, żeby mniej zabierać.
Zadanie opracowania szczegółów rozwiązania otrzymał Mateuszek, który podszedł do niego najpoważniej jak potrafił, bo wiedział, że drugiej szansy od wodza nie będzie - pośród wierchuszki władzy jest przecież postrzegany jako ciało obce, wywodzące się z obleśnych elit bankowych i posiadające zbyt wysokie środki na koncie i postawiłby prezesa w bardzo niezręcznej sytuacji, gdyby mu się nie udało.
Niestety dla Mateuszka i dla Polaków, Mateuszek okazał się być niezbyt bystrym specjalistą od podatków. Zamiast załatwić sprawę prostą, zrozumiałą dla wszystkich podatników obniżką podatków, wymyślił potworka. Skomplikował już i tak mocno skomplikowany system podatkowy poprzez zmiany rozliczania składki zdrowotnej, wprowadzenie ulgi dla klasy średniej i jeszcze paru innych, kozackich rozwiązań, z całym szacunkiem do Kozaków. Konia z rzędem temu, kto zrozumie na czym polegają te zmiany. Dziewięćdziesiąt dziewięć procent obywateli nie ma na to żadnych szans, ale nie dlatego, że są nierozumni, tylko dlatego, że jest to po*ierdolone - bardzo przepraszam za to niecenzuralne słowo, ale nic lepszego nie przychodzi mi w tej chwili do głowy. Znacznie lepiej ilustruje to pewien mem, który znalazłem w sieci przedstawiający kilku profesorów zapisujących skomplikowane wzory matematyczne na zielonej tablicy podpisany tak: „naukowcy z polskiej akademii nauk wyliczają składkę zdrowotną na zlecenie zakładu fryzjerskiego z Otwocka”.
W efekcie zaproponowanych przez Mateuszka zmian, emeryt otrzymujący średnią emeryturę w wysokości 2500 złotych nie będzie płacił podatku w ogóle i zyska około 180 złotych miesięcznie, a 10 milionów Polaków, zarabiających pomiędzy 3 a 6 tysięcy złotych zaoszczędzi miesięcznie średnio niecałe sto złotych. Roczny koszt tej obniżki podatków dla 18 milionów Polaków to około 30 miliardów złotych. Koszty te pokryje milion lepiej zarabiających i dwa miliony osób prowadzących działalność gospodarczą. Mateuszek zabiera zatem trzem milionom lepiej uposażonych po pięć stówek lub po tysiaku i rozdaje 18 milionom gorzej uposażonym po stówce. Wciska przy tym tani kit, mówiąc, że to wielki program zmiany cywilizacyjnej i reformy systemu podatkowego. A to przecież zwykłe janosikowe, Mateuszku-Kłamczuszku.
Pomysł na Polski Ład w swoim zamyśle był więc mocno dyskusyjny, jego przygotowanie i uchwalenie odbyło się w pośpiechu i na kolanie, a wdrożeniem nasi możnowładcy przeszli samych siebie.
Zaczęło się od nauczycieli i mundurowych, którzy otrzymują wynagrodzenie z góry i już w pierwszych dniach stycznia przecierali oczy ze zdziwienia oglądając swoje paski płac. W ostatnich miesiącach starego roku obiecywano im kokosowe wpływy na ROR od stycznia, a tu nagle okazało się, że parę stówek rzeczywiście jest, ale na minus. To efekt niezłożenia przez pracownika tak zwanego PIT2, czyli oświadczenia, dzięki któremu ulga podatkowa, zwiększona od 1 stycznia 2022 do kwoty 425 złotych miesięcznie, jest odejmowana od podatku w każdym miesiącu, a nie dopiero przy rozliczeniu rocznym. Żyj więc za netto o cztery stówy mniejsze, kredytując budżet państwa przez rok i czekaj na zwrot przy rozliczeniu PIT-u w kwietniu 2023. Mateuszek po prostu w nawale pracy zapomniał powiedzieć pracownikom o tym drobnym oświadczeniu, dzięki czemu podatnicy szybko skonstatowali, że urzędujący premier może poszczycić się nie tylko prawdomównością i rzetelnością, ale także wysokim poziomem wyobraźni.
Szybko okazało się, że Polski Ład jest dziurawy jak szwajcarski ser. Emeryci z długim stażem pracy zostaną ukarani, za to, że długo pracowali, samotnie wychowujący dzieci przestaną być traktowani jak rodzina i stracą prawo do wspólnego rozliczania się z dzieckiem, a wspólnie rozliczający się małżonkowie dostaną po kieszeni – to tylko niektóre z kwiatków.
Problem „PIT2” został rozwiązany niechlujnym rozporządzeniem ministra finansów, które weszło w życie 8 stycznia, nakładające na płacowców przykry obowiązek naliczania wynagrodzeń dwa razy, to znaczy według nowego i starego systemu podatkowego, a w przypadku, gdyby netto pracownika obliczone według starych zasad okazało się korzystniejsze od netto obliczonego według nowych zasad - przesunięcie tej nadwyżki w czasie. Prawdziwy podatkowy majstersztyk.
Rozporządzenie ma jednak wadę, bo zarabiającym pomiędzy 8500 a 12800 złotych miesięcznie nakazuje zwracać część naliczonego podatku, który potem ci zarabiający muszą zwrócić fiskusowi przy rozliczeniu rocznym.
Mateuszek dokumentnie spartaczył swoją robotę. I chociaż pewnie za kilka miesięcy połata te wszystkie dziury, a z części zmian wycofa się, to płacz, łzy i niesmak jaki wywołał u sporej części księgowych i podatników pozostanie na dłużej niż ta jego pożal się Boże władza.