Największa jest miłość matki, druga – psa, trzecia – kochanki
Po wyprowadzeniu się z rodzinnego domu, moim pierwszym psem była Dzida. Jak przystało na niemieckiego wyżła krótkowłosego potrafiła robić myśliwską stójkę, zamierając w bezruchu i unosząc jedną z łap. Niestety jedynym zwierzem jakie mogła wytropić były gołębie okupujące plac zabaw przed naszym blokiem na warszawskich Stegnach, do którego to bloku wprowadziliśmy się w połowie lat dziewięćdziesiątych, zaraz po przyjściu na świat Mateusza.
Dzida była psem wyjątkowo przyjacielskim. Uwielbiała wszelakie zabawy, z których jej najbardziej ulubioną była zabawa w pogoń, czyli podążanie w ślad za kimś lub za czymś w celu schwytania tego kogoś lub czegoś. Była żywiołowa i nieokiełznana. Pozostawiona sama w zamkniętym mieszkaniu potrafiła w kwadrans zedrzeć obicie z drzwi wejściowych i rozłożyć fotel na czynniki pierwsze. Z bólem serca musieliśmy oddać ją myśliwemu spod białoruskiej granicy w zamian za zająca na pasztet.
Po przeprowadzeniu się za miasto pojawił się u nas Ciapek. Był wiejskim przybłędą. Wprowadził się do nas, za nic nie chcąc przekroczyć progów naszego domu. Pomieszkiwał w garażu, do którego zostawialiśmy mu uchyloną bramę, albo w budzie, którą mu zbudowałem. Kiedy pewnego dnia Julia na rękach zaniosła go do swojego pokoju, Ciapek czuł się nieswojo, jakby chciał dać do zrozumienia, że nie urodził się jako pies kanapowy, a jego powinnością jest doglądanie obejścia.
Ciapek miał tę rzadko występującą u ludzi cechę: oddam wszystko, niczego nie oczekując w zamian. Bronił naszego terytorium, które szybko uznał za swoje, chociaż rodzice nie przekazali mu w genach żadnej cechy obronnego psa: by małym kundelkiem o krótkich łapkach. I chociaż nie było w nim agresji, to obszczekiwał każdy samochód zbliżający się do naszej posesji, a raz ugryzł sąsiadkę, która pojawiła się na tarasie, uznając ją za intruza. Ponad wszystko jednak cenił sobie wolność i długie spacery po wsi. Z jednego z tych spacerów nasz wierny i wolny Ciapek nie powrócił, pozostawiając Julię w niewypowiedzianej rozpaczy.
Fina jest z nami od ośmiu lat. Kiedy dziś zapytałem moją dwudziestotrzyletnią Julię, czy pamięta dzień, w którym Fina pojawiła się w naszym domu, bez chwili namysłu przypomniała mi tamte okoliczności.
Julia długo suszyła głowę rodzicom o psa. Kiedy mama wreszcie wyraziła zgodę, wracaliśmy akurat samolotem z wakacji. Julia pomyślała, że ten samolot pewnie rozbije się, bo to nie może być prawda, że będzie miała własnego psa.
Następnego dnia pojechały z mamą do schroniska na Paluchu. Fina od razu zwróciła uwagę Julii, okazała się jednak zbyt dużym psem, na którego mama nie chciała się zgodzić. Nie znalazłszy odpowiedniego kandydata do adopcji wróciły do domu z niczym, a kolejną próbę podjęły następnego dnia.
Psy w schronisku, zamknięte w swoich klatkach, zachowują się różnie. Jedne nie zwracają na Ciebie zupełnie uwagi, inne obszczekują zbliżających się do ich klatki w obronie swojego terytorium, a jeszcze inne biegają w kółko, dając do zrozumienia, że chciałyby jak najszybciej opuścić to miejsce. Fina siedziała w przysiadzie, spokojnie, podparta przednimi łapami, z lekko spuszczoną głową i wydała z siebie jedno tylko szczeknięcie w kierunku Julii, jakby chciała jej powiedzieć „chyba nie zamierzasz znów mnie tu zostawić”. I tak, 18 sierpnia 2014 roku, zamieszkała z nami.
Fina jest piękną suką. Najbliżej jej do wilczura z głową owczarka, ale z bardziej przyklapłymi uszami, oczami huskiego z różnobarwnymi tęczówkami, harmonijną sylwetką, mocnym zadem, szablasto noszonym ogonem i czarno-płowym umaszczeniem.
Ma swój kojec w centralnym miejscu domu, w którym spędza sporo czasu w ciągu dnia. Śpi najczęściej w pozycji na „nieprzytomniksa”, wyciagnięta, na plecach z odsłoniętym brzuchem i szeroko rozłożonymi łapami, co najprawdopodobniej świadczy o wysokim poczuciu bezpieczeństwa i satysfakcji. Lubi też pozycję boczną „na nieboszczyka”, którą manifestuje swój wewnętrzny spokój i zadowolenie, a także pozycję „lisi kłębek” z łapami schowanymi poza obrys ciała i ogonem podetkniętym pod nos. Często jej pysk albo i większa część ciała wystaje poza kojec.
Fina jest psem nieszczekającym. Zdarza się jej się to jedynie, kiedy pod drzwiami pojawi się ktoś obcy. Wydaje z siebie wtedy jedno, ciche „hau” i biegnie w kierunku drzwi, a po szybkim obwąchaniu gościa z reguły traci nim zainteresowanie. Trudno w tej sytuacji liczyć, że mogłaby obronić domowników przed złym.
Kiedy była młodsza lubiła wymykać się przez otwartą bramę i robić sobie całodzienne wycieczki po wsi. Do domu wracała sama, wieczorem lub następnego dnia, albo odnaleziona przez nas w jej ulubionych miejscach. Kiedy wydoroślała – dziś ma już 10 lat – stała się bardziej odpowiedzialna i karna. Kiedy brama jest otwarta, ale ktoś z domowników jest na widoku nie ucieknie. Wystarczy jednak, że domownicy znikną z zasięgu jej oczu i już jej nie ma.
Posiłki jada w garażu. Jeśli o osiemnastej nie dostanie zaproszenia na kolację, niezwłocznie dopomina się o jedzenie, charakterystycznym kiwnięciem głowy. Wie, że przy stole nie może liczyć na dokarmianie oraz że sięganie po jedzenie jest niedopuszczalne. No chyba, żeby domownicy zostawili jakiś smakołyk na stole i gdzieś sobie poszli. Co z oczu to z serca. Kiedyś Mateusz zapomniał o tym i nie przypilnował świeżo upieczonych croissantów, nad którymi pracował przez pół dnia. To musiał być dla Finy jeden z piękniejszych dni w jej życiu.
Uwielbia spacery. Dokładnie obwąchuje całą trasę, z gracją damy obsikuje najważniejsze miejsca, gania się z psami zza płota i zaczepia inne spacerujące psy namawiając je do zabawy. Kiedy ktoś z domowników wychodzi z domu nie zabierając jej ze sobą spuszcza głowę w dół i odwraca wzrok, dając do zrozumienia domownikowi, co o nim myśli. Wystarczy jednak, że usłyszy słowo „spacer”, wtedy natychmiast stawia się przed drzwiami z merdającym ogonem.
Każdego domownika wracającego do domu wita radością tym większą im dłużej nie było go w domu. No a jeśli dotyczy to Julki i kilku dni rozłąki, to bez radosnego podskakiwania, stawania na dwóch łapach i pocałunków nie może się obejść.
Fina urodziła się, żeby być przytulana, miziana, drapana i głaskana. Może to robić na okrągło, w każdej pozycji i nie ważne czy robi to jej jej pani, domownik, gość, czy obca osoba spotkana na ulicy. Suka pieszczoch.
Świat byłby tysiąc razy piękniejszy, gdybyśmy byli w połowie tak oddani i czuli jak psy.