Lubię Kwidzynia
Przed wojną nazywało się Kwidzyń i nie było kłopotu. Komuś to chyba musiało bardzo przeszkadzać skoro usunięto kreskę nad "n". Teraz zamiast intuicyjnego "zakochałem się w Kwidzyniu" albo "nigdy nie zapomnę Kwidzynia", musisz ciągle pamiętać, że prawidłową formą jest "nudzę się w Kwidzynie" albo "nie cierpię Kwidzyna", co moi miejscowi współbiesiadnicy bez litości i nieustannie wytykali mi przez cały wieczór.
Jednak pomimo nieznośnej nadwrażliwości na punkcie końcówek w nazwie swojego miasta okazali się być wyśmienitymi kompanami do whiskey, otwartymi, wyluzowanymi, z dystansem do siebie.
Bezsprzecznie znakiem rozpoznawczym Kwidzyna jest kebab. Ali, Ahmed, Asad, Hamid, Mustafa, Zahir - nie ma muzułmańskiego imienia, którego nie dałoby się znaleźć tu na szyldach. Kwidzyn bije też na głowę Paryż pod względem liczby rond w przeliczeniu na jednego mieszkańca.
Poza dobrym towarzystwem, alkoholem, pstrągiem i kręglami warto w Kwidzynie poświęcić trochę czasu na wizytę w monumentalnej konkatedrze świętego Jana Ewangelisty z XIII wieku oraz w krzyżackim zamku kapituły pomezańskiej, w której trzeba zobaczyć największą w Europie latrynę czyli "gdanisko" nazywane tak prawdopodobnie, dla poniżenia dobrego imienia miasta Gdańsk, które to miasto wielokrotnie sprawiało kłopoty i buntowało się przeciwko Krzyżakom.
Warto zajrzeć do Kwidzyna. Widzicie - nauczyłem się :)