Przykleiło sie paskudztwo
Dzień 1. Czwartek. Stawiam wszystkie pieniądze, że do zakażenia dojdzie tego dnia, bo dwie godziny spędzam w tłumie na Marszu Niepodległości, a potem jem obiad przy zatłoczonym barze w japońskiej knajpie, przed którą odstałem swoje w kolejce do wejścia.
Dzień 2. Piątek. Pracuję zdalnie w domu. Biegam. Jadę do Lidla.
Dzień 3. Sobota. Jadę z dziećmi na targ. Jadę z dziećmi do Auchan. Biegam.
Dzień 4. Niedziela. Siedzę w domu z przerwą na bieganie.
Dzień 5. Poniedziałek. Kiedy się budzę, czuję, że chyba łapie mnie przeziębienie. Objawy dobrze mi znane. Lekki katarek i lekkie łamanie w kościach. Mimo to biegam w południu. Na wtorek i środę mam zaplanowane stacjonarne szkolenie wyjazdowe. Wyjazd ma odbyć się dziś, po południu. Dzwonię do osoby, z którą mam jechać jednym samochodem i mówię jaka jest sytuacja. Ustalamy, że podobnie jak wszyscy uczestnicy szkolenia i ja zrobię test przed wyjazdem. Po południu robię test. Używam szybkiego testu antygenowego SGTi-flex COVID-19 Ag w cenie kilkadziesiąt złotych za sztukę. Wynik jest negatywny. Wsiadam do samochodu wraz z dwiema kobietami w moim wieku. Przed nami trzygodzinna podróż.
Dzień 6. Pierwszy dzień szkolenia. Udział bierze dwadzieścia osób. Nieduża, słabo klimatyzowana salka w hotelu. Wszyscy uczestnicy są zaszczepieni. Wszyscy uczestnicy mają bezpośrednio przed szkoleniem zrobiony test antygenowy (ten sam) z wynikiem negatywnym. Ja czuję się nie gorzej. Lekko pochlipuję. Kiedy się kładę, mam dreszcze.
Dzień 7. Drugi dzień szkolenia. Budzę się spocony, pewnie gorączkowałem w nocy. Czuję się gorzej, ale nie najgorzej. Mocniej pochlipuję i prycham. Moją współpasażerkę z samochodu od rana łapie przeziębienie. Proponuje, abyśmy powtórzyli test. Mój wynik jest pozytywny. Po 10 minutach powtarzam. Wynik jest ponownie pozytywny. Przerywam szkolenie i wracam sam do Warszawy. Dzwonię do swojego lekarza rodzinnego. Proszę o skierowanie na rządowy test. Lekarka mówi, że nie da mi skierowania, bo jeśli mam pozytywny wynik testu aptecznego, to testu rządowego się nie powtarza i uznaje się, że pacjent jest zakażony. Pytam więc, czy jest jakaś forma leczenia, jakieś leki, czy coś. Odpowiada, że adekwatnie do stanu, a w moim stanie nie trzeba robić nic, wystarczy odpoczywać i pić dużo wody. Lekarka nie informuje mnie, czy powinienem zgłosić fakt zakażenia. Po zakończeniu zdalnej konsultacji, wchodzę na stronę pacjent.gov.pl. Wypełniam formularz, w którym zaznaczam, że miałem kontakt z osobą zakażoną. Po dwudziestu minutach otrzymuję SMS z kodem skierowania na test. Wyszukuję placówkę w Warszawie i o 19:10 poddaję się rządowemu testowi. Wynik ma być w ciągu 24 godzin.
Dzień 8. Czuję się jeszcze gorzej. W nocy gorączka. Bolą mięśnie. Kręci mi się w głowie. Kaszel i katar. Ale gardło nie boli. Oddycham normalnie. Smak i węch trochę się pogarsza, ale nie tak, że go tracę. Na obiad jem makaron z pomidorami – bazylia i czosnek smakują słabiej niż zwykle. I chociaż czuję się gorzej, to swój stan raczej określiłbym jako zwykłe przeziębienie. Czuję się dokładnie tak samo jak podczas przeziębień, które przechodziłem wcześniej – nic poważnego. Około dziesiątej wchodzę na stronę laboratorium. Wynik jest pozytywny. W dokumencie, który ściągam czytam, że metoda testu to „jakościowe oznaczanie obecności RNA wirusa SARS-CoV-2 techniką łańcuchowej reakcji polimerazy w czasie rzeczywistym poprzedzone odwrotną transkrypcją” oraz że swoistość testu to „brak interferencji z wirusem grypy A (H1N1, H3N2, H7N9, H5N1), wirusem grypy B (Yamagata, Victoria), syncytialnym wirusem oddechowym (RSV), adenowirusem oddechowym (typ 3, typ 7), Haemophilus influenzae, Staphylococcus aureus, Streptococcus pneumoniae”. Cokolwiek to znaczy, chyba brzmi pozytywnie. Po dwóch godzinach otrzymuję telefon z powiatowego Sanepidu. Pani pyta mnie, gdzie moim zdaniem zaraziłem się. Mówię, że najprawdopodobniej na Marszu Niepodległości. Pani prosi mnie o wskazanie z imienia i nazwiska wszystkich osób, z którymi miałem kontakt w ciągu ostatnich 7 dni. Mówię, że byłem uczestnikiem szkolenia w gronie dwudziestu osób. Pani prosi mnie o imię i nazwisko oraz numer telefonu do organizatora. Mówię, że ja jestem organizatorem i że mogę przekazać namiary na uczestników. Pani prosi mnie, żebym poprosił wszystkie te osoby, żeby zgłosiły się do kwarantanny, chyba, że są zaszczepione, wtedy nie muszą. Czynię to niezwłocznie po zakończeniu rozmowy. Pani prosi mnie o podanie PESEL-i osób, z którymi zamieszkuję. Dla każdej z podanych osób sprawdza w systemie czy osoba jest zaszczepiona – gdyby nie była, zarządziłaby jej kwarantannę. Pani informuje mnie, że zarządza w stosunku do mnie izolację, czyli zakaz opuszczania domu przez 11 dni. Po godzinie od rozmowy dzwoni do mnie automat, który informuje mnie o zakazie opuszczania przeze mnie domu do dnia 27 listopada oraz o obowiązku zainstalowania rządowej aplikacji „Kwarantanna”, która będzie mi dawać zadania, które muszę realizować.
Dzień 9. Czuję się lepiej. Wygląda na to, że dzień ósmy był przesileniem i szczytem mojej choroby. Jestem w kontakcie z uczestnikami szkolenia. Nikt nie ma żadnych objawów choroby, poza moją współpasażerką. Czuje się gorzej, ma temperaturę, ale wynik testu jest negatywny.
Dzień 10. To dziś. Czuję się dobrze. Mam jeszcze lekki kaszelek i lekki katarek, ale najgorsze za mną. Jak dobrze pójdzie to jutro będę biegał. Moja współpasażerka czuje się podobnie jak wczoraj, czyli źle. Ale test okazuje się pozytywny. Wygląda więc na to, że jest jedyną osobą, wśród dwudziestu uczestników szkolenia, którą zaraziłem.
Z mojej historii wyciągam następujące wnioski.
Po pierwsze. Jeśli masz jakiekolwiek objawy choroby, to dla dobra innych zawsze zostań w domu, nawet jeśli jesteś zaczepiony.
Po drugie. Nie jest prawdą, że testowanie może ograniczyć koronawirusa. Testowanie może wprowadzić w błąd. Wynik negatywny, nie oznacza, że nie jesteś zakażony. Wynik negatywny nie oznacza, że nie zarażasz. Na testy można patrzeć tylko w następujący sposób: jeśli masz wynik pozytywny, to wiesz, że na 100% jesteś zakażony, a jeśli masz wynik negatywny, to nic nie wiesz i nie wyciągaj żadnych wniosków.
Po trzecie. To, że jesteś zaszczepiony, nie oznacza, że nie możesz się zakazić wirusem. Możesz. Chociaż nie tak łatwo, jak byś nie był zaszczepiony. Ja zaraziłem jedną osobę na dwadzieścia zaszczepionych – 5%. Gdyby osoby te nie były zaszczepione, wskaźnik ten byłby zupełnie inny.
Po czwarte. To, że jesteś zaszczepiony, nie oznacza, że nie możesz zarazić innych.
Po piąte. Jeśli jesteś zaszczepiony, to nawet jeśli jesteś po pięćdziesiąte, przechodzisz zakażenie łagodnie.
Po szóste. Jeśli jesteś zaszczepiony, nie umrzesz. Przynajmniej na COVID.