***** ***
Szczerze powiedziawszy, to trochę się zawiodłem. Nie dostałem po mordzie, ani nawet nie zostałem zwyzywany. Wprawdzie nie odważyłem się założyć swojego tęczowego szalika ani wpiąć w klapę znaczka błyskawicy, no ale przecież mogłem zostać rozpoznany.
Zaczęło się od płomiennego przemówienie lidera, o którym mówią, że w towarzystwie lepiej wypuścić bąka niż wpuścić Bąkiewicza. Można o nim wiele powiedzieć, ale na pewno nie to, że nie potrafi celnie podsumować problemów tej naszej ubiedzonej Polski i Europy. Mówił o trwającej wojnie z Białorusią, Niemcami i Unią, którą musimy wygrać, o tęczowych i zielonych ideologiach wymyślonych przez Niemców, które zagrażają naszym rodzinom, upadłym zachodzie, który tylko my możemy odbudować naszą wiarą i religią, a na koniec dodawał otuchy naszemu premierowi, którego zdrajcy odsądzają od czci i wiary.
Tuż po trzynastej marsz wyruszył w kierunku Wisły, a mimo, że miał państwowy charakter, to na jego czele, w pierwszych rzędach zarezerwowanych dla najwyższych dostojników nie zauważyłem żadnego przedstawiciela władzy, z wyjątkiem mojego ulubionego, niezłomnego i nieprzejednanego posła Kowalskiego.
Większość uczestników uroczystości stanowiły młode byczki, których wieku nie dawało się dokładnie ustalić, ze względu na to, że ich twarze - domyślam się, że z powodu pandemii - były zasłonięte. Nie używali jednak medycznych maseczek tylko takich bardziej finezyjnych z trupimi czaszkami lub Maryją Niepokalaną.
W morzu biało-czerwonych flag transparentów było jak na lekarstwo. Z rzadka pojawiały się tylko nazwy miast lub patriotycznych organizacji.
Głównym środkiem wyrazu były okrzyki, najczęściej wyrywające się oddolnie z ust uczestników, a czasami intonowane przez organizatorów przez mikrofony, jakże wyszukane, podkreślające powagę tego naszego narodowego święta i minimalistyczne w swoim zamyśle, żeby nie powiedzieć surowe. "Chwała bohaterom", "Jebać czerwoną hołotę", "Polska biało-czerwoni", "Tęczowi wypierdalać".
A ponieważ na żadnej przyzwoitej manifestacji nie może zabraknąć ośmiogwiazdkowca, więc pewnie z tego powodu, najczęściej wykrzykiwanym hasłem było "jebać TVN".
Zostałbym pewnie znacznie dłużej, bo przyznać, że dobrze czuję się w tej podniosłej atmosferze jednomyślnej i niewykluczającej narodowej wspólnoty, ale zmógł mnie prymitywny głód i udałem się do, wstyd się przyznać, niepolskiej knajpki Uki Uki na, wstyd się przyznać, wegański makaron. Wstyd się przyznać, ale było to najlepsze, co mi się przytrafiło tego dnia, w 103 rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę.