1/100

Mój blog

Warszawa rządzi
Na mojej ustnej maturze z niemieckiego, w maju osiemdziesiątego siódmego roku, losowało się jeden z czterdziestu, wcześniej znanych tematów, który należało następnie zaprezentować komisji w kilkunastominutowym monologu. Ponieważ przygotowanie się do wszystkich opowieści graniczyłoby z cudem, więc postanowiłem wykuć na blachę jedną z nich, dotyczącą życia i twórczości Wolfganga Borcherta, a potem liczyć na łut szczęścia lub improwizować, gdyby szczęście to nie chciało się do mnie uśmiechnąć.

Wylosowałem temat pod tytułem „co byś pokazał niemieckiemu turyście w Warszawie” i zacząłem mniej więcej tak: najpierw poszlibyśmy do Pałacu Kultury, a potem do księgarni, gdzie pokazałbym mojemu turyście książki Wolfganga Borcherta. Wolfgang Borchert ist ein frueh verstorbener Erzaehler, Dramatiker und Lyriker der waehrend des Zwieten Weltkriegs eine antifaschistiche Verdinung vertrat.

Po ponad trzech dekadach od mojej matury, wczoraj, gościłem w Warszawie znajomego z Niemiec i już na początku naszego spotkania obszernie zaznajomiłem go z historią życia i twórczości Wolganga Borcherta.

Zaczęliśmy od posiłku w miejskiej tawernie „U Rysia”. Mają tam wyśmienity tatar z troci, zupę rybaka z dużymi kawałkami ryby oraz czosnkowe mule w białym winie z chrupiącą bagietką. Do tego wszystkiego idealnie wkomponował się czeski pils z nalewaka.

Po obfitym posiłku, chciałem pokazać mojemu gościowi jak bawi się Warszawa w piątkowy październikowy wieczór, więc udaliśmy się na Mazowiecką. Okazało się, że jednak, że to, niegdyś tętniące zabawowym życiem do rana, zagłębie knajp, barów i dyskotek jest zabite dechami. Prawdopodobnie COVID zrobił swoje i po "Tygmoncie", "Enklawie", "Organzie", "Papparazi" nie ma dziś śladu.

W tej sytuacji, nie pozostało nam nic innego, jak wpaść na małą szklaneczkę do baru „Max” przy Nowym Świecie. Ani w Szkocji, ani w Stanach, Irlandii czy Japonii nie uświadczy się whisky, której nie można by posmakować w tej warszawskiej świątyni tego trunku.

Naszym kolejnym przystankiem był mały bar na tyłach Nowego Światu, gdzie raczyliśmy się Leżajskiem z pianką. To miejsce pełne barów, wokół muralu Kory Jackowskiej szczególnie upodobali sobie studenci, którzy załatwiają tu swoje najważniejsze potrzeby związane z pragnieniem i głodem.

Na dłużej zatrzymaliśmy się w Domu Partii. Tu naprawdę się dzieje wieczorem i ciężko zdecydować się, czy zasiąść w „Cuda na Kiju”, „Zamieszanie – cocktailbar”, „newonce.bar”, „Freedom longue”, „Rakieta Klub”, czy „Zagrywki”. Myśmy wybrali „Zamieszanie”, w którym podają wcześniej przyrządzane napitki w małych butelkach, które nazywają kranami, bombkami lub buteleczkami. Spróbowałem Mango Mai Tai (bacardi carta blanca, bacardi spiced, mango, likier pomarańczowy, limonka, orgeat) oraz La Farfalla (tequila jose, cuervo, martini extra dry, róża, truskawka i rabarbar), a zakochałem się w wegańskim, słodko-kwaśnym Whisky Sour z pianką z alg.

Afterek zrobiliśmy w klimacie późnego PRL-u, nie gdzie indziej, a w „Pijalni wódki i Piwa” przy Nowym Świecie. Ja degustowałem Porucznika Borewicza (soplica wiśniowa i syrop bananowy), a mój kompan Wściekłego Psa (żubrówka biała, syrop malinowy, tabasco) – wszystko w zniewalającej cenie 5.50 za shota. Do tego nie dało się nie zamówić zimnych nóżek i chleba ze smalcem i ogórkiem.

Po tym wieczornym, knajpianym rajdzie musze przyznać, że wstydu przed Niemcem Warszawa nie przyniosła, a Pani Profesor Kiszkurno, moja przesympatyczna nauczycielka niemieckiego, która moje maturalne wypociny oceniła na czwórkę, dziś z pewnością postawiłaby mi szóstkę.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm