Wesele
Obejrzałem Wesele. Smarzowski zajął się tym razem naszym polskim antysemityzmem i stosunkiem Polaków do Żydów.
Osnową filmu jest wesele córki łomżyńskiego potentata w produkcji wieprzowiny, którego sędziwy ojciec, na kilka godzin przed rozpoczęciem ceremonii otrzymuje wiadomość od ambasadora Izraela o przyznaniu wyróżnienia Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.
Cały film to dwie, przeplatające się historie: pierwsza, osadzona w dzisiejszych czasach to relacja z wesela, w którym uczestniczymy wspólnie z dziadkiem pani młodej i druga, osadzona w czasie drugiej wojny światowej, to historia małego miasteczka okupowanego najpierw przez Sowietów a potem przez Niemców, w którym dochodzi do zbiorowego mordu na kilkuset Żydach, spalonych żywcem w stodole przez kilkudziesięciu mieszkańców miasteczka z inspiracji nazistów. Kilkunastoletni dziadek panny młodej ratuje przed śmiercią Żydówkę, w której zakochał się jeszcze przed wybuchem wojny.
Reżyser wykorzystał retrospekcję i przenikanie wydarzeń sprzed kilkudziesięciu lat z czasem bieżącym. Po motyw ten, twórcy filmowi sięgają często, i mimo, że jest on już nieco wyświechtany, to u Smarzowskiego ogląda się to dobrze. Problem mam z inną techniką zastosowaną przez reżysera. To kilkanaście, kilkusekundowych wypowiedzi uczestników wesela do kamery, w których składają życzenia, recytują rymowanki, wygłaszają ksenofobiczne komentarze. Ten reżyserki zabieg jest dla mnie mocno dyskusyjny.
Smarzowski pokazuje pełen wachlarz naszych polskich przywar. Ojciec panny młodej to cwaniak, prowadzący interesy omijając prawo, u którego lokalna policja siedzi w kieszeni. Ksiądz opowiada z ambony o tęczowej zarazie i przestrzega kobiety, że ich powinnością jest pełne oddanie i uległość wobec mężczyzn. Pan młody działa w nacjonalistycznych bojówkach. Jeden z gości weselnych nie chce siedzieć obok osoby czarnoskórej. Z ust biesiadników pada mnóstwo zawistnych i ksenofobicznych komentarzy. Jakkolwiek wiele z tych scen zawiera sporo prawdy o Polakach, tym niemniej jest to podane w sposób toporny, bez finezji i sztampowo.
Reżyser bardzo stara się znaleźć jakąś paralelę, wspólny mianownik, związek przyczynowo skutkowy pomiędzy tymi dwiema historiami, ale zupełnie mu to nie wychodzi. Wypada to sztucznie i nachalnie.
Film zawiera wiele scen pełnych okrucieństwa, które nie wiadomo czemu służą. Jak scena, w której główny bohater wymierza karę szantażyście, którą jest gwałt dokonany przez knura.
W tym filmie wszyscy są źli, nienawistni i prymitywni. Dziadek, który ratuje Żydówkę od śmierci, robi to tylko dlatego, że wcześniej się w niej zakochał.
Te film niczego nie wyjaśnia. Nie stawia żadnych hipotez. Nie zadaje żadnych pytań. Postaci w tym filmie nie mają żadnych wątpliwości. Wszystko jest czarno-białe i jednoznaczne. I dlatego ten film nie wzbudził u mnie żadnych emocji, po które chodzę do kina.
Ten film trochę ratują zdjęcia i aktorzy: niezawodny w roli Polaczka-Cwaniaczka Robert Więckiewicz, jak zawsze perfekcyjna Agata Kulesza, doskonały Arkadiusz Jakubik i bardzo dobrze zapowiadający się aktor młodego pokolenia Mateusz Więcławek.
Dla mnie, po dobrym Klerze i Wołyniu, jeden z najlepszych polskich reżyserów zalicza wpadkę.
Nie polecam Wesela.