Lepszy rydz niż nic
Mieć przyjaciela fajna sprawa. Mieć dziewięcioro przyjaciół - jeszcze fajniejsza. A spotykać się każdego roku z dziewięcioma przyjaciółmi na grzybobranie - bezapelacyjnie bezcenne.
Krysia, nasza gospodyni, jak co roku przywitała nas wyśmienitą zupą grzybową, mazurskimi wędlinami, wędzonym pstrągiem, a najlepsze - czyli kwaśnicę na ziobrze - zostawiła na sobotni poranek jako lekarstwo na kaca.
Od naszego ostatniego grzybobrania Benio zdecydowanie wydoroślał, nabierając dystansu do ludzi i mimo, że nie był zainteresowany spędzeniem wieczoru na moim ramieniu, to jako legowisko wybrał moje posłanie.
Emilia zajechała na posesję z gracją kierowcy rajdowego zaliczając co większe kałuże ku udawanej uciesze sąsiadów.
Piotr zaprezentował swoją jeszcze bardziej wysportowaną sylwetkę chwilę po ukończeniu kolejnego Iron Mana, mimo że w jego wieku rekordy bije się raczej w godzinach spędzonych przed telewizorem.
Ania przywiozła pleśniaka, który robi furorę w Pomiechówku i bezkonkurencyjną karkówkę ze śliwką, idealnie sprawdzająca się jako zakąska.
Kasia jak zawsze, raczyła nas swoim niepowtarzalnym, rubaszno-donośnym rechotem, który uratuje nawet najbardziej nieznośny dowcip.
Maciek, dusza towarzystwa, lubiący śmiać się z siebie prawie tak samo jak z innych, nie dopuszczał, aby szkło pozostawało puste.
Mirek nie dawał wciągać się w zbyt gorące rozmowy, zamiast tego, z dystynkcją delektował się spożyciem w miłym towarzystwie.
Joasia, która pominęła pieczywo i jajka na liście zakupów, nie zapominając jednak o butelce Glenmorangie, okazała się świetnym kompanem do whisky.
Gosia, nieoceniona organizatorka i kierowniczka naszych wyjazdów, prezentująca co roku coraz większe wisiory, tym razem olśniła wszystkim swoją proekologiczną biżuterią z kapsułek po kawie.
Po krótkiej nocy i późnym śniadaniu wyruszyliśmy do lasu. Może nie dla wczasowiczów, ale dla grzybiarzy pogoda była idealna. Przestało wreszcie padać, słońce wychodziło zza chmur, a temperatura zbliżała się do dwudziestki. Trudno zbierać grzyby w grupie, więc każdy poszedł w swoją stronę. W ciszy przebijałem się przez chaszcze i odkrywałem kolejne polany. Grzybów było niewiele. W dwie godziny nie uzbierałem nawet połowy wiadra rydzów na patelnię, koźlaków do suszenia i borowików do ręcznie wygniatanego papardelle. W końcu jednak zostałem odnaleziony a las opuściłem z pełnym wiadrem, bo przecież prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.