Państwo z dykty
W naszej wsi pojawił się dopiero w tym tygodniu. Nikt go tu nie chciał, więc chlebem i solą go nie witaliśmy. Jednak, skoro już przybył, to pomyślałem, że jego wizyta może mieć dla nas niespodziewanie pozytywny skutek, bo jak tylko wyzdrowiejemy, będziemy mogli wreszcie zacząć spotykać się, jak za dawnych, dobrych, przedcovidowych czasów.
Mój przyjaciel i sąsiad zza płota, pierwsze objawy zaobserwował w poniedziałek: dzieci - ból głowy, żona - kłopot ze smakiem, a on - katar i zmęczenie. Na wtorek rano zapisał się na prywatny test antygenowy w Centrum Damiana. Za 150 złotych pobierają Ci wymaz z nosa i gardła, a po 15 minutach masz wynik. W przypadku sąsiada - pozytywny. Lekarz zarządził niezwłocznie izolację dla całej rodziny, zawiadomił Sanepid, ale zupełnie zignorował informację przekazywaną przez sąsiada, że nie mieszka w miejscu zameldowania. Procedura nie przewiduje takiej sytuacji. Następnego dnia Sanepid telefonicznie skontrolował, czy rodzina przestrzega zasad izolacji i przekazał informację, że sąsiad nie może opuszczać domu do 11 marca, czyli przez 9 dni od dnia pozytywnego testu, a jego żona do 17 marca, czyli 15 dni od dnia pozytywnego testu męża. Gdyby żona sąsiada zrobiła test, a nie sąsiad, to ona mogłaby opuścić dom wcześniej niż on, więc nie za bardzo rozumiem logiki, która za tym stoi.
Ponieważ mój sąsiad na czas pandemii wprowadził w swoim domu najostrzejsze w całej wsi obostrzenia, to zaczęliśmy się zastanawiać, jak to możliwe, że jako jeden z pierwszych złapał wirusa. Szybkie śledztwo wykazało, że możliwe były jedynie dwa źródła przywleczenia covida: manicure jego żony lub wizyta mojego syna, która miała miejsce kilka dni przed feralnym testem.
Kiedy zestawiłem wyniki śledztwa z katarem, który pojawił się u mnie we środę oraz z informacją od syna, że jest jakoś dziwnie zmęczony po powrocie z pracy, to nie miałem żadnych wątpliwości - muszę sprawdzić, czy i w naszym domu nie trzeba zarządzić izolacji.
Postanowiłem więc, że pójdę do lekarza po skierowanie na test.
Jestem typem pacjenta, którzy wie lepiej od lekarza, jakie środki diagnostyczne należy podjąć w dowolnej chorobie, a z doświadczenia wiem, że jeśli chcesz wyjść z gabinetu ze skierowaniem na interesujące cię badania w ręku, musisz odpowiednio pokierować rozmową z lekarzem, a czasami delikatnie podkolorować swoje objawy. W przypadku skierowania na test na covid wyzwanie jest poważniejsze. Jeśli powiesz bowiem, że masz katar, lekarz uzna, że jesteś zdrowy, a jeśli powiesz, że straciłeś węch, bolą Cię kości i miałeś kontakt z osobą chorą, to stwierdzi covid. W obu przypadkach obejdzie się bez testu. Postanowiłem więc powiedzieć, że miałem kontakt z sąsiadem dzień przed zdiagnozowaniem u niego covid, a sam czuję dobrze, chociaż mam lekki katar i ból w kościach, ale chciałbym zrobić test, bo nie wiem czy nie zarażam.
Pierwszy wolny termin w Luxmed w Piasecznie miałem we czwartek z samego rana. Wizyta zdalna. Pomyślałem, że w ostatnim roku, to jedna z ostatnich życiowych spraw, której nie załatwiałem dotąd w zdalnej formie.
Sympatyczna pani doktor zadzwoniła punktualnie o siódmej i zaraz po tym, jak wysłuchała mojej historii, poinformowała mnie, że chętnie skierowałaby mnie na test, ale nie ma takich uprawnień, bo wizyta, czy raczej rozmowa telefoniczna, odbywa się w ramach prywatnej opieki. I nie ma przy tym znaczenia, że ta sama pani doktor, w innych godzinach, pracując w tej samej placówce, ale już w ramach wizyty pod auspicjami NFZ wystawia skierowania na testy. Zapytałem panią doktor, czy taka strategia walki z pandemią jaką przyjęło nasze państwo jest według jej sensowna – odpowiedział, że nie.
Pani doktor poradziła mi, żebym zadzwonił do Luxmedu, pod ten sam numer telefonu i umówił się na wizytę z NFZ. Tak też zrobiłem niezwłocznie i o dziwo udało mi się umówić wizytę zdalną na dziewiąta trzydzieści. Dostałem emaila z potwierdzeniem wizyty – zresztą identycznego jak w przypadku tej porannej wizyty, z którego wynikało, że lekarz zadzwoni do mnie w przedziale plus / minus trzydzieści minut w stosunku do umówionej godziny. No to zrobiłem sobie drugą kawę i od dziewiątej wpatrywałem się w ekran mojego smartfona w oczekiwaniu na połączenie od lekarza z domeny NFZ.
Do dziesiątej nikt nie zadzwonił.
No to odpuszczam NFZ. Dzwonię do Luxmedu, żeby się umówić na prywatny test. W czasie, kiedy czekam na połączenie, dokładnie o 10:06, widzę na smartfonie, że dzwoni do mnie Luxmed – ten sam numer telefonu, co oznacza, że dzwoni moja niedoszła wizyta z NFZ. Próbuję przełączyć rozmowę, ale nie udaje mi się. Oba połączenia się urywają.
Myślę sobie, że skoro próbowali się dodzwonić i zobaczyli, że zajęte, to zadzwonią ponownie. Odkładam więc telefon i czekam. Po kwadransie dzwoni telefon. Równie sympatyczna pani doktor wysłuchuje mojej historii, ale szybko mi przerywa i mówi, że dałaby mi skierowanie, ale nie może tego zrobić, bo system nie działa, a w kolejce ma jeszcze kilka osób, których też nie może obsłużyć. Pytam się, co ja mam w takim razie zrobić. Ona mi na to, że jest na zmianie do trzynastej i będzie próbować. Jeśli się jej uda wystawić skierowanie to zadzwoni do mnie, a jeśli nie, to proponuje mi, żebym po trzynastej umówił się na wizytę z innym lekarzem i nim próbował dalej. Wkurzony, zaczynam wylewać złość na panią doktor. Mówię, że to wszystko bez sensu, że tak działając, to my tej pandemii nie zatrzymamy. Ona mi na to, że dopiero szczepionki ją zatrzymają i że może wystawić mi zwolnienie lekarskie. Ja jej na to, że nie potrzebuję zwolnienia lekarskiego, jeśli nie wiem, czy jestem chory, czuję się dobrze i chodzi mi wyłącznie o to, żeby nie zarażać innych, ale tylko w sytuacji, kiedy mam pewność, że jestem chory, a nie w sytuacji, kiedy jest podejrzenie. Nie dochodzimy do porozumienia, pani doktor urywa rozmowę stwierdzeniem, że gdyby tak wszyscy pacjenci jej się wyżalali na nasza służbę zdrowia, to ona w ogóle nie mogłaby pracować.
No to już wiem, że zostaje mi jednak prywatny test. Dzwonię znów do Luxmed. Pytam się o testy jakie oferują. Uprzejma pani na infolinii informuje mnie, że mają dwa rodzaje testów na covid. Pierwszy mniej dokładny, antygenowy, za 150 złotych oraz drugi, dokładny, genowy, za niecałe pięćset złotych. Jeśli chcę wyjechać zagranicę, to tylko ten drugi jest honorowany. Na oba mam dziesięć procent zniżki jako klient Luxmed. Mówię zatem, że chciałbym się zapisać w dniu dzisiejszym. Pani jednak na to, że ich placówka nie wykonuje testów we czwartki i może zapisać mnie na piątek. Ja jej na to, że chory to ja jestem dziś i nie chcę czekać do jutra. Rozmowa się kończy.
Odpuszczam. Nie chce mi się szukać testu w Warszawie. Zrobię sobie autoizolację. W końcu jestem zdrowy i nic mi nie dolega.
O dwunastej dzwoni do mnie pani doktor z Luxmed – ta od NFZ i mówi, że system zaczął działać. Podaje mi siedmiocyfrowy numer skierowania z centralnej bazy danych. Pytam, gdzie mogę zrobić test. Lekarka informuje, że w Piasecznie są dwa miejsca: Chyliczkowska przy starostwie i Mickiewicza przy szpitalu Świętej Anny. Jest jeszcze trzeci punkt w powiecie, ale w Tarczynie. Uradowany dziękuję pani doktor.
W internecie sprawdzam, co to za placówki robią te testy. Okazuje się, że to mobilne punkty. Nie mam dziś samochodu, więc wsiadam na rower. Najbliższy jest punkt na parkingu, przy parku w Piasecznie. Mam cztery kilometry. Na parkingu, przy głównym parku Piaseczna stoi żołnierski namiot – otwarty z obu stron, nic w nim się nie dzieje. W kolejce do namiotu czeka dziewięć samochodów. Ustawiam się w kolejce na dziesiątym miejscu jako jedyny rowerzysta. W międzyczasie, za mną ustawia się kilka kolejnych samochodów. Obok namiotu stoi barak – taki trzy na sześć metrów. Ma drzwi wejściowe z lewej i okno na wprost. Okno jest jednak zamknięte. Widać, że punkt jest nieczynny. Przed oknem, w gęstej kolejce stoi grupka klientów – pewnie kierowcy lub pasażerowie, którzy chcą się zarazić jeszcze przed wykonaniem testu. Stoję tak piętnaście minut. Okno ciągle zamknięte, a kolejka samochodów wydłuża się. Podchodzę do baraku. Ludzie mówią, że zaraz powinni otworzyć. Mówię, że nie rozumiem czemu jest zamknięte, skoro w internecie piszą, że pracują cały dzień. Oni też nie rozumieją. Podchodzę do okna. Na nim kartka, która mówi, że we czwartek od 8:00 do 13:00 obsługują NFZ, od 13:00 do 14:00 komercję, i od 14:00 do 20:00 znów NFZ. Jest 12:50, ja mam skierowanie z NFZ, więc nie będę czekał godziny. Jadę do drugiego punktu w Piasecznie przy szpitalu Świętej Anny. Też czynny od rana do wieczora, ale kiedy podjeżdżam do baraku, to czytam na nim, że przyjmują od 15:00. Wracam do domu.
Jem obiad i ponieważ ciągle nie mam samochodu wsiadam na rower. Jest 15:00. Najpierw do punktu przy starostwie. Kolejka na 30 samochodów. Nie będę stał na mrozie. Jadę do Świętej Anny. Tam jeszcze większa kolejka. Wracam do domu.
Wreszcie mam samochód. Jadę do punktu przy starostwie. Staję w kolejce o 17:07. W kolejce jakieś czterdzieści samochodów. Wyposażony w Kindla, smartfona, w ciepłym samochodzie nic sobie z tego nie robię. O 18:50 przychodzi moja kolej. Jestem przy samym namiocie wychodzę z samochodu, kiedy przy oknie jest obsługiwana poprzednia osoba. Obok stoi kobieta. Pytam, czy czeka na pobranie. Mówi, że tak. Mówię, żeby weszła przede mną. Ona na to, że przyszła pieszo i ma swoją kolejkę między samochodami, ale pani obsługująca kazała jej czekać na swoją kolej. W międzyczasie podjeżdża samochodem inna kobieta z czteroletnim dzieckiem, pyta obsługującą, czy może wejść bez kolejki, ale ta jest nieugięta - każe jej ustawić się na końcu kolejki informując, że i tak pewnie nie zdąży, bo o 20.00 zamykamy.
Przed dziewiętnastą wreszcie zostaję obsłużony. W baraku widzę dwie panie obsługujące buchalterię. Trzecia bierze ode mnie numer skierowania, czyta go na głos, wtedy pozostałe panie sprawdzają w komputerze czy moje zamówienie jest w systemie. Podaję swoje dane i za chwilę główna obsługująca pobiera wymaz z moich nozdrzy i jamy ustnej. Dostaję karteczkę z danymi do logowania. Za 24 godziny mogę sprawdzić wynik, o ile wcześniej nie zadzwonią do mnie z informacją o przymusowej izolacji.
Wynik otrzymałem w piątek o 22:00. Negatywny.
Światowa organizacja zdrowia od początku pandemii trąbi, że jedynym sposobem na pokonanie pandemii są testy. Jestem przekonany, że gdyby testy były prowadzone prewencyjnie, były łatwo dostępne, a do tego bezpłatne, to pandemię pokonalibyśmy dawno. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie da się tak zrobić, bo jest to zbyt drogie i nierealne do wprowadzenia. Nie udało się to zresztą żadnemu państwu w Europie ani na świecie. Jednak inną sprawą są testy reaktywne. Te, dla osób z choćby niewielkimi objawami lub osób, które miały kontakt z zarażonym, powinny być przeprowadzane natychmiast i za darmo. Nasze państwo niestety nie potrafi tego zorganizować.