1/100

Mój blog

A może pokroić ci jabłuszko?
Ze wszystkich gatunków człowieczej miłości ta, którą darzymy własne dziecko, jest jedną z najpiękniejszych. Bez względu na charakter, urodę czy maniery, istoty, w której płynie Twoja krew, której pudrujesz pupę, którą prowadzasz do przedszkola, której pomagasz przed klasówką, która zwierza Ci się ze swoich pierwszych miłości, w której gestach, rysach twarzy i zachowaniu widzisz siebie, nie da się nie kochać miłością bezwarunkową i bezgraniczną.

Czasami miłość ta staje się zaborcza i nadopiekuńcza. W przypadku uczucia do partnera jest to zawsze niezdrowe i toksyczne, jednak w odniesieniu do dziecka sprawa staje się bardziej skomplikowana.

Plac zabaw mieliśmy dokładnie po oknami naszego mieszkania na pierwszym piętrze, co dawało rodzicom doskonały ogląd sytuacyjny. Ileż ja się najadłem wstydu przed kumplami, kiedy w środku rozgrywki w kapsle, albo podczas kopania piłki musiałem odpowiadać na rzucane z okna przez Mamę „czy ty się nie spociłeś?”.

Nie wiedzieć czemu, moja Mama upodobała sobie dla mnie czerwony beret z antenką. W chłodniejsze dni, przed wyjściem do szkoły zawsze zakładała mi go na głowę, sprawdzając czy oba ucha są dokładnie zakryte. Nienawidziłem tego beretu. Do dziś beret z antenką widzę często w sennych koszmarach.

Kiedy na spotkaniach rodzinnych przy stole, jakaś ciotka zadawała mi to wyświechtane imieninowe pytanie „a jak ci idzie w szkole synu?”, zanim otworzyłem buzię, moja Mama zawsze pierwsza udzielała wyczerpującej odpowiedzi, kwieciście i z dumą opowiadając o moich szkolnych dokonaniach.

Wszystko musiała wiedzieć i kontrolować. Jeśli z kimś telefonowałem – musiała wiedzieć kto to i o czym rozmawialiśmy. Jeśli gdzieś wychodziłem – musiała wiedzieć do kogo, jaki ma numer telefonu i co będziemy robić.

Była przerażona nawet najdrobniejszymi objawami choroby, które zauważała u mnie. Zwykły katar czy kaszel zawsze kończył się przerwą od szkoły i wizytą zaprzyjaźnionego lekarza. Raz, w środku mroźnej zimy graliśmy z chłopakami w piłkę na śniegu. Kiedy wróciłem do domu, Mama postawiła diagnozę, że mam odmrożone uszy i natychmiast zabrała mnie do szpitala na SOR. Dyżurujący lekarz nie zgodził się jednak z jej diagnozą.

Uważała, że głównym zadaniem rodzica jest zadbać o dobre odżywianie dziecka, dbać o jego zdrowie i stworzyć mu idealne warunki do nauki. Jakiekolwiek obowiązki tylko niepotrzebnie odrywałyby je od nauki. Wyrzucanie śmieci, zapełnianie kosza z brudną bielizną, skakanie do sklepu po drobne sprawunki – to czynności, których nie znało moje dzieciństwo.

Kiedy jadaliśmy wspólne, codzienne obiady zawsze nakładała na talerz porcję dedykowaną indywidualnie dla każdego domownika. Jako pierwszy, największego kotleta dostawałem zawsze ja, na drugim miejscu mój o trzy lata młodszy brat, potem Tata, a na końcu przygotowywała talerz dla siebie z najmniej dorodnym kotletem. W czasie świątecznych posiłków, kiedy na stół trafiały półmiski, przy pierwszym obrocie, nie pozwalała, aby każdy nakładał sobie samodzielnie. Sama decydowała co, w jakiej ilości i w jakiej kolejności znajdzie się na talerzach. A potem, co i rusz, często ukradkiem, nie bacząc na moje sprzeciwy, mówiąc „weź jeszcze pieroga”, wrzucała mi na talerz kolejne dokładki.

W czasach reglamentacji, nie pozwalała Ojcu jeść szynki ani polędwicy – one były zarezerwowane wyłącznie dla dzieci. Tata sprawiał wrażenie, jakby rozumiał i podzielał to podejście, zadawalając się tłuściejszym baleronem lub boczkiem.

Kilka razy dziennie przynosiła mi do pokoju owoce, herbatę lub słodkości. Jabłka lub grejpfruty zawsze pozbawione niejadalnych części, gotowe do spożycia. Maliny i porzeczki zawsze przeciśnięte, w postaci gęstego soku. Stała nade mną, dopóki nie wypiłem całej szklanki. Wchodząc z tymi smakołykami nigdy nie pukała, co było szczególnie deprymujące, kiedy akurat odwiedzała mnie jakaś koleżanka z klasy – wtedy zresztą pojawiała się w pokoju zdecydowanie częściej.

Odkąd pamiętam i dokąd pamiętam, zawsze przytulała i obcałowywała mnie na powitanie, niezależnie od tego czy wracałem z kolonii, czy odbierała ze szkoły, czy budziła rano.
Zawsze pokazywała, że swoich dwóch synów kocha ta samą miłością. Zarówno jednak ja, jak i mój młodszy brat czuliśmy, że ten starszy z nas, pierworodny, zajmuje w jej sercu troszeczkę więcej miejsca. Mój brat kiedyś zresztą, kiedy był już prawie pełnoletni wykrzyczał jej to przy okazji jakiejś drobnej sprzeczki.

Gdzieś po koniec lat osiemdziesiątych lub na początku dziewięćdziesiątych, już po śmierci mojego Taty, kiedy byłem pełnoletni, wybrałem się z kolegą i naszymi dziewczynami do Bułgarii na kilka dni, samolotem. Mama była przeciwna temu wyjazdowi, wszelkimi sposobami chciała mnie od niego odwieść, twierdząc, że to daleko, nieznany kraj, drogo i niebezpiecznie. Nie dałem za wygraną, obiecałem, że będę dzwonić codziennie i wylecieliśmy. Po powrocie do Warszawy, chcieliśmy jeszcze zabawić przez kilka dni w domu kolegi. Musiałem jakoś załatwić sprawę z Mamą. Zadzwoniłem do niej i zmienionym głosem rzuciłem do słuchawki: „Eta Sofia. Gawaricje”, po czym oddałem słuchawkę koledze, który wytłumaczył Mamie, że utknęliśmy na lotnisku w Sofii i wrócimy pewnie w ciągu kilku dni. Dowiedziałem się później, że moja Mama, niezwłocznie po tej rozmowie udała się na Okęcie, znalazła jakąś załogę bułgarskich linii lotniczych, i kazała pilotowi natychmiast sprowadzić jej syna do Polski.

Dziewczyny, które sprowadzałem do domu, niezależnie od tego czy były ładne, lub trochę mniej, pełne wdzięku, lub trochę mniej, mądre, lub trochę mniej - nigdy nie podobały się mojej Mamie, o czym zawsze mówiła otwarcie, sugerując, że nie są dla mnie. Nigdy nie zgadzałem się z jej opinią, chociaż zawsze, mniej lub bardziej podświadomie, czułem potrzebę jej akceptacji.

Jako teściowa, była nie do zniesienia. Nigdy nie potrafiła szczerze docenić synowej. Potrafiła zajrzeć do lodówki, przeczytać nalepkę z pierwszego lepszego słoika, a potem rzucić retoryczne „kto to kupuje?”, sugerując, że jej syn na pewno, czegoś takiego by nie kupił.

Kiedy odchodziła, wyniszczona długą chorobą i półprzytomna, poczekała z umieraniem aż zakończę pracę w piątek przed weekendem. Kiedy przyjechałem, otworzyła na chwilę oczy, mówiąc „mój kochany synek przyjechał” i umarła.

Uważam, że to jacy jesteśmy, kształtują przede wszystkim nasi rodzice. Efektem zaborczej i nadopiekuńczej miłości często jest życiowy fajtłapa, który nie potrafi radzić sobie z własnym życiem lub frustrat, zdziwiony, że świat nie postawił go w centrum uwagi. Ale równie często, może nim być silna osobowość o wysokim poczuciu własnej wartości, doskonale przygotowana do prowadzenia własnego życia w wyznaczonym przez siebie kierunku. Granica jest bardzo cienka. Od czego to zależy? Nie wiem. Wiem jednak, że za pokrojone jabłka, przytulanie na śniadanie, świadomość, że jesteś dla kogoś bardzo, ale to bardzo ważny, albo za to po prostu, żeby jeszcze była, oddałbym wiele.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm