***** ***
Są jak sekta. Gdyby nagle zniknął ich guru, cała ich organizacja, posypałaby jak domek z kart, a członkowie sekty, pozbawieni instrukcji od wodza nie wiedzieliby o czym myśleć i co mówić.
W tej bezideowej zbieraninie katalog charakterów sprowadza się do żądnych władzy dzierżymord bez ułamka charyzmy, pseudointeligentnych naukowców z wątpliwym dorobkiem, pożytecznych idiotów udających troskę o kraj, zakompleksionych nienawistników odreagowujących swoje życiowe niepowodzenia, bezgranicznie wielbiących wazeliniarzy, których jedyną kompetencją jest powtarzanie słów prezesa, prostackich półgłówków mających w głębokim poważaniu historię i rozum, religijno-obyczajowych fanatyków, których głównym celem jest meblowanie nie swojego życia i na koniec najliczniej reprezentowana grupa cwaniaków, którzy bez najmniejszych oporów łupią nasz kraj.
Przy tej całej nieznośnej różnorodności łączy ich kilka wspólnych cech.
Po pierwsze: nie posiadają kręgosłupów, ani żadnych moralnych zasad. Są w stanie wypowiedzieć każdą bzdurę, która nikomu przy odrobinie zdrowego rozsądku, nigdy nie przyszłaby do głowy. Bez mrugnięcia okiem zakwestionują dowolną tezę, nawet jeśli za oczywistą uznaje ją cały naukowy świat, a potem będą do znudzenia uzasadniać swoje stanowisko używając dobrze opanowanego arsenału technik, opierającego się przede wszystkim na manipulacji, półprawdach, demagogii, populizmie, odwracaniu kota ogonem, budowaniu teorii spiskowych i szantażu moralnym.
Po drugie: są dyletantami. Nic nie potrafią, na niczym się nie znają. Nie potrafią niczego przewidzieć, niczemu przeciwdziałać ani zapobiec. Nie są zdolni do wnikliwej obserwacji, analizy rzeczywistości, wyciągania wniosków. I choć brzmi to przerażająco, nie to jest najgroźniejsze. Sedno ich dyletanctwa leży zupełnie gdzie indziej. Mają bowiem niebywale skuteczną umiejętność psucia. Cokolwiek czego się dotkną, czy jest to instytucja, przepis, konferencja lub wystawa, czy działa dobrze czy źle, po prostu przestanie działać i zamieni się w zgliszcza na czarnej, wypalonej ziemi.
Po trzecie: nie słuchają i nie rozmawiają. Oni po prostu wiedzą. Wiedzą, w co powinieneś wierzyć i jak często. Wiedzą z kim i jak powinieneś się kochać. Wiedzą, która część historii jest właściwa. Wiedzą, jakie książki powinieneś czytać. Wiedzą jakie role w twoim związku powinna pełnić kobieta, a jakie mężczyzna. Wiedzą, kto jest dobry, a kto zły. Wiedzą czy jesteś prawdziwym Polakiem, czy też byłoby lepiej, abyś opuścił ten kraj, bo nie ma w nim miejsca dla nieprawdziwych. To że wiedzą, nie jest jednak najgorsze. Nie do zniesienia jest coś zupełnie innego. Esencją ich działania jest dążność do przemeblowywania Twojego życia w taki sposób, jaki według nich będzie dla Ciebie najlepszy.
Po czwarte: są bezczelni, aroganccy, pełni buty i wyzuci z empatii. Mimo, że ich retoryka jest pełna okrągłych frazesów i zarzutów do wszystkich naokoło o brak szacunku do nich, to nie umieją ukryć, nie chcą ukryć i nie ukrywają swojej pogardy. Pogardy dla ludzi, grup społecznych, grup zawodowych, historii, prawa, reguł, świata. Każdego, kto choćby w minimalnym stopniu nie akceptuje ich działań zwyzywają, splują, podepczą, nazwą lewakiem, pachołkiem Putina, zdrajcą, agentem obcego państwa, komunistą, Niepolakiem, a w najlepszym wypadku przestępcą.
Po piąte: są nieufni, wszędzie widzą spisek, są zawistni i mściwi. Według nich, każdy ma złe intencje. Nie rozumieją na czym polega zaufanie. W ich świecie zaufanie zastąpiono wiernopoddaństwem i donosicielstwem. Uważają, że światem rządzą tajemne siły, sprzymierzone w walce o unicestwienie nas, a wszyscy mają coś na sumieniu i knują. Spoza własnego grona i grona swoich popleczników, nie są w stanie nikogo docenić czy uznać, ale chętnie go stłamszą i pognębią.
Natomiast Kaczyński to zupełnie inna bajka.
Kiedyś myślałem o nim, że jest człowiekiem uczciwym, nawet krystalicznie uczciwym. Dziś już tak nie myślę. Trudno uważać, za uczciwego kogoś, kto nie chce widzieć nieuczciwości swoich podwładnych i z pełną świadomością przymyka oko na ich niegodziwości.
W formacji, którą niepodzielnie rządzi, o nim jedynym można powiedzieć, że ma spójną i jasną wizję Polski. Powiedziałbym nawet, że jemu na sercu leży dobro naszego kraju. Problem polega na tym, jaka jest ta jego wizja i na czym, według niego, polega jej dobro.
Polska Kaczyńskiego jest Polską, w której nie ma rozdziału kościoła od państwa. Ja nie mam nic przeciwko kościołowi jako wspólnocie w wierze (bo z kościołem jako instytucją w Polsce mam ogromny problem). Sam jestem katolikiem. Myślę jednak, że średniowieczny model współistnienia kościoła i państwa, który wspiera i wdraża Kaczyński, wyrządza ogromną szkodę i kościołowi i państwu.
Polska Kaczyńskiego jest Polską, w której mężczyźni dominują w relacjach rodzinnych i społecznych. W której parafia staje się podstawową komórką społeczną, a zdanie księdza jest najważniejsze. W której kobieta zna swoje miejsce, a pozycji mężczyzny nie można kwestionować.
Polska Kaczyńskiego jest ksenofobiczna i zamknięta. Czuje lęk przed obcymi, innymi lub myślącym inaczej.
Polska Kaczyńskiego jest nietolerancyjna. Nie akceptuje odmienności w najmniejszym stopniu. Nie dopuszcza do posiadania własnego zdania.
Polska Kaczyńskiego jest przekonana, że jesteśmy narodem wybranym, który cierpiał za innych, który działał tylko w słusznej sprawie, który nie ma rys, któremu należy się więcej niż innym.
Polska Kaczyńskiego jest nieufna i podejrzliwa. Nie potrafi okazywać zaufania. Nie potrafi budować zaufania. We wszystkim i we wszystkich widzi przede wszystkim spisek.
Polska Kaczyńskiego nienawidzi. Nienawidzi wszystkich i wszystkiego. Najbardziej nienawidzi zwykłego człowieka, jeśli nie jest jej wdzięczny, albo myśli po swojemu.
Kaczyński doszedł do władzy wykorzystując trzy narzędzia, których nikt, nigdy nie powinien używać wobec własnego narodu.
Pierwsze narzędzie to strach.
Podczas procesu norymberskiego, Herman Goering, zapytany o to jak to się stało, że tak dobrze wyedukowany naród, z tak mocno rozwiniętą demokracją zgodził się na to wszystko, odpowiedział: "to bardzo proste i nie ma nic wspólnego z nazizmem, a z ludzką naturą. Można to zrobić w systemie nazistowskim, socjalistycznym, komunistycznym, monarchii lub demokracji: jedyną rzeczą, której rząd potrzebuje, aby zamienić ludzi w niewolników jest strach. Jeśli znajdziesz coś, co ich przestraszy, możesz zmusić ich do robienia wszystkiego”.
Kaczyński operuje tym narzędziem od lat.
Najpierw musisz wzbudzić strach. Nieważne przed czym. Możesz wybrać coś na czasie lub wykreować coś na podorędziu. To nie ma znaczenia. Pokaż jak bardzo jest to groźne. W kółko powtarzaj, że to śmiertelnie zagraża ludziom, rodzinie, narodowi, Polsce, Europie, światu, cywilizacji i że tylko Ty potrafisz uchronić nas przed tym. Staraj się nie straszyć zbyt wieloma potworami naraz, żeby naród się nie pogubił. Lepsze efekty osiągniesz uruchamiając demony sekwencyjnie. Ale zawsze bądź gotowy na odpalenie nowego, bo one szybko się zużywają.
Drugie narzędzie to oszustwo.
Kaczyński oszukał ludzi pokazując, że można podnieść ich dostatek na skróty, to znaczy inaczej niż za pomocą pracy oraz że można pójść szybciej na emeryturę bez wpływu na jej wysokość.
Jest w Polsce mnóstwo biedy. W wielu miejscach nie ma pracy. Tym ludziom trzeba pomagać. I to nie podlega dyskusji.
Jeśli jednak wszystkim dzieciom w Polsce, niezależnie od ich sytuacji materialnej przekazuje się pieniądze, to należy to bezwzględnie potępić, ponieważ niepełnosprawni, służba zdrowia i nauczyciele potrzebują tych pieniędzy znacznie bardziej, ponieważ nie wolno kupować głosów wyborców ani psuć szacunku ludzi do pracy.
Trzecie narzędzie to godność
Polska od 89 roku rozwinęła się w niebywały sposób. Jest jednak spora grupa ludzi, głównie w mniejszych miejscowościach, których te pozytywne zmiany dotyczą w znacznie mniejszym stopniu, których poziom życia wcale się nie podniósł, a może nawet zmniejszył się. Są to ludzie, o których przez te trzydzieści nie pamiętano, których zostawiono samym sobie, licząc, że odnajdą się jakoś w nowej rzeczywistości. Kaczyński sprytnie odwołał się do nich, obiecując że przywróci im godność, dystansując się przy tym od elit, które wini za ten stan rzeczy.
W 1994 roku, Kaczyński zapytany kim chciałby być: ministrem sprawiedliwości, premierem czy prezydentem, odpowiedział, że chciałby zostać emerytowanym zbawcą narodu.
Na szczęście to mu się już nie uda. On już to wie. Jest zmęczony. Jest sfrustrowany faktem, że tak niewiele brakowało, aby udało mu się uratować Polskę. Zbawić nas przed wyimaginowanym zagrożeniem, które sam stworzył w swojej głowie. Zamiast tego, stanie się ponurym epizodem w naszej historii, którego historycy opiszą kiedyś jako szkodnika, który na chwilę zatrzymał Polskę w drodze do bycia coraz piękniejszym krajem, krajem, w którym ludzi darzy się zaufaniem, którego fundamentem nie jest nienawiść i pogarda, w którym mężczyzna i kobieta są sobie równi.
W wizji Polski, Kaczyńskiego, obowiązuje bezwzględny zakaz przerywania ciąży, bez żadnych wyjątków. On w ten sposób pojmuje szacunek do ludzkiego życia.
W 2016 roku zapowiedział nowelizację ustawy, by "nawet przypadki ciąż trudnych, gdy dziecko jest skazane na śmierć, zdeformowane, kończyły się porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię". Ktoś, kto wypowiada takie słowa jest nieludzki i pozbawiony jakiejkolwiek empatii. Ma głęboko gdzieś cierpienie matki, ojca, rodziny.
Pierwsza próba wprowadzenia przez Kaczyńskiego zakazu aborcji nie powiodła się. Był 2016 rok. 3 października, w czarny poniedziałek w 150 polskich miastach na ulicę wyszło prawie 200 tysięcy osób. Kaczyński przestraszył się. 6 października sejm odrzucił projekt.
Kolejna próba miejsce miała miejsce 22 października 2020 roku. W wyniku dyspozycji Kaczyńskiego, niejaka Przyłębska wydała wyrok orzekający, że jedna z trzech przesłanek do legalnego usuwania ciąży w jednej z najbardziej restrykcyjnych ustaw w Europie jest niezgodna z konstytucją.
Kaczyński myślał, że pod osłoną epidemii, tym razem pójdzie mu gładko. Przeliczył się. Nie spodziewał się, że tyle osób wyjdzie na ulicę. Jest wściekły. Po pierwsze dlatego, że wie, że to była jego ostatnia próba. Najpóźniej za 3 lata odejdzie z polityki, a po zakończeniu pandemii, naród już mu nie pozwoli na kolejną próbę. Po drugie jest wściekły, bo wszystko wskazuje na to, że będzie musiał się wycofać. Nie odważy się użyć siły, więc może liczyć tylko na to, że ludzie się zmęczą i odpuszczą.
Czy odpuścimy ?
Nie wystarczą płomienne posty, ani zdjęcia profilowe z piorunem, ani gesty poparcia z okien. Trzeba dołączyć do tych, którzy już są na ulicy. Damy radę ?