1/100

Mój blog

Dla kogo respirator?
Ludzie i rządy podchodzą do pandemii nieracjonalnie, nie wyciągają wniosków i nie uczą się na błędach.

Kiedy w marcu wirus znienacka zaatakował Europę, nie wiedzieliśmy nic. Zareagowaliśmy lekceważeniem lub strachem, a jedyną bronią naszych rządzących był lockdown.

Dziś, po siedmiu miesiącach epidemii, wcale nie jesteśmy lepiej zorientowani, bardziej zaradni, bardziej empatyczni i troszczący się o starszych, więcej rozumiejący, po prostu mądrzejsi.
Ludzie prezentują trzy, diametralnie różne podejścia do pandemii.

W pierwszej, mam wrażenie najliczniejszej grupie są ci, którzy mają wirusa "gdzieś". Niestety znaczna ich część jest w tym bardzo nieracjonalna. Parę tygodni temu, koleżanka mojego przyjaciela zaraziła kilkunastu uczestników sobotniej domówki, chociaż uprzedzała, że nie będzie się całować na powitanie, bo ma katar i źle się czuje.

Nie uważam, że należy pozamykać wszystkich w domu, myślę jednak, że wielu z nas przydałoby się przypomnienie paru elementarnych zasad, które funkcjonowały zanim COVID opuścił Wuhan: jesteś chory siedź w domu, myj ręce, unikaj skupisk ludzkich, chorej cioci wysyłaj dżem, a odwiedzaj, kiedy już wyzdrowieje.

W drugiej grupie, znajdują się ci, którzy boją się wirusa. Niestety znaczna ich część przejawia irracjonalny strach. Mój sąsiad, któremu robiłem zakupy na początku pandemii, trzymał je dwa dni przed domem, a gorącą pizzę z mojego ogrodowego pieca, którą podawałem mu przez płot, kazał żonie odkażać w piekarniku.

Jeśli masz mniej niż 50 lat, to prawdopodobieństwo, że umrzesz, po tym jak poweźmiesz wiadomość o pozytywnym wyniku testu na COVID, jest 61 razy mniejsze od prawdopodobieństwa, że zginiesz, jeśli uczestniczysz w wypadku samochodowym. Jeśli masz poniżej 60 lat to jest ono 25 razy mniejsze, poniżej 70 - 12 razy mniejsze, poniżej 80 - 7 razy mniejsze, a powyżej 80 lat - 4 razy mniejsze.

Skąd to wiem - policzyłem to. Dla nie bojących się liczb przedstawiam wyliczenia. (Statystyki podają, że w wypadkach samochodowych ginie 1 człowiek na 10 wypadków. Oznacza to, że prawdopodobieństwo śmierci, jeśli uczestniczysz w wypadku samochodowym wynosi 10%. W przypadku śmierci w związku z COVID nie dysponowałem polskimi danymi, ponieważ polski rząd ich nie publikuje, dlatego wziąłem dane amerykańskie z Centers for Disease Control and Prevention, strona internetowa www.cdc.gov. Z 8.5 miliona Amerykanów, u których stwierdzono COVID, około 64%, to ludzie w wieku nie wyższym niż 50 lat. Daje to liczbę 5,44 miliona zarażonych poniżej 50-tego roku życia. Wśród osób zmarłych w Ameryce w związku z COVID, których było około 224 tysiące, poniżej 50 roku życia było około 4% ludzi, czyli jakieś 8.960 osób. Po podzieleniu liczby 8.960 przez liczbę 5,44 miliona otrzymujemy prawdopodobieństwo śmierci dla osoby poniżej 50 roku życia, która ma pozytywny wynik COVID - wynosi ono 0,16%, czyli jest 61 razy mniejsze niż 10%. W praktyce liczba ta jest jeszcze mniejsza, bo z danych wynika, że wśród osób zmarłych, które w chwili śmierci miały poniżej 50 lat oraz były zarażone COVID, ponad 90% miało choroby współistniejące i zapewne one mogły być przyczyną śmierci tych osób, należałoby je zatem wyłączyć ze statystyki, przez co prawdopodobieństwo by się zmniejszyło.)
Jeśli masz zatem poniżej 50 lat, nie ma powodu, aby się bać. Nie można lekceważyć wirusa, trzeba stosować środki bezpieczeństwa - te same co w przypadku grypy i innych chorób, ale można żyć normalnie, to znaczy tak, jak kiedyś. W praktyce może to być trudne, bo mamy do czynienia z różnymi nierozsądnymi ograniczeniami - ale o tym za chwilę.

I trzecia grupa wreszcie. Nazywam ich "płaskoziemcami". Jest całkiem liczna. Są wśród nich ci, którzy uważają, że COVID nie istnieje, i ci którzy sądzą, że to zwykła grypa, ale i Ci, którzy są przekonani, że to spisek bojówek z Ruandy, zemsta Putina, tajny plan Chińczyków albo prezent od mieszkańców sąsiedniej planety. Podobnie jak w przypadku antyszczepionkowców, nie warto nawet próbować odwodzić ich od swoich racji, a jedyne co skutkuje, to obśmiech.
Z racjonalnością poczynań naszych rządów jest niestety jeszcze gorzej.

W Polsce nie ma żadnego systemu informacyjnego dotyczącego COVID. Nie wiemy gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Jedyna informacja statystyczna jaką podaje polski rząd znajduje się na Twitterze! Od początku epidemii, ministerstwo zdrowia podawało tam codziennie listę zmarłych w związku z COVID, podając wiek, płeć, informację o chorobach współistniejących oraz miasto lub województwo, w którym zamieszkiwał zmarły. Od połowy października, kiedy liczba przypadków śmiertelnych wzrosła, informacje te nie są już podawane i nigdzie nie można ich znaleźć. Nie ma statystyk dotyczących stanu pacjentów, u których zdiagnozowano COVID, procenta osób, które trafiają do szpitala, procenta osób, które trafiają na OIOM, procenta osób, które trafiają pod respirator, itd. Brak informacji o liczbie dostępnych respiratorów (MZ zaczęło publikować na Twitterze tę informację dopiero od 22 października, ale czy ona jest rzetelna, to już inna sprawa). Mi się w głowie nie mieści, że szósty co do wielkości kraj unii europejskiej, nie jest w stanie zbudować systemu bieżącej, pełnej, ogólnodostępnej i rzetelnej informacji na temat pandemii.

Codziennie podawana jest przez ministerstwo zdrowia informacja o nowych, zdiagnozowanych przypadkach COVID. Dzisiejsza liczba (24X2020) to 13.628. Dla polskiego rządu ta liczba jest głównym wskaźnikiem określającym stan rozwoju epidemii, co nie jest rozsądne. Nie ma kompletnie znaczenia, ile osób ma zdiagnozowany COVID danego dnia, zwłaszcza, że prawdziwa liczba osób zarażonych jest zapewne znacznie wyższa. Znacznie bardziej istotne jest to, ile osób w danym dniu ma poważne objawy, ile trafiło na OIOM, a ile pod respirator - a tych licz się nie publikuje.

Przeprowadzanie testów jest bezcelowe. Aby zrobić test w Polsce (pomijam testy robione prywatne, za niemałe pieniądze, na które nie stać zbyt wielu) należy otrzymać skierowanie od lekarza, który nie wystawi takiego skierowania, jeśli nie zobaczy wszystkich czterech objawów COVID-u (temperatura większa niż 38 stopni, duszności, kaszel, utrata węchu i smaku) lub któryś z objawów jest naprawdę poważny. Oznacza to, że zrobią Ci test, wtedy, kiedy wiesz, że go masz, albo jesteś w poważnym stanie. Gdzie tu jest sens i logika? Testy miałyby sens i stanowiłyby doskonałe narzędzie do walki z wirusem tylko wtedy, kiedy byłyby darmowe, ogólnodostępne a i ich wyniki byłyby znane błyskawicznie. W sytuacji, kiedy testy są limitowane przepustowością laboratoriów, przez co lekarze zlecają je tylko w przypadkach ewidentnych lub poważnych, mija się to z celem.

Koleżanka mojej córki miała kilka tygodni temu kwarantannę po imprezie. Przyjechała do niej Pani z Sanepidu, w kosmicznym stroju, i zaraz po wejściu zdjęła jego górną część, usiadła i zaczęła opowiadać - cytuję - "jakie to wszystko jest po*ierdolone". Ludzie skierowani na kwarantannę nie mogą doczekać się na telefon z Sanepidu, tam w ogóle nie można się dodzwonić. Polska policja nie ma obecnie czasu na ściganie przestępców, ponieważ ich głównym zajęciem jest dozór osób w kwarantannie. Jaki sens ma takie podejście do kwarantanny?

Począwszy od dziś, cała Polska została objęta czerwoną strefą. Zostały zamknięte restauracje i siłownie. Dzieci wracają do pracy zdalnej. Mamy powtórkę lockdownu, może w trochę mniejszym zakresie niż w marcu, powiedzmy, na 3/4, ale jednak. W zamyśle rządzących ma to powstrzymać rozwój epidemii. Czy to ma sens? Znów zaczynamy leczyć dżumę cholerą, stosować lekarstwo, które mało leczy, a ma nieznośne efekty uboczne. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że najważniejsze na dziś zadanie to uchronienie służby zdrowia przed niewydolnością i walka o uniknięcie sytuacji, w której znacznej liczbie pacjentów nie będzie można fizycznie pomóc. Jednak czy kolejny lockdown rozwiąże ten problem? Czy nie byłoby rozsądniej zamykać kraj, ale tylko dla ludzi powyżej pewnego wieku, w trosce o nich i w trosce o naszą służbę zdrowia?

Mimo, że jestem po pięćdziesiątce, zrozumiałbym i poparłbym zakaz wstępu do restauracji dla ludzi powyżej 50-tego roku życia, w trosce o ich zdrowie. Na pierwszy rzut oka, takie rozwiązanie może wydawać się dziwne. Ktoś by powiedział: niech każdy decyduje sam, czy jest zdrowy i czy się odważy pójść do restauracji, zostawmy jemu decyzję. To jest jednak bardziej skomplikowane. Równie dobrze państwo mogłoby powiedzieć obywatelom, żeby sami decydowali, kiedy chcą przejść na emeryturę, przecież sami wiedzą to najlepiej. Dlaczego więc państwo podejmuje za nich tę decyzję i ustala wiek przejścia na emeryturę za obywatela? Dzieje się tak z prostej przyczyny. Gdyby ludzie o tym sami decydowali, to w zdecydowanej większości, przeszliby na emeryturę grubo przed sześćdziesiątką, bo czują się silni, bo są jeszcze zdrowi, mogą dorobić, a stały, choćby i niski dochód, to jest to. A potem, po 10 czy 15 latach, kiedy naprawdę się zestarzeją, zostaną z niskim, niewystarczającym świadczeniem i zwrócą się do państwa po pomoc. Z tych właśnie powodów, moim zdaniem, jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest lockdown, ale tylko w odniesieniu do ludzi po przekroczeniu pewnego wieku. Da to możliwość normalnego życia i pracy, jak przed COVID dla wszystkich poniżej tej granicy wiekowej, dla których prawdopodobieństwo zagrożenia zdrowia lub życia COVID-em jest niskie, a jednocześnie uchroni starszych i system zdrowia przed niewydolnością.

Podobnie szkoły - nie powinny być zamykane. Praca zdalna powinna dotyczyć wyłącznie nauczycieli powyżej pewnej granicy wiekowej, ale nie uczniów. To być może trudne, ale jestem przekonany, że możliwe w realizacji.

Przed nami trudny czas. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak będzie wyglądać jesień i zima. Ja mam bardzo poważne wątpliwości czy działania naszego rządu będą w stanie znacząco powstrzymać nadchodzące tsunami. Czy jesteśmy do tego przygotowani? Na zarzut, że przespano czas na przygotowanie się na drugą falę epidemii były marszałek senatu RP odpowiedział "a co mieliśmy robić, szpitale budować?". Nie wiem czy nieudolnie udaje idiotę, czy może tylko nie potrafi tego ukryć. Panie senatorze, nie jesteśmy przygotowani, bo nie mamy systemu informacji o pandemii. Nie jesteśmy przygotowani, bo nie potrafiliśmy zapewnić sprawnej infrastruktury i sprzętu na czas, a zamiast tego szastaliśmy pieniędzmi na niedziałające oprzyrządowanie. Nie jesteśmy przygotowani, bo nie zapewniliśmy właściwego systemu organizacji pracy pielęgniarek i lekarzy w kryzysie, który, w szczególności, jasno określałby jak ta ciężka, ponadnormatywna praca jest wynagradzana. Nie jesteśmy przygotowani, bo zamiast wspierać i dbać o pracujących w służbie zdrowia, dajemy im do zrozumienia, że się nie angażują, dobrze zarabiają, a w ogóle to ich wina. Nie jesteśmy przygotowani, bo nie rozmawiamy o tym, jak działać w krytycznej, wojennej sytuacji, w której nie wystarcza sprzętu i ludzi dla kolejnych umierających. Ten czas właśnie nadchodzi.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm