Piekło kobiet
Zastanawiam się, co czuje człowiek, przed którego domem zebrał się ogromny tłum, aby wykrzyczeć mu swój gniew, spowodowany decyzjami, które podjął. Czy drapie się z troską po siwej głowie, zadając sobie pytanie: co ja takiego zrobiłem? A może jest sparaliżowany strachem, przeczuwając, że jeszcze chwila i wyważą drzwi, aby wywlec go w półkoszuli na ulicę.
Z córką i jej koleżankami, przyjechaliśmy na Mickiewicza około dziewiętnastej. Przywitał nas gęsty tłum manifestantów, ale dotrzec do domu naczelnika nie daliśmy rady, bo od świata oddzielał go tak wielki kordon policyjnych wozów, że miało się wrażenie że pilnują czegoś o naprawdę przeogromnej wartości.
Manifestacja była nielegalna, bo z całą pewnością zebrało się więcej niż dziesięć osób, za to wszyscy, bezwzględnie stosowali się do nakazu zakrywania twarzy.
Na samym początku, policja nawoływała ze swoich szczekaczek do zachowania dystansu i rozejścia się, ale szybko się poddała, nie mogąc znaleźć żadnego poważnego pretekstu do podjęcia interwencji – tłum nie przejawiał żadnych objawów agresji, nie odpalano rac, nie palono samochodów, nie wybijano witryn sklepowych, a najcięższym przewinieniem było co i rusz intonowane „je*ać PIS”.
Przez cały ten długi marsz od domu wodza na Żoliborzu do willi premiera na Parkowej, na trasie nie widziałem żadnego policjanta. Policjanci pojawili się dopiero w okolicach Alei Ujazdowskich, gdzie rozpoczęli próby rozgonienia nielegalnego zgromadzenia. Myślę, że przewinęło się nie mniej niż 10 tysięcy osób, a może i więcej.
To był marsz młodych, bardzo wkurzonych, ale jednocześnie radosnych i pozytywnych ludzi. Przy tych targających mną od wczoraj przykrych doznaniach wstydu za mój kraj, który jeszcze bardziej oddala się od Europy, lęku o życie moich córek i współczucia dla trudnego do wyobrażenia cierpienia kobiet, dzisiejszy wieczór wlał we mnie mnóstwo optymizmu. Poczułem prawdziwą wspólnotę, zobaczyłem prawdziwy patriotyzm i nabrałem przekonania, że młodym Polakom nie jest wszystko jedno.