1/100

Mój blog

Zrób sobie nosek
Nie licząc wycięcia wyrostka robaczkowego, które miało u mnie miejsce wieki temu, zanim jeszcze rozpocząłem naukę w podstawówce, dotąd wizyty w państwowych szpitalach w roli operowanego pacjenta, szczęśliwie mnie omijały.

Pomyślałem sobie, że zanim nadejdą czasy, w których moje zdrowie stanie się głównym tematem rozmów i myśli, warto przetestować jak działa nasza służba zdrowia, mając do czynienia z w prawdzie niezbyt poważną, a na pewno nie zagrażającą życiu, ale jednak prawdziwą operacją chirurgiczną.

Pandemia to pewnie nie jest najlepszy czas na tego typu przeżycia, z drugiej jednak strony pomyślałem, że jeśli chcę zmierzyć się z najprawdziwszą prawdą o polskim szpitalu, o czym tak wiele ostatnio się mówi, to nie znajdę na to lepszego momentu.
Prawie trzy lata temu, moja pani laryngolog, złożyła mi kuszącą propozycję wyprostowania przegrody nosowej. Do tej rozmowy z panią doktor, byłem kompletnie nieświadomy tego defektu swojej anatomii. Nigdy nie dostałem porządnie w twarz i odkąd pamiętam, zawsze podobałem się sobie w lustrze. Co prawda mój tata zostawił mi w spadku donośne i nieznoszące sprzeciwu chrapanie, ale odkąd zrzuciłem parę kilogramów sypiający ze mną przestali widzieć w tym problem.
Według pani laryngolog istniały dwa sposoby na przywrócenie mi pełnej drożności oddychania i stuprocentowego wysypiania się. Pierwszy, natychmiastowy, w jej prywatnym gabinecie za 8.000 złotych i drugi, z długim terminem oczekiwania, w szpitalu, w którym moja pani laryngolog pełniła rolę ordynatora oddziału ortolaryngoligii.

Moja operacja została zaplanowana na dwa i pół roku później, czyli na lipiec 2020. Ponieważ jednak za sprawą pandemii, wszystkie planowane operacje zostały na trzy miesiące odwołane, to termin operacji został przesunięty. We wrześniu zadzwonili do mnie ze szpitala, że zwolniło się dla mnie miejsce.

I tak oto, wyposażony w pięć jednorazowych maseczek, przetestowany na okoliczność covid w przeddzień przyjęcia, trafiłem na oddział celem spędzenia trzech najbliższych nocy. Wśród moich czterech kompanów z sali, dwóch z podobną operacją czekało na wypis, a dwóch miało zabieg przed sobą.

Oddział, w którym leżało około trzydziestu pacjentów obsługiwały średnio na zmianie jakieś trzy pielęgniarki i dwie salowe mówiące z dobrze znanym, wschodnim akcentem. Lekarzy trudno zliczyć, bo często zmieniali się i widywało się ich przelotnie na korytarzu lub w czasie porannego obchodu, kiedy to trzy, czteroosobowym wianuszkiem otaczali panią ordynator.
W naszej sali panowała całkiem sympatyczna atmosfera, chociaż rozmów nie mieliśmy zbyt wiele, a te które miały miejsce dotyczyły głównie spekulacji, którego z nas wezmą na pierwszy ogień oraz pandemii. W większości zajęci byliśmy książkami, laptopami, komórkami, patrzeniem w sufit i sporadycznie sprawdzaniem programów w płatnej hospital-tv.

Reżim covidowy nie był specjalnie przestrzegany. Na korytarzu trzeba było nosić maseczkę, ale z jej braku nikt nie robił specjalnego problemu.

Wizyty rodziny na oddziale ze względu na pandemię były zawieszone, ale jeśli nie było się akurat uziemionym kroplówką, wystarczyło wyjść na korytarz, żeby uściskać się z ukochanymi lub poczekać do wieczora, kiedy to cały szpital pustoszał i tuż przy recepcji, można było zjeść kolację z rodziną, pod przymykanym okiem strażników, którzy zdawali się być bardziej ludzcy niż można by się było tego spodziewać.
Personel oddziałowy okazał się być bardzo miły i uczynny, czyli taki jaki być powinien - zaobserwowałem przy tym ciekawą prawidłowość - z im niższym w hierarchii pracownikiem, tej mocno zhierarchizowanej instytucji masz do czynienia, tym czujesz więcej serca i oddania.
O szpitalnym jedzeniu nie powiem źle. Być może do śniadania brakowało pomidora, ale obiad składający się zupy jarzynowej, schabu w sosie, brokułów, ryżu, surówki oraz trzech winogron, uznałem za zdecydowanie powyżej szpitalnego standardu.
Gdybym na podstawie tych dni spędzonych w szpitalu miał wystawić ocenę naszej służbie zdrowia, to byłaby to wysoka ocena. Ocena oczywiście na miarę naszych możliwości, to znaczy kraju, który na liście bogactwa, wśród innych europejskich państw, nie zajmuje zbyt wysokiej pozycji.
Nie odnoszę się tu oczywiście w żadnym razie do kwestii zarobków w służbie zdrowia, a mówię wyłącznie o odczuciach z punktu widzenia pacjenta i skuteczności działań w jego osobistej sprawie.

Mam w zasadzie tylko jedną, chociaż być może dużą uwagę do naszych lekarzy. Myślę, że okazują zbyt mało empatii pacjentom i zbyt mało z nimi rozmawiają. Brakowało mi tego, żeby mój lekarz przyszedł do mnie, udział na moim łóżku, i przez dwie minuty był dla mnie. Zapytał o samopoczucie, opowiedział o zbliżającej się operacji, opowiedział, jak przebiegła operacja, pozwolił zadać mi parę pytań. To nie kosztuje wiele, a może zdziałać cuda. Bez zastanowienia wystawiłbym wtedy szóstkę naszej służbie zdrowia.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm