Czy to koniec pandemii?
Budzik nastawiłem na 5:00. Miska płatków, kąpiel i pakowanie bagażu podręcznego na czterodniowy wypad obskoczyłem błyskawicznie i już o 5:40 maszerowałem na przystanek autobusowy.
Po drodze - co za szczęście i dobry początek podróży - mój dobry sąsiad z przemiłą żoną nie pozwolili, abym tłukł się środkami komunikacji miejskiej i podrzucili mnie do Warszawy, skąd o 7:00 odjeżdżał mój umówiony blablacar.
Pierwszy raz korzystałem z tego środka lokomocji i muszę przyznać że działa to całkiem sprawnie. Sympatyczny kierowca Hyundaja próbował nawet zabawiać mnie miłą rozmową, ale szybko poddał się, widząc jak zamykają mi się oczy po nieprzespanej nocy.
Wigor odzyskałem w Krakowie za sprawą wyśmienitego falafela w Mazaya Falafel oraz spaceru po starówce wśród tłumu turystów. Mam wrażenie, że mieszkańcy pozamykanych europejskich stolic, wakacje postanowili spędzić w naszym kraju.
Mój samolot odlatywał dopiero o 18, więc miałem trochę czasu na kilka lampek białego wina przed wejściem na pokład. Szczęśliwie trafiłem na wyjątkowe miejsce, dzięki czemu lot upłynął w naprawdę fantastycznej atmosferze. Obok mnie siedziała młoda para koneserów dobrego jedzenia i picia - w przestworzach. Wsuwali kabanosy, zagryzając czipsami, popijając pigwową soplicą. Odetchnąłem z ulgą, kiedy okazało się, że pochodzą z Angli.
I tak oto wylądowałem w Lądku, gdzie za chwilę dołączę do kuzynki i dzieciaków, które przyleciały wcześniejszym samolotem. Zapowiada się fajny weekend 🙂
Na pierwszy wyjazd po lockdownie, Londyn okazał się być miejscem idealnym.
Stolica piątego pod względem liczby zgonów covidowych na świecie kraju, sprawia wrażenie jakby niespecjalnie przejmowała się wirusem. Wprawdzie w sklepach i komunikacji przestrzegają nakazu noszenia maseczek, ale na ulicy i w knajpach w centrum miasta nie widać żadnych oznak troski o zarażenie, a w oczy bardziej rzucają się okrągłe kształty przechodniów - Brytyjczycy pod względem nadwagi prześcignęli nawet Amerykanów. Jedynie w barze na przedmieściach, gdzie mieszkaliśmy, kelnerzy nosili przyłbice i nie pozwolono nam usiąść przy barze. Za to w Soho, gdzie spędziliśmy sobotni wieczór, tłumy nie ustępowały tym sprzed pandemii, nikt nie zawracał sobie głowy maseczką, a covid ani o milimetr nie zmniejszył kolejek do dobrych knajp.
Koronawirus spowodował za to, że Anglia zastąpiła tradycyjne płatności kartą i gotówką przez płatności zbliżeniowe. W wielu miejscach nie da się w ogóle zapłacić gotówką. W komunikacji miejskiej nie trzeba już kombinować z biletami - wystarczy przyłożyć zbliżeniową kartę płatniczą do specjalnego terminala, żeby wejść do autobusu.
Większość czasu w ciągu dnia spędziliśmy tu w ogrodach i parkach, z których słynie Londyn. Za 2 funty, na dobę, zbliżeniowo wynajmuje się rower z jednej z wszechobecnych tu baz rowerowych. Zobaczyliśmy imponujące Kews Garden i przemierzyliśmy Hyde Park, który nawet z perspektywy roweru wydaje się nie mieć końca.
Najlepsze jednak, co Great Britain dała światu, oprócz Bitlesów, Harrego Pottera i popołudniowej herbaty, rzecz jasna, to jedzenie. Zjedliśmy: kurczaka Tikka Masala - najsłynniejsze brytyjskie danie (knajp indyjskich jest to więcej niż w Delhi), Sticky Toffee Pudding - do zdobycia jako deser w szanujących się barach, Steak and Stout Pie - kwintesencja brytyjskiej kuchni podana z ziemniakami i mocno mięsnym sosem. W Soho, w szczycie londyńskiej saturday night fever, wybraliśmy japońską kuchnię w Eat Tokyo, a naszym ostatnim posiłkiem był hamburger z frytkami w Five Guys.