1/100

Mój blog

Sylwester w Bukowinie
Podczas kolacji wigilijnej, moja najmłodsza córka zapytała mnie: "Ojcze, a jak wygląda ten śnieg?". Odpowiedziałem jej, że wedle mojej najlepszej wiedzy, śnieg to taki biały proszek, który sprawia, że ludzie się cieszą i stają się szczęśliwsi, mimo, że jest to całkowicie legalne.
Kiedy w drugi dzień świąt, dziennik telewizyjny podał, że na Podhalu sypnęło, nie miałem żadnych wątpliwości: takiej okazji, aby uszczęśliwić Maję i siebie przy okazji, nie można przegapić.
W poświąteczny piątek z rana, spakowaliśmy sprzęt narciarski i ruszyliśmy na południe. Szybko, prawie całą zrobioną essiódemką do Krakowa, z tradycyjną przerwą na odreagowanie świątecznego jedzenia w McDonaldsie, dotarliśmy do Zakopianki. Widoki dechu w piersiach raczej nie zaparły, bo raz, że było ciemno, dwa, że zimy nie ma, a trzy, że dla ominięcia korków jechaliśmy bocznymi drogami i ani kawałka nowej trasy nie uświadczyliśmy.
Dopiero jakieś trzydzieści kilometrów przed celem, temperatura spadła do zera, deszcz zamienił się w śnieg, a dookoła zrobiło się tak, jak między świętami i nowym rokiem dawno, dawno temu bywało tu zawsze, czyli bajkowo.
Do Balabanówki, położonej w najwyższym punkcie Bukowiny z boskim widokiem na Tatry dotarliśmy późnym wieczorem. Właścicielką jest moja serdeczna przyjaciółka z Gottwalda, która od lat przyjeżdża tu w grudniu zza wielkiej wody, aby zorganizować Sylwestra, o którym górale gadają potem do późnej jesieni.
Wieczór spędziliśmy z Balabanami sącząc dobry alkohol i rozmawiając do późna w cywilizowany sposób o Trumpie, Johnsonie i Dudzie.
Mimo, że powitalny wieczór poświęcony rozwiązywaniu problemów kraju i świata za pomocą środków odurzających przeciągnął się do bardzo późna, postanowiłem wstać wcześnie, aby uprawiać poranny jogging.
Sześciokilometrowa przebieżka, nieodśnieżoną szosą do centrum Bukowiny, w padającym śniegu i temperaturze minus dziesięć stopni, wywołuje u mnie wystrzał hormonów szczęścia, który można porównać jedynie do frajdy jaką mają kierowcy wypasionych bryk z numerami rejestracyjnymi zaczynającymi się na literę W, którzy trąbią i spychają w zaspy porannych biegaczy.
Do domu wróciłem przed dziewiątą. Będąc już jedną nogą we wcześniej rozgrzanej saunie, odkryłem, że drzwi wejściowe do domu, które wybiegając pozostawiłem otwarte, zostały zamknięte na klucz. Na nic zdało się pukanie, smsy i telefony do domowników. Obszedłem dom dookoła, przedzierając się przez metrowe zaspy śniegu i znalazłem okno do sypialni mojej córki. Po dziesięciu minutach walenia w szybę, przemrożony, z soplami zwisającymi z nosa i białą brodą obudziłem w końcu Maję, która nie wydawała się być zaskoczona, drugą w ciągu tygodnia, wizytą Świętego Mikołaja. Śledztwo przeprowadzone przeze mnie przy śniadaniu, dwie godziny później, nie doprowadziło do ujawnienia sprawcy mojego koszmaru.
Na stok dotarliśmy w porze obiadowej.
Może i w tych Dolomitach mają dłuższe trasy, więcej śniegu i późniejszy zmierzch, ale mogą tylko pomarzyć o kolejkach do wyciągów, które tak zbliżają ludzi i tłumie na stoku, dzięki któremu narciarstwo staje się bezpiecznym sportem zespołowym. A jak dodamy do tego jeszcze grzańca na przemian z czerwoną soplicą i oscypka z żurawiną, to żaden Aperol Spritz z szynką tyrolską nie zrobią już na mnie wrażenia. Prawdziwe narty na skalę naszych możliwości.
Wy w tej Warszawce pewnie nie znacie, a przynajmniej nie pamiętacie tego staropolskiego słowa, no to Wam przypomnę.
Kulig to jeden lub kilka zaprzęgów ciągniętych przez prawdziwe, niemachaniczne konie z przyczepionymi saniami w formie orszaku. Jest to rodzaj zabawy, organizowanej podczas zapustów, której towarzyszy muzyka, śpiew i harce przy ognisku.
Najlepszym punktem naszego noworocznego kuligu była kiełbasa z grilla.
Dla siedemdziesięcioprocentowego weganina, jakim jestem (dopuszczam jedynie owoce morza, ryby, steki, żeberka, dziczyznę, sery i masło), trzy kawałki świniny to potężny zastrzyk cholesterolu, ale jakże miło rozpływający się w ustach, z czosnkową nutką, chrzanem, rydzami w occie i zakrapiany cytrynówką.
Ta idealna kompozycja alkoholu z tłuszczem przywróciła nas do życia, po wczorajszej zabawie sylwestrowej, w towarzystwie ludzi, których od zawsze marzyłem poznać: Melanię z Donaldem, Borysa, Emanuela i Królową Matkę.
Impreza odbywała się pod hasłem "skuteczni przywódcy 2019, którzy będą jeszcze bardziej skuteczni w 2020". Ja długo zastanawiałem czy przebrać się za Kaczyńskiego czy Kim Dzong Una. Jednak po chłodnej kalkulacji, wybrałem Dudę.
Tuż przed rozpoczęciem balu, pojechałem z gospodarzem do znanej w okolicy góralki, która napełnia helem sylwestrowe balony. W drodze powrotnej nie upilnowałem dwóch z czterech najważniejszych balonów, w kształcie cyfr nowego roku. Wolność wybrały i uleciały w przestworza akurat dwie dwójki. Pozostałe dwa zera na nic by się zdały, więc aby nie stało się to złym prognostykiem na ten nowy rok szybko dorobiłem brakujące cyfry z papieru świątecznego.
Wszystkim moim Ukochanym, Przyjaciołom i Nieprzyjaciołom życzę szczęścia w Nowym Roku !
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm