1/100

Mój blog

Kamperem do Austrii
Kamper prowadzi się jak autobus. Nigdy nie byłem wprawdzie kierowcą autobusu, ale jestem pewien, że to właśnie takie wrażenie.
Czujesz pewną wyższość nad większością uczestników ruchu, ustępującą tylko wobec kierowców tirów.
A do tego poczucie, że mimo, że jesteś na wakacjach, to jednocześnie w domu, który wraz z rodziną i psem podróżuje razem z tobą - razem z twoim ulubionym kubkiem, patelnią, grillem, rowerem, sypialnią i toaletą.
Dużej prędkości nie da się tym rozwinąć - jak tylko przekroczysz sto dwadzieścia, wszystko zaczyna się trząść i trudno utrzymać kierownicę. Ma to jednak swoje dobre strony: nie płacisz mandatów i żona spokojniej znosi podróż 🙂
No i te pozdrowienia przekazywane sobie nawzajem przez kierowców mijających się kamperów. Im większy wóz prowadzisz tym wyżej podnosisz rękę i tym bardziej dostojny i zadowolony wyraz twarzy powinieneś prezentować. Szybko się tego nauczyłem i czuję się przez to pełnoprawnym członkiem kamperowej braci.
Pierwszy postój zaliczyliśmy pod Brnem, na małym campingu tuż pod milutkim miasteczkiem Vaverska Bityska. Główni lokatorzy Holendrzy i Niemcy spędzający jesień życia w swoich klimatyzowanych przyczepach.
Wieczór spędziliśmy z piwem i czeską kiełbasą.
Rano wycieczka rowerowa po pieczywo i pierwsze śniadanie przed naszym kamperem. Muszę przyznać, że jajecznica przyrządzona w domu na kółkach nabiera zupełnie nowego smaku.
Wieczorem dotarliśmy do Salzkammergut - austriackiego regionu jezior i gór, niedaleko Salzburga. Nasz planowany camping nad jeziorem Attersee okazał się być zapełniony po brzegi, więc pojechaliśmy nad Wolfgangsee i tu spędzimy naszą pierwszą noc.
Jest gorąco i urokliwe.
Nasz kamper ma siedem miejsc do spania: dwa piętrowe łóżka z tyłu, dwa rozkładane łóżka, które w ciągu dnia służą jako stoliki - jedno dla dwóch osób i drugie dla jednej osoby, oraz duże łoże nad miejscem dla kierowcy i pasażera, w kamperowym slangu zwane alkową.
Mati i Julia wybrali piętrowe łóżka, a Maja - ostatnie z dzieci, które jeszcze czerpie przyjemność ze spania z rodzicami - zajęła miejsce w alkowie obok mnie, co zwiastowało raczej niewygodną noc w walce o kołdrę.
Dzień zaczęliśmy od śniadania z gorącym pieczywem z campingowego sklepu i przywiezionymi z Polski: pasztetem, kiełbasą i szynką. Trzeba przyznać, że lodówka w kamperze to prawdziwy, technologiczny majstersztyk: działa na akumulator, na gaz i na campingowy prąd.
Poranek spędziliśmy w jeziorze. Wprawdzie w przewodniku nakłamali, że woda będzie miała dwadzieścia sześć stopni, ale i tak miała kilka dobrych stopni więcej niż nasz Bałtyk.
Nieoczekiwanie, nasz camping nad Wolgangsee okazał się się być odległy zaledwie o dwa kilometry od małego i uroczego miasteczka St. Wolfgang.
Poszliśmy tam we czwórkę, bo Julia musiała zostać z Finą, która zdecydowanie odmówiła spaceru w trzydziestostopniowyn upale.
Obiad zjedliśmy w Gospodzie Pod Białym Rumakiem, której wejście wieńczy napis: "Cesarz był tu gościem. Tutaj klientem jest król". Jedzenie wyborne - złotopstrąg, szczupak i wienerschnitzel oraz deser z salzburskim sorbetem w kształcie Alp.
Po obiedzie zrobiliśmy z Matim rowerową wyprawę nad dziewicze Schwarzensee.
Trzeba przyznać że mają tu fantastyczną infrastrukturę dla wycieczek pieszych i rowerowych pośród pól pachnących świeżo ściętą trawą i krowim łajnem.
Wieczorem rozpaliliśmy grila: Wurst. Brot. Weisserburgund.
Czy do życia potrzeba czegoś więcej ?
Opuściliśmy camping nad uroczym Wolfgangsee, a naszym następnym celem był Salzburg.
Po drodze, w poszukiwaniu muzeum instrumentów muzycznych zajechaliśmy do małej miejscowości St. Gilden.
W centrum miasteczka gościł akurat obwoźny, włoski targ z wszelkim jedzeniem, więc raczej trudno było przejść obok tego obojętnie. Najpierw oberżyna z tuńczykiem, marynowana i grilowana cebula, oliwki z migdałami, suszone pomidory. Potem spagetti z owocami morza popite Aperol Spritzem. Włosi bezapelacyjnie zostawili austryjacką kuchnię w tyle.
I nie zmieni tego fakt, że Wiener Schnitzel to lepsza wersja mediolańskiego sznycla, sprowadzonego do Austrii dwieście lat temu przez hrabiego Radetzkiego, w którym cesarscy kucharze zamienili schab na cielęcinę, dodając mąkę do panierki i smażąc go na smalcu zamiast oliwie.
Camping w pobliżu Salzburga okazał się być położony w mieście, niecałe pięć kilometrów od centrum. Szybko rozłożyliśmy graty i udaliśmy się na zwiedzanie: Mati - rowerem, a reszta z naszą suką Finą - autobusem. Austria jest w końcu najbardziej przyjaznym dla psów europejskim krajem, więc chcieliśmy sprawić, aby Fina miała co opowiadać i pochwalić się wakacjami spędzonymi w Salzburgu innym sukom w Chyliczkach.
Salzburg to niewielkie miasto. Trochę mniejszy od Rzeszowa. Z gęstą siecią "tramwajów na szelkach" i ścieżek rowerowych. Wciśnięty między trzy góry i rzekę. Miasto muzyki z czterema tysiącami koncertów rocznie. Miasto Mozarta, którego nazwiskiem nazywają wszystko dookoła, z czego najlepsze są marcepanowe Mozartkugeln.
Nad miastem góruje zamek Hohensalzburg, który zrobiliśmy pieszo, mimo kuszącej kolejki na samą górę. Stare Miasto zamyka się w jednym kilometrze kwadratowym - z Katedrą i Opactwem Benedyktyńskim. Wszystko to wymuskane i dostojne, ale Julka twierdzi, a ja się z nią zgadzam, że nie umywa się do naszego Torunia.
Tak się w to zwiedzanie wkręciliśmy, że uciekł nam ostatni autobus na kemping. Uber działa tu słabo, a normalne taksówki nie chcą przewozić psów, więc wsadziłem wszystkie dziewczyny do taxi, a sam udałem się w długi i ekscytujący spacer po Salzburgu nocą.
Następnego dnia zmieniliśmy kemping na odległy osiemdziesiąt kilometrów na południe Hallstatt.
Przewodniki mówią, że to najpiękniejsze miasteczko Austrii i nie można go nie zobaczyć. Położone nad jeziorem miasteczko odwiedza dwa miliony turystów rocznie, z których największa część stanowią skośnoocy.
Największą atrakcją jest kapliczka z kostnicą, w której znajdują się czaszki i kości ponad tysiąca mieszkańców. A wszystko przez to, że w miasteczku nie ma miejsca na tradycyjny pochówek i jeszcze do lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku, aby przygotować miejsce dla kolejnych pochówków, wykopywano zwłoki, a ich kości składano w kaplicy.
Zupa kartoflana, sznycel i chardonnay smakują tu jak trzeba.
Z kempingu w Hallstadt musieliśmy wynieść się przed dwunastą, aby nie mieć do czynienia z kierownikiem kempingu, który z wyglądu i z zachowania przypominał pałkarza nacjonalistycznej bojówki.
Naszym kolejnym celem było Zell am See. Droga wiła się serpentynami. Nasz kamper niemiłosiernie śmierdział paloną gumą, ale dał radę i sprzęgła nie spaliliśmy.
Po drodze zatrzymaliśmy się przy największych wodospadach Europy, w Krimml. Żeby je obejrzeć trzeba się wspinać krętą ścieżką po stromej górze wraz z tłumem turystów. Mają czterysta metrów wysokości, a myśmy poddali się dopiero w mniej więcej połowie tego dystansu, po morderczej walce z grawitacją.
Zell am See jest urokliwe położone nad jeziorem Zeller See, otoczone wysokimi górami. Razem z Kaprun stanowi duży ośrodek narciarski, który miło zobaczyć latem, przejechać się na szczyt gondolą i pochodzić szlakami narciarskim.
Piękne miasteczko upodobali sobie wyznawcy Mahometa. Stanowią tu większość ludzi na ulicach. Jest tu mnóstwo arabskich knajp, a niektóre uliczne oznaczenia obok niemieckiej, mają również wersję arabską.
Pogoda przestała nas rozpieszczać. Jest wprawdzie ciepło, ale codziennie pada. Na szczęście od rana świeci słońce i dopiero po południu, albo pod wieczór chowamy się do kampera i gramy w rubikuba albo uno, popijając Radlera lub Rieslinga.
Kolejne dwa dni spędziliśmy na kempingu w Hall in Tirol. A dokładniej przy kempingu, ponieważ kemping jest pełny i wraz z kilkonastoma innymi kamperami z różnych krajów zachodniej Europy, stacjonujemy na parkingu tuż za bramą główną kempingu. Postanowiliśmy tu jednak zostać, bo jest to dobra baza wypadowa do zobaczenia stolicy Tyrolu, no i mają olimpijski basen z dziewięciometrową skocznią.
Hall to średniowieczne miasteczko z prawie tysiącletnią historią, zupełnie nie pasujące do tyrolskiego klimatu, jakby przeniesione z Włoch.
Nasz ostatni, tyrolski dzień spędziliśmy w Innsbruku. Przepiękne miasto z uroczą starówką, której klimat tworzą malowane wykusze kamienic.
Weszliśmy do katedry, obejrzeliśmy partię plenerowych szachów w parku, zjedliśmy Wienerschnitzla, gulasz wołowy z sadzonym jajkiem i parówką (Dachl-gulasch), pierożki ze szpinakiem (Schlutzkrapfen), rostel warzywny (Gemüseröstl), a na deser knedel ze śliwkami i sosem waniliowym (Germknödel) i brechtany naleśnik (Kaiserschmarrn), wypiliśmy parę Aperolsprizli i wróciliśmy na nasz kemping.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm