1/100

Mój blog

Kaczka po pekińsku
W południe miałem zaplanowany lot do Shanghaju, czyli jak mówią o tej największej w Chinach, dwudziestomilionowej aglomeracji - do „Perły orientu”.
Wiedziałem, że w Chinach mogą być problemy z dostępem do niektórych stron w internecie, dlatego pospiesznie, na lotnisku w Seulu, zainstalowałem niezbędny software oszukujący „wielki chiński firewall”, tak abym mógł na miejscu korzystać z Facebooka, Google i innych pożytecznych w podróży aplikacji. Na wszelki wypadek zainstalowałem dwa narzędzia.
Kiedy wylądowałem na miejscu, zacząłem od wymiany pieniędzy i kupna karty SIM. Po czym usiadłem w Starbucksie, aby sprawdzić, jak działa internet. I rzeczywiście: facebook.com – nie działał, google.com – nie działało, maps.google.com – nie działało. Jak tu żyć ? Polskie strony generalnie otwierają się. Ale jak tu cokolwiek wyszukać, albo znaleźć drogę do hotelu ?
Ja jednak byłem przygotowany na tę sytuację i z cwaniackim uśmieszkiem uruchomiłem swoje dywersyjne oprogramowanie zainstalowane w Seulu.
Ono jednak nie chciało zadziałać. Uruchomiłem więc drugie narzędzie – ono też nie zadziałało. Oblałem się zimnym potem i wiedziałem, że jest już po mnie. Tu na miejscu nie da się z tym już nic zrobić, bo wszystkie serwery z takim oprogramowaniem są tu poblokowane – nic się nie da ściągnąć. Nie napiszę już żadnego posta, a co gorsza będę miał kłopot z odnalezieniem hotelu…
W punkcie informacji – na szczęście mówili po angielsku - poprosiłem o plan metra i zaznaczenie najbliższej stacji do mojego hotelu. Okazało się, że dzieli go od tej stacji tylko 600 metrów. Poprosiłem gościa, aby dał mi namiar na chińskie mapy – odpowiednik maps.google.com. Nazywa się to baidu.com. Problem jest taki, że jest to po chińsku, bez wersji angielskiej – więc klops.
Po półtorej godzinie dojechałem na miejsce, wyszedłem z mojej stacji metra na powierzchnię i zacząłem się zastanawiać jak znaleźć hotel odległy o 600 metrów od punktu, w którym stałem. Próby rozmowy z policjantami i różnymi ludźmi – na nic. Pomyślałem, że wezmę taksówkę i może trafię na taksówkarza, który rozumie europejskie litery. Na szczęście przypomniałem sobie, że przed wyjazdem zainstalowałem na komórce nawigację z mapami Chin i to mnie uratowało. Dotarłem do hotelu.
Hotel okazał się być usytuowany w samym sercu centralnego dystryktu Huangpu, przyklejony do głównego deptaka w dzielnicy handlowej. Hotel ma dwa wejścia. Aby zaczekinować się, wszedłem do niego wejściem południowym, a kiedy wychodziłem na miasto w poszukiwaniu kolacji, wyszedłem wejściem północnym i doznałem wtedy szoku – tuż za hotelowymi drzwiami wpadłem w jakąś nieprawdopodobnie wartką rzekę ludzi, płynącą po długim deptaku, przecinanym co jakiś czas skrzyżowaniami, przy których stali żołnierze formujący szpalery, aby ułatwić ludziom odnalezienie się w tym rozlewisku.
Moje pierwsze wrażenie z Szanghaju: wielkie, przytłaczające miasto, trochę mało chińskie, nowoczesne, zadbane i kolorowe, ale kiedy odejdzie się kawałek od centrum – brzydnie i zaczyna źle pachnieć. Ludzie na deptaku nie tak zadbani, i nie tak poubierani jak w Seulu. Przynajmniej połowa sprawia wrażenie, jakby przyjechała spoza miasta na niedzielny spacer w najlepszym ubraniu.
Nie znalazłem odpowiedniego miejsca na kolację, więc wróciłem do hotelowej restauracji. Miało być elegancko, ale trochę przypomniało PRL: zamówiłem kaczkę, ale okazało się, że się już skończyła, dostałem ciepłe piwo, a szklankę do niego dopiero po jakimś czasie, a zamówiony ryż w ogóle nie dojechał. Finalnie zjadłem rybę – nie podają tu gatunku ryby – ryba to po prostu fish, żeberka, które okazały się boczkiem, pak choi z sosem sojowym i ciastka na deser. Całkiem dobre, ale pięciu gwiazdek był nie dał.
Wcześnie wróciłem do hotel z postanowieniem złamania wielkiego chińskiego firewalla. Znalazłem dostawcę softłeru oszukującego wielkiego chińskiego brata i po dwugodzinnym czacie, prowadzenia mnie za rączkę przez konsultanta, omijania zabezpieczeń, konfiguracji dziesiątek parametrów – udało nam się obejść chińskie zabezpieczenia. No i mam Facebooka i Google! Dziś uświadomiłem sobie, jak cholernie jestem do nich przywiązany 🙁
Na śniadanie wypiłem latte i zjadłem sałatkę cesarską w eleganckim, utrzymanym w stylu art deco hotelu Peace. Hotel mieści się w imponującym, nadbrzeżnym ciągu wiktoriańskich budynków postawionych tu przez Brytyjczyków, którzy osiedlili się w Szanghaju wraz z innymi Europejczykami, po przegranej przez Chińczyków wojnie o opium i podpisaniu traktatu, który pozwalał obcokrajowcom na nieograniczony wywóz z Chin herbaty w zamian za opium sprowadzane z Indii.
W ogóle odnoszę wrażenie, że najpiękniejsze, co można zobaczyć w Azji – pomijając oczywiście naturę, zostało albo wybudowane, albo zaprojektowane, albo przywiezione przez Brytyjczyków lub Francuzów.
Po krótkim spacerze po tej brytyjskiej enklawie, przeniosłem się kiczowatą kolejką, która jedzie tunelem widokowym pod rzeką Huangpu do nowoczesnej dzielnicy wieżowców. Przez pięć minut tej podróży ogląda się esy-floresy wyświetlane na ścianach.
Potem wdrapałem się, za pomocą windy, na wieżę telewizyjną – Orient Pearl – znak rozpoznawczy Szanghaju, w konstrukcji której można doliczyć się jedenastu kul - pereł. Był to jednak nie do końca dobrze zainwestowany czas – dwie godziny w kolejce i dziesięć minut oglądania. Ale przynajmniej zjadłem loda waniliowego na podniebnym tarasie, który to lód był moim dzisiejszym obiadem.
Po obiedzie postanowiłem obejrzeć tutejsze stare miasto i pojechać tam taksówką. Niestety mój specjalistyczny softłer do obejścia chińskiego firewalla działa wyłącznie na laptopie, którego zostawiłem w hotelu, więc na komórce nie mogłem wejść w mapy googla, które pokazują nazwy miejsc i po chińsku i po angielsku, a trzech taksówkarzy, którym pokazałem polski, książkowy przewodnik z mapą z nazwami po angielsku, kompletnie nie rozumiało dokąd chcę jechać. Przechodnie, których prosiłem o pomoc, aby wyjaśnili taksówkarzowi gdzie ma pojechać, albo nie znali angielskiego – tu jest z tym naprawdę słabo – albo nie potrafili rozszyfrować angielskiej nazwy.
Musiałem więc wrócić do swojego hotelu i poprosić consierga o pomoc – również z kłopotami, ale zidentyfikował jakoś to miejsce. Poprosiłem, aby napisał mi nazwę tego miejsca po chińsku na kartce i dopiero wtedy mogłem wskazać taksówkarzowi dokąd chcę jechać. Dobrze też, że zabezpieczyłem się na okoliczność kolacji i poprosiłem consierga o zapisanie również nazwy knajpy, którą wybrałem na kolację.
Stare miasto okazało się wcale nie takie stare, ale warto było posnuć się po tamtejszych uliczkach.
Restaurację na dzisiejszą kolację wybrałem z Tripadvisora – na szczęście Chińczycy nie blokują tego serwisu, co z tego jednak, skoro nie przedstawia on adresów w wersji angielskiej.
Knajpa specjalizowała się w przyrządzaniu pierożków na parze. Atrakcją była też otwarta kuchnia – można było podejrzeć technikę rozwałkowywania i zawijania ciasta.
Zamówiłem zupę z pierożkami, z wieprzowiną i krewetką oraz pierożki z krabem i wieprzowiną. Muszę przyznać, że było to wyśmienite. Pełna rehabilitacja za wczorajsze, nie do końca powalające jedzenie.
Obok mnie siedziała samotna Niemka, w moim wieku, która z przerażeniem obserwowała kolejno wnoszone talerze z jedzeniem, które sama z resztą zamówiła. Przy którymś z talerzy nie wytrzymała i poprosiła mnie, abym jej pomógł. Nie mogłem odmówić sąsiadce i przez jakiś czas sięgałem po jedzenie z dwóch stołów.
Kiedy wychodziłem z knajpy, zamieniłem parę słów z młodą Chinką, która stała przed restauracją i akurat znała angielski. Był ciepły, przyjemny wieczór i dość wczesna godzina – idealne okoliczności do przejażdżki rowerem. Kiedy podzieliłem się refleksją na ten temat z Chinką, ona zaproponowała mi rower – nie swój, ale miejski.
Jak się okazało, mają tu niesamowity system rowerowy – w Szanghaju jeździ ponoć dziesięć milionów rowerów. Nie ma jednak tu żadnych baz, do których trzeba rower doprowadzić, kiedy się skończy jeździć. Kiedy kończy się jazdę – za jeden juan, czyli niecałą złotówkę za godzinę – po prostu blokuje się w nim koła i zostawia się tam, gdzie popadnie. A kiedy chce się wziąć rower, w internecie wstukuje się jego identyfikator i otrzymuje się czterocyfrowy kod do jego odblokowania (trzeba być oczywiście wcześniej zarejestrowanym) – opłata jest naliczona za tyle godzin, ile upłynie do momentu, kiedy się rower ponownie zablokuje.
No to korzystając z uprzejmości Chinki wziąłem miejski rower. Ostrzegała mnie, że do mojego hotelu jest dość daleko i mogę tam nie dojechać. Zapewniłem ją, że mam świetną orientację w terenie i ruszyłem w kierunku, który mi wskazała.
Kiedy po dwóch godzinach jazdy, narażając Chinkę na opłatę w wysokości dwóch juanów, zobaczyłem ponownie knajpę, spod której wyruszyłem, nie miałem wyjścia - odstawiłem rower i postanowiłem wrócić do hotelu taksówką. Co oczywiście nie było łatwe, bo akurat nazwy mojego hotelu po chińsku nie miałem nigdzie zapisanej.
Dworzec kolejowy w Szanghaju jest przeogromny. Przy każdym wejściu kontrola rentgenem, a na peron można wejść tylko z ważnym biletem na piętnaście minut przed odjazdem pociągu.
Mój pociąg do Pekinu mknął trzysta na godzinę, zatrzymywał się co sto kilometrów i trasę tysiąca trzystu kilometrów pokonał w niecałe sześć godzin.
Główny element krajobrazu po drodze to zielone pagórki oraz betonowe miasta ze strzelistymi, mieszkalnymi wieżowcami.
Pomijając prędkość, trochę większe fotele (w pierwszej klasie) i widok z okna – wrażenia jak w naszym pendolino.
Pekin, na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie miasta, w którym jest mniej ludzi i więcej przestrzeni niż w Szanghaju. Nie ma tu prawie w ogóle wieżowców, rzadko widzi się też street food. Kiedy chodzi się tymi szerokimi alejami, wzdłuż których wybudowano monumentalne, postsocjalistyczne gmachy to na usta same się cisną pieśni na cześć ludu pracującego, partii i wodza. A jak tylko zejdzie się w boczne ulice to od razu robi się tak trochę odpustowo – jak na chińskim bazarze pod Łodzią. No i mnóstwo ofert kupna zegareczka albo „lady masażu” od panów w przykrótkich spodniach i niezobowiązujących propozycji pokazania miasta „tylko we dwoje” od młodych i niespecjalnie atrakcyjnych kobiet.
Szybko zrobiłem się głodny – od dworcowego whoppera na śniadanie nic nie miałem w buzi, więc w Tripadvisorze znalazłem knajpę z „Roasted Duck” w nazwie, która miała najwięcej dobrych recenzji.
W mapach google, które działają mi tylko na laptopie w hotelu, sprawdziłem, że knajpa znajduje się zaledwie tysiąc dwieście metrów od mojego hotelu. Mimo to, nie było łatwo ją znaleźć. Na szczęście pomogła mi młoda Chinka znająca angielski. Doprowadziła mnie do mojej kolacji, a po drodze łamaną angielszczyzną opowiadała co powinienem zjeść i zobaczyć w Pekinie oraz ostrzegała, że trochę poczekam na swoją kolację.
I rzeczywiście, przed knajpą wiele osób oczekiwało na stolik, a kelnerzy donosili czekającym napoje. Co jakiś czas przez głośnik odczytywano kolejny numerek – ja otrzymałem 82, w momencie w którym wchodził numer 62, co jak się okazało oznaczało półtorej godziny stania.
Muszę jednak powiedzieć, że było warto – z resztą nie ma lepszej rekomendacji dla knajpy niż kolejka. Kaczka była wyśmienita, a przed nią fantastyczna próbka smakołyków kuchni pekińskiej – jak nic wrócę tu.
Mój hotel okazał się być położony pomiędzy placem Niebiańskiego Spokoju a dużym centrum handlowym, więc po kolacji zrobiłem sobie spacer: najpierw ulicą handlową, gdzie w bocznej uliczce sprzedawali takie smakołyki, których nie tknąłbym za żadne pieniądze – a już na pewno w takiej formie, a potem wzdłuż loży honorowej, z której komuniści pozdrawiają naród na placu Tiananmen.
Zaraz po śniadaniu z dumplingami wyruszyłem na zwiedzanie Pekinu i od razu wziąłem się za to, co mają tu najważniejsze.
Obszedłem dookoła plac Niebiańskiego Spokoju – potrzeba na to paru kilometrów, bo jest ogromny. Niestety mauzoleum sekretarza Mao było z jakichś niewiadomych powodów zamknięte, co łatwo rozpoznać po tym, że nie było przy nim żadnej kolejki.
Za to stanąłem w miejscu, w którym Wielki Wódz proklamował powstanie Chińskiej Republiki Ludowej w 1949 roku i przez lata przemawiał do ludu pracującego. Zamachałem nawet ręką do zgromadzonych na placu, ale raczej nie spotkało się to ze znaczącym odzewem.
Na koniec, z wielkim przejęciem, dotknąłem największej relikwii socjalistycznego państwa, czyli okrągłego, pozłacanego godła z pięcioma gwiazdami – jak na chińskiej fladze, które przez dwadzieścia lat wisiało na placu i zagrzewało masy do walki, aż do chwili, kiedy to zachodnie, imperialistyczne wiatry nadwyrężyły jego złocenia.
Brama Niebiańskiego Spokoju, z której Mao doglądał defilad, jest jednocześnie wejściem do Zakazanego Miasta, gdzie skierowałem następne kroki. Zakazanego, bo przez wieki, poza cesarzową, cesarzem, jego konkubinami, urzędnikami i eunuchami, nikt tu nie miał wstępu.
Miasto jest – jak wszystko tu - ogromne. Do zwiedzania wynająłem mówiącego po polsku przewodnika, którego wkładało się do ucha. Jest naprawdę przyjemnie posłuchać w ojczystym języku tych wszystkich cesarskich historii.
Jeden z ostatnich cesarzy dynastii Qing zrobił dziecko swojej konkubinie posiadającej kategorię numer sześć. Konkubiny miały bowiem kategorie od jeden do osiem, co przede wszystkim związane było z odległością łóżka konkubiny od łoża cesarskiego. Narodziny dzieciaka spowodowały, że panna awansowała do kategorii trzy, a cesarz wskazał ich wspólne dziecię, jako swojego następcę, zapisując to w swoim tajnym testamencie. Ponieważ nie pożył długo, więc jego sześcioletni potomek został nowym cesarzem, a cesarstwem przez pół wieku de facto kierowała jego matka, nazywana „cesarzową zza firanki”.
Potem spacerowałem jeszcze po Wzgórzu Węglowym, parku Jingahen, parku Beihai. W zasadzie zobaczyłem dziś większość z tego, co oferuje turystom Pekin.
Po zakończonym zwiedzaniu i dwudziestu tysiącach kroków oddaliłem się znacznie od hotelu, więc zacząłem kombinować jakby tu załatwić rower. Rowerów tu pełno i wszystkie, jak w Szanghaju, w systemie „weź skąd chcesz, zostaw gdzie popadnie”. Aplikacji do pobierania rowerów jednak zainstalować nie mogłem – bo sklep google zablokowany (swoją drogą ciekawe, jak oni tu pobierają aplikacje na Androida). Z resztą, i tak pewnie apka byłaby po chińsku.
Próbowałem zagadać z ludźmi, żeby mi za parę juanów odblokowali rower – ale akurat nie trafiłem na nikogo, kto by mnie zrozumiał. Aż tu nagle patrzę, a wśród miliona rowerów, które stały koło mnie, jeden był odblokowany i gotowy do jazdy. No to miałem rower.
Po paru kilometrach postanowiłem wypić piwo. W Pekinie nie jest łatwo znaleźć knajpę, w której można by napić się piwa, które byłoby zimne, byłoby podane w kuflu i nie byłoby chińskim sikaczem (oni tu piją bardzo rozwodnione piwa). No i nie znalazłem takiej knajpy.
Zatrzymałem się jednak w jakiejś kawiarni, w której dostałem butelkę zimnego sikacza i usiadłem blisko wyjścia, aby obserwować przez szybę, czy mój niezablokowany rower jest bezpieczny. Przez ten czas kiedy piłem piwo – a była to mała butelka – musiałem odgonić aż czterech cwaniaków, którzy chcieli ukraść mój rower.
Na kolacją postanowiłem pójść do eleganckiego, według Tripadvisora, miejsca. I muszę powiedzieć, biorąc pod uwagę, że wszystko, co tu piszę jest zapewne analizowane przez Wielkiego Brata, że niby Chińczycy, a jednak potrafią zrobić wykwintne jedzenie. Trochę gorzej z serwisem – no ale nie można mieć przecież wszystkiego.
Zjadłem foie gras w sosie truflowym, zupę z duszonych smardzy, groszku i nasion rozłożni kolczastej, cztery smażone delicje (pierś kurczaka, pierś kaczki, pędy bambusa, żołądki kaczki), pierożki z potrójnym nadzieniem (świnia, krewetka, i jeszcze coś) i truskawki na lodzie. Bajka.
Jak mówi chińskie przysłowie „człowiek, który nie był na chińskim murze, nie może zostać bohaterem”. No to chciałbym ogłosić, że ja dziś bohaterem zostałem.
W pobliżu Pekinu jest sześć kawałków chińskiego muru, które nadają się do zwiedzania. Wybrałem Badaling. Znajduje się wprawdzie najbliżej Pekinu – osiemdziesiąt kilometrów i oferuje najlepsze widoki, ale wali do niego kilkadziesiąt milionów turystów rocznie.
Na zorganizowaną wycieczkę było za późno, bo trzeba rezerwować z wyprzedzeniem, więc musiałem pojechać tam środkami komunikacji publicznej. W internecie wyczytałem, że najszybszym połączeniem będzie autobus, który odjeżdża z dworca odległego o dwa kilometry od mojego hotelu i dojeżdża na miejsce w niecałe dwie godziny.
No to nastawiłem budzik na siódmą i już o ósmej trzydzieści siedziałem w autobusie. Kiedy tylko ruszył, zorientowałem się, że wcale nie kupiłem biletu autobusowego na tranie Pekin – Badaling, jak mi się wydawało przy kasie biletowej, tylko wycieczkę z przewodnikiem na Chiński Mur.
Pani kierownik wycieczki, przez całą drogę – i tam i z powrotem – nie pozwalała ani na chwilę uciąć drzemki i trajkotała przez megafon do czterdziestu Chińczyków, z którymi brałem udział w tej wycieczce, będąc jedynym obcym.
W cenie biletu był przystanek w połowie drogi w fabryce biżuterii z zielonego kamienia, gdzie przez godzinę byłem namawiany do zakupu broszki, bransoletki, wisiorka lub pierścionka po niezwykle okazyjnych cenach. Potem - również w cenie biletu – obiad w restauracji mieszczącej tysiąc osób, w której każdy autobus siadał przy jednym stole w takim ścisku, że wyglądało jakby wszyscy jedli z jednego talerza.
Podziękowałem grzecznie za wspólny posiłek i kupiłem sobie arbuza z bananem przed wejściem do tej świątyni konsumpcji.
Gdyby nie wszechobecny smog oraz zyliard ludzi, to spacer po murze byłby prawdziwą przyjemnością. Mur, budowany przez siedemnaście wieków, robi wrażenie, chociaż ten pięciokilometrowy kawałek widoczny w Badaling, to tak naprawdę replika budowli z piętnastego wieku. Mimo to przyjemnie powspinać się po tej największej chińskiej atrakcji.
Mniej więcej co sto metrów na murze rozlokowane są wieżyczki - strażnice, które w dawnych czasach były punktami obserwacyjnymi i kiedy pojawiał się wróg, dzięki sygnałom w postaci ognia – w nocy i dymu – w dzień, w kilka chwil informacja o tym mogła się pojawić setki kilometrów dalej – mimo tego Wielki Mur nigdy nie powstrzymał prawdziwych najeźdźców przed plądrowaniem Chin.
Po wycieczce za miasto, wystarczyło czasu już tylko na mały spacer po Pekinie, a na kolację poszedłem do fajnej restauracji z bardzo dobrą obsługą, ale za to jedzeniem, które nie było powalające. Zjadłem: pijanego kurczaka (kurczak w winie) - to akurat było bardzo dobre, jesiotra ze szparagami - to w miarę dobre i noodle z uchowcem (Anglicy mówią na to abalone, a Niemcy ucho morskie) z pędami fasoli i ikrą krewetek - a to było takie sobie: trudno było dostrzec ślimaka i ikrę w tym daniu, a poza tym, noodle to przecież nie jedzenie.
Ostatni, trzydziesty dzień mojej azjatyckiej podróży zacząłem od zupy z noodlami w hotelowej restauracji.
Potem wizyta w muzeum narodowym, po obejrzeniu którego nic już nie będzie takie samo – trudno wyobrazić sobie coś większego niż budynek tego muzeum przylegający do placu Tienanmen.
No a potem oddałem się temu, co każdy podróżnik robi zwykle ostatniego dnia swojej podróży – zakupy prezentów. Tu niestety jest to bardzo trudne, ponieważ wybór ogranicza się do towarów dostępnych na Wólce Kosowskiej pod Warszawą.
Najpierw pojechałem metrem na największy chiński targ staroci i pobuszowałem po straganach, a kiedy wróciłem wszedłem do każdego sklepu wokół placu Niebiańskiego Spokoju.
Na pożegnalną kolację zjadłem oczywiście kaczkę w mojej ulubionej restauracji – kiedy wychodziłem kelner zapytał, o której może spodziewać się mnie jutro. Myślę, że pekińska kaczka to najlepsze ze spuścizny, którą Chińczycy zostawiają światu.
A trochę mniej fajne rzeczy to: smog, rentgen przy wejściu do każdej stacji metra, plucie na ulicach, kontrola dokumentów przy wejściu na większe skrzyżowanie i nacięcia zamiast pieluchy w spodenkach szkrabów w wieku pampersowym, żeby było z nimi mniej kłopotu.
Szkoda, że kończy się ta moja wyprawa. Bardziej jednak od żałowania, nie mogę się doczekać zobaczenia i uściskania tych, którzy – mam nadzieję, że ciągle – czekają na mnie w Polsce.
To był długi, chociaż bardzo krótki miesiąc w pojedynkę. Prawdopodobnie nie do zniesienia, gdybym siebie nie lubił. Moje dylematy sprowadzały się tu do tego, czy zamówić całą kaczkę, czy połówkę oraz co umieścić w codziennym poście. Miałem dużo czasu, aby różne rzeczy wyrzucić z głowy i zrobić miejsce na nowe. Dużo tu widziałem i posmakowałem. I ostrzegam: nie zawaham się o tym wszystkim opowiedzieć w szczegółach po powrocie.
Do zobaczenia w Polsce.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm