Miłość od pierwszego wejrzenia
Lot z Hanoi do Seulu trwał cztery godziny. Niestety nie potrafię spać w klasie ekonomicznej, więc nie zmrużyłem oka. Przesunąłem się na zachód o jakieś dwie godziny, więc teraz z Polską dzieli mnie siedem godzin.
Do hotelu dotarłem o jedenastej z planem żeby się trochę przespać, jednak za wcześniejszy checkin zaśpiewali taką kwotę, że postanowiłem ruszyć w miasto bez snu. No i pobiłem dziś rekord w dziennej ilości kroków - trzydzieści tysięcy. Po bezsennej nocy to niezły wyczyn.
Pierwsze wrażenie z Seulu jest naprawdę dobre. Jest to nowoczesne, czyste, a można by nawet powiedzieć sterylnie czyste miasto z bardzo dobrą infrastrukturą. Jeżdżą eleganckie limuzyny, co dwadzieścia metrów coffee shop. Po ulicach chodzą panowie w dobrze skrojonych garniturkach i umalowane panie - widać tu wielką dbałość o wygląd zewnętrzny. Nie ma skuterów. Nikt nie zagabuje i nie namawia do podwiezienia ani do zakupów za okazyjnie niską cenę. Praktycznie nie ma street foodu, jest za to mnóstwo przeróżnych knajpek, do których nie ma strachu wejść, bo wyglądają porządnie i z klasą. Mówiąc krótko, miasto zupełnie nie pasujące do azjatyckich klimatów - po trzech tygodniach spędzonych w Malezji, Wietnamie i Kambodży - to kompletne przeciwieństwo, tego co tam widziałem, w każdym możliwym wymiarze, również pod względem temperatury - rano o ósmej przywitało mnie tu polskie, kwietniowe 12 stopni. Na szczęście w środku dnia zrobiło się prawie dwadzieścia.
Moim pierwszym celem było zdobycie wieży widokowej, do której można dojść przez duży park, albo dojechać kolejką. Ja wybrałem spacer. Na górze zjadłem obiad, mając przed sobą panoramę miasta. To był szwedzki stół i mój pierwszy kontakt z koreańską kuchnią - miłość od pierwszego wejrzenia. Obowiązkowo z wszechobecną tu kimczi - pekińską kapustą kiszoną.
Po obiedzie schodziłem centrum miasta wzdłuż i wszerz. Całej, dziesięciomilionowej metropolii przejść się nie da. Zwiedziłem pałac królewski i jeszcze kilka świątyń.
I wtedy wziąłem go po raz pierwszy do ręki. Fajnie zaokrąglony, miły w dotyku, dobrze trzyma się w dłoni. Wiedziałem, że zostanie moim przyjacielem na dłużej. Ma na imię Samsung Galaxy S8 plus.
Było to w sklepie firmowym Samsunga, ponoć największym na świecie. Sklep znajduje się w dzielnicy Gangnam, która przypomina trochę nowojorską piątą aleję. Mają nawet swojego Shake Shaka. A jak się tylko wejdzie w boczną uliczkę, to odkrywa się dziesiątki fantastycznych knajpeczek.
W jednej z nich zjadłem grilla, którego się samemu przygotowuje - to jedno z bardziej popularnych dań tutaj. Usmażone mięso zawija się w liście sałaty z cebulą i innymi warzywami i różnymi sosami. Popija się to wódką podawaną w butelkach jak do piwa. Pycha.
Po dwóch dniach bez snu, spałem tak długo, że nie było sensu oddzielać śniadania od obiadu, więc po prostu zjadłem makaron z kotletem tuż przy hotelu. Wybrałem malutką knajpeczkę, w której z trudem, ale skutecznie udało mi się namówić panią, która obsługiwała, do zrobienia mi zdjęcia - oni tu raczej po angielsku nie gadają, mimo, że kochają Amerykę. Jednak doskonale rozumieją Samsunga podanego w geście "please take me picture".
Dziś postanowiłem poszwędać się po mieście, bo w zasadzie już wczoraj zobaczyłem większość z tego, co powinien zobaczyć odwiedzający Seul.
Najpierw pochodziłem po nadbrzeżnym parku, potem zobaczyłem wioskę w środku miasta - a właściwie dzielnicę utrzymaną w stylu góralsko-koreańskim, w której turyści nie pozwalają mieszkać zwykłym ludziom. Potem odwiedziłem muzeum wsi i pałac królewski, aby wreszcie zasiąść, jak nieruchawy turysta, na piętrze seulskiego hip-hop busa i jeszcze raz obejrzeć najważniejsze punkty miasta. Na koniec odwiedziłem ogromny targ z mydłem i powidłem, gdzie najbardziej niecodziennym jedzeniem były świńskie głowy.
Poruszałem się dziś głównie metrem. Jest ono większe niż nowojorskie - niektórzy mówią nawet, że największe na świecie - i doskonale zorganizowane. W środku ciężko uświadczyć pasażera bez komórki, a wielu z nich podróżuje z powerbankiem, bo przecież żadna komórka nie zniesie wpatrywania się w nią bez przerwy przez cały dzień.
W przeświadczeniu, że każde, nawet dziesięciomilionowe miasto da się zwiedzić w dwa dni i z refleksją, że nasze wyobrażenia o państwach i miastach zawsze mijają się z rzeczywistością, na dzisiejszą kolację wybrałem dzielnicę Itaewon. Jest tu zylion knajp, w większości serwujących obce kuchnie. Oprócz amerykańskiej, meksykańskiej i brazylijskiej widziałem na przykład bułgarską, rumuńską i czeską.
Dopiero po wypitych dwóch piwach byłem gotowy do podjęcia decyzji: mała, koreańsko-japońska knajpeczka. Do większości knajp była kolejka, a w tej akurat było miejsce przy barze z widokiem na kuchnię, doskonałe do przyjęcia turysty bez osoby towarzyszącej.
Zamówiłem koreańsko-japońską zupę z owocami morza i wieprzowinę z kiełkami na ostro i piwo. Boże, jakie to było dobre.
Kiedy tak byłem pochłonięty rozkoszami dla podniebienia, obok mnie usiadła młoda para. Zamówili sashimi i pierożki i popijali to jakimś dziwnym napojem - nalewając do kieliszków z butelki wyglądającej jak piwo.
Strasznie mnie to zafrapowalo, więc niezwłocznie zacząłem pytać. No i w ten właśnie sposób zapoznałem moich nowych koreańskich przyjaciół, z którymi spędziłem resztę wieczoru.
Hyun i jego przyjaciółka (nie pozwolił mówić na nią dziewczyna, ona z resztą też na to nie pozwoliła) okazali się przesympatyczną parą.
Dowiedziałem się, że najpopularniejszym koreańskim daniem jest ryż z bulgogogami i kimczi, a napojem - lekko oprocentowana woda w butelkach po piwie o smaku wódki (jak za chwilę sprawdziłem) oraz, że jeśli komuś się w Korei coś na prawdę obiecuje to trzeba splątać z nim swoje małe palce i jednocześnie dotknąć się kciukami.
Kiedy Hyun wyszedł do toalety, jego koleżanka zapytała mnie ile mam lat. Poprosiłem, żeby zgadła. Chwilę się zastanawiała i rzuciła: trzydzieści siedem. O Mamo - uwielbiam podróże. W rewanżu za pierwszym strzałem odgadnąłem jej wiek - dwadzieścia cztery.
Kiedy koleżanka Hyuna wyszła do toalety, Hyun zdradził, że lubi rozmawiać z cudzoziemcami oraz, że jego największym marzeniem jest pojechać do Europy. Chciałby zobaczyć Paryż, Słowację i Polskę oczywiście.
Potem poszliśmy do baru-dyskoteki na piwo i tańce, a na koniec wieczoru na sashimi z łososiem i z przezroczystą płastugą.
Strasznie fajny mi się trafił ostatni wieczór w Korei Południowej.