1/100

Mój blog

Ósmy cud świata
Na śniadanie obowiązkowo zupa Pho. Tym razem w wydaniu Bo - czyli z kurczakiem. Tak samo dobra, jak z wołowiną.
Wyszedłem na krótki spacer po Hanoi i widziałem na własne oczy: oni wszyscy jedli tu na śniadanie to samo, co ja.
O ósmej trzydzieści, pod mój hotel zajechał shuttle bus, który miał mnie zawieźć nad odległą o jakieś sto sześćdziesiąt kilometrów zatokę Spadniętego Smoka, czyli Ha Long, gdzie parę dni temu wykupiłem cruise.
Mam świadomość, że jak tylko mój chyliczkowski sąsiad - Maciej, który jest specjalistą i praktykiem w dziedzinie czterdziestodniowych rejsów pływającymi galeriami Mokotów w różnych częściach świata, dowie się, że moją trzydniową wyprawę trzydziestopięciomiejscowym stateczkiem nazwałem cruisem, to nie przestanie się śmiać przez tydzień. Jak tylko jednak zobaczy zdjęcia z zachodu słońca - natychmiast będzie chciał tu przyjechać.
Po trzech godzinach drogi z Hanoi zostaliśmy rozlokowani w naszych kabinach, a zaraz potem mogliśmy podziwiać zatokę. Lokalesi mówią, że Ha Long to pierwsza pozycja na nowej liście siedmiu cudów świata. I ja bym się z nimi zgodził.
Współpasażerowie to: 3 studentów ze Szwecji, 4 Niemców, 4 Hiszpanów, 1 siedemdziesięcioletni Brytyjczyk z 1 młodą Wietnamką, 2 Kanadyjczyków, 1 Polak (ja), a reszta to młodzi Amerykanie.
Na obiad dosiadłem się do stolika z dwiema hiszpańskim parami trochę młodszymi ode mnie. Mieliśmy lekki problem komunikacyjny, bo tylko jedna z kobiet mówiła po angielsku, a jeden z mężczyzn po niemiecku. Ale jakoś daliśmy radę. Po dwóch posiłkach razem zaczynam rozumieć hiszpański.
Po obiedzie karmiliśmy małpy i zwiedzaliśmy ogromną jaskinię. Potem happy hour i fenomenalny zachód słońca, dla którego naprawdę warto było tu przyjechać.
Na kolację sałatka z jakichś wodorostów, kalmary w panierce, ryba w sosie, wołowina z warzywami, krewetki z grilla, szpinak, banany w syropie. Pyszne i obżarłem się jak nie wiem.
Po kolacji kto chciał, mógł łowić kałamarnice. Ja akurat nie chciałem, ale poszedłem popatrzeć jak to się robi. Nie jest to trudne, bo lecą do światła jak ćmy. Wystarczy poświęcić latarką i poruszać wędką z uczepionym kolorowym kawałkiem plastiku z haczykiem. Amerykanin z Kolorado złowił jedną i kiedy zdejmował ją z haczyka ona zsikała się atramentem prosto na moją najlepszą koszulę. Jankes przepraszał, a za karę obiecał przyrządzić mi swoją zdobycz.
Na szczęście atrament spiera się dość łatwo.
Kaowiec naszego rejsu, jeszcze przed zaśnięciem wczoraj, namawiał wszystkich do obejrzenia wschodu słońca w Halong Bay. No to wstałem o szóstej, jak się okazało, jako jedyny. Słońce jednak już dawno wstało i do tego schowane za chmurami.
O szóstej trzydzieści, podobnie jak na setce statków zacumowanych obok nas, zaczęły się zajęcia Taichi. Nigdy czegoś takiego nie robiłem - ma to więcej wspólnego z tańcem niż gimnastyką, ale trzeba przyznać, jest energetyzujące.
O siódmej śniadanie. Niestety bez azjatyckiej zupy, więc musiałem przestać obrażać się na jajka z bekonem.
O ósmej trzydzieści podzielono nas na dwie grupy: pierwsza z turystami, którzy wykupili rejs jednodniowy i druga, w której znalazła się dwójka Hiszpanów, dwójka Anglików i ja - turyści z dwiema nocami na statku.
Nasz statek popłynął odwieźć turystów jednonocnych i przywieźć nowych, a my znaleźliśmy się na mniejszej łodzi, na której mieliśmy spędzić nasz dzisiejszy dzień. Tak tu mniej więcej jest zorganizowany wietnamski przemysł turystyczny.
Nasza nowa opiekunka na początku doszła do wniosku, że ja jestem mężem Hiszpanki, a Hiszpan jest naszym dzieckiem. A kiedy uświadomiliśmy jej, że ja tu jestem singlem, musiałem opowiedzieć jej gdzie jest moja żona, dlaczego jestem tu sam i co na to dzieci.
Słońce, wizyta w jaskini, obiad na statku, wizyta w floating village i pearl farm.
O szesnastej byliśmy z powrotem na naszej łodzi matce, wypełnionej nowymi turystami: tym razem z Filipin, Brazylii, Anglii i Stanów.
Wypasiona kolacja, potem łyki - tak na Red Label mówią tubylcy, a na koniec dnia złowiłem dwie kałamarnice - tak małe, że z grilla były nici.
Dziś postanowiłem olać poranne zajęcia Taichi i dłużej pospać.
Harmonogram ostatniego dnia na statku był nieubłagany i napięty jak baranie jaja: śniadanie o siódmej, wspinaczka na stumetrową wyspę, aby porobić parę pocztówkowych zdjęć o ósmej, kąpiel przy jedynej plaży o dziewiątej, prysznic i checkout kabiny o dziesiątej, wczesny obiad o jedenastej - a wszystko po to, aby o dwunastej można było najpierw opróźnić statek z kilkudniowych turystów, a potem wypełnić świeżymi turystami przywiezionymi z Hanoi. Wietnamskie przedsiębiorstwo turystyczne działa ze szwajcarską precyzją. Niestety jest to jedyny sposób, aby zobaczyć jeden z cudów świata - zatokę Ha Long.
Po trzygodzinnej podróży do Hanoi z przerwą na siku, podczas której mieliśmy jedyną okazję obkupienia się w ręcznie wyszywane obrazy i figurki buddy, pożegnałem moich hiszpańskich przyjaciół, którzy udawali się w trzynastogodzinną podróż pociągiem do Sajgonu.
Ja miałem przed sobą perspektywę spędzenia nocy na lotnisku i w samolocie - jak się okazało kilka dni temu, pomyliłem się w rezerwacji lotu do Seulu i zamiast na 1:45 pm, zamówiłem lot na 1:45 am. Była to jednak jak dotąd jedyna pomyłka, a zważywszy ilość rezerwacji hotelowych i lotniczych w ostatnim czasie, to całkiem dobry wynik.
Sześć godzin na zwiedzanie Hanoi to trochę mało, udało mi się jednak zobaczyć całkiem dużo: mauzoleum Ho Chi Mina - było już wprawdzie zamknięte, ale i tak że względu na szacunek dla Wielkiego Wodza, w moim ubraniu nie zostałbym wpuszczony do tej świątyni z jednym eksponatem, Pagodę na jednym Pilarze, Świątynię literatury, jezioro Hoam Kiem i Old Quarter.
Żałuję tylko, że nie udało mi się zobaczyć tutejszej relikwii - wraku amerykańskiego bombowca B52 zestrzelonego w 1972 roku, ale mój motocyklowy taksówkarz pomylił miejsce docelowe.
Hanoi to fascynujące miasto, pełne skuterów, ulicznego żarcia i francuskich knajp. Kiedyś przyjadę tu na dłużej.
Na kolację żegnałem się z wietnamską kuchnią: sajgonki, zupa Pho, ryba Cha ca.
Knajpę wybrałem z Tripadvisora, który jest moim kolejnym, azjatyckim odkryciem. Do knajpy zajechałem oczywiście rikszą - jak przystało na kolonizatora z Europy.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm