1/100

Mój blog

Mały kraj ludzi o wielkich sercach
Z rana pojechaliśmy razem na lotnisko, bo nasze samoloty odlatywały o podobnej godzinie.
Pożegnanie zrobiliśmy jeszcze przed checkinem. Anita długo zastanawiała się czy polecieć z Maćkiem na Borneo czy ze mną do Kambodży. Nie potrafiła ukryć, że była to dla niej bardzo trudna decyzja, chociaż dla mnie wybór był oczywisty.
Ostatecznie i nieoczekiwanie wybrała jednak męża. Szalę przeważył fakt, że Maciek zaplanował o dwa dni dłuższy pobyt w Azji niż ja 🙂
Kiedy wchodziłem na pokład turbośmigłowego ATR-72 należącego do Cambodian Angkor Lines dotarło do mnie, że dzisiejszego posta może mi się nie udać opublikować. Moje obawy, które - sądząc po twarzach współpasażerów - urodziły się nie tylko w mojej głowie, okazały się jednak strachami na lachy. Samolocik gładko wylądował w Phnom Penh - stolicy Kambodży, w której zaplanowałem jeden nocleg.
Po wylądowaniu, pasażerom naszego lotu zabrano paszporty, a po jakimś czasie wszyscy stłoczyliśmy się przed okienkiem, przy którym siedziało czterech nienagannie wykonujących swoje obowiązki urzędników, którzy przez szybę pokazywali turystom kolejne paszporty - stroną ze zdjęciem do szyby, a petent który zidentyfikował siebie na zdjęciu (większość pasażerów tego lotu stanowiła wycieczka brytyjskich emerytów i oni mieli z tym problem) wsuwał przez szybkę odliczone trzydzieści dolarów, w zamian za co, znów mógł się cieszyć swoim paszportem (z wklejoną wizą).
Z lotniska wziąłem sobie tuk-tuka. Zaraz po skuterze, to najbardziej widoczny tu element krajobrazu. Idąc ulicą, co kilka sekund dostajesz propozycję podwózki tym środkiem lokomocji.
To dwumilionowe miasto jest szalone za sprawą ogromnego i niekontrolowanego ruchu. W pewnym momencie policjant zatrzymał tę napierającą falę, abym mógł przejść przez ulicę - oczywiście w miejscu, w którym nie było pasów. Jak to w Azji oczywiście wszędzie pełno jedzenia - najwięcej w takich improwizowanych ulicznych knajpeczkach skleconych z kilku plastikowych stolików z mobilną kuchnią na tuk-tuku. Można tam dostać wszystko: i żabkę, i wężyka, i robaczka.
Zdążyłem jeszcze przed zamknięciem odwiedzić imponujący i najbardziej błyszczący klejnot kambodżańskiej historii: Pałac Królewski ze Srebrną Pagodą, której podłogę wykonano z sześciu ton srebra.
Potem jeszcze wizyta w Muzeum Ludobójstwa. Bardzo mocne przeżycie.
Na kolację odwiedziłem elegancką - co nie jest tu łatwe do znalezienia - kambodżańską restaurację i zamówiłem dania najbardziej kambodżańskie jak tylko można było: takeo sausages (kiełbaski ze świni z kokosem i chilli), bamboo shoots and smoked fish (zupa warzywna z bambusem i wędzoną rybą z Mekongu), fish head amok (curry z ryby) oraz deser kampot pepper brulee (właściwie trzy desery: lody z kwiatami jaśminu, budyń z amboku i brulee z pieprzem). A potem musiałem znaleźć odpowiednio dużego tuk-tuka, aby był w stanie zawieźć nas dwóch, to znaczy mnie i mój brzuch, do hotelu.
W hotelu nie byłem już w stanie zrobić nic innego, jak tylko dać się wymasować.
Aby zjeść hotelowe śniadanie, należało przed wejściem do restauracji zdjąć obuwie. Sprawa wyglądała na bardzo poważną, bo przez cały czas posiłku spoglądał na mnie premier Kambodży i jego żona ze zdjęć umieszczonych w centralnym punkcie sali.
Kurczę, jak oni tu mogą pomyśleć, że turyści z Europy mogliby tknąć na śniadanie żeberka w sosie barbacue?
Były pyszne.
Kiedy wyszedłem wycheckoutowany z hotelu, mój wczorajszy tuk-tuk-man już na mnie czekał i po dwóch kwadransach znalazłem się na lotnisku. W poczekalni domestic departure na drugie śniadanie strzeliłem sobie ciastko marchewkowe z całkiem europejską latte, a potem wsiadłem do mojego turbośmigłowca, który dziś już jakoś nie wzbudzał większych emocji.
Lot był tak krótki, że zdążyłem przeczytać tylko jeden ustęp z mojego azjatyckiego przewodnika na temat Siem Reap.
Muszę przyznać, że to całkiem przyjemne, aby przy wyjściu z lotniska móc odczytać swoje imię i nazwisko na kartce trzymanej przez kierowcę hotelowej limuzyny, która przyjeżdża tylko po Ciebie. Na pierwsze pytanie mojego drivera "where is your wife ?", odpowiedziałem, zgodnie z prawdą, "about nine thousands kilometers from here". I zawiózł mnie swoim, pamiętającym czasy Pol Pota, Lexusem, do samego centrum miasta, gdzie znajduje się mój hotel. Po drodze przedstawił mi swoje niezliczone oferty zwiedzania okolicy: "you know, only private, not hotel".
Ma się tu wrażenie, że jedynym sensem istnienia tego dwustutysięcznego miasta jest obsługa turystów, którzy przyjechali tu tylko po to, aby zobaczyć pobliskie Angkorwat. A ponieważ wszyscy oni kiedyś zmęczą się oglądaniem tego cudu, więc w końcu muszą tu zjeść, wypić i dać się wymasować.
Jak przystało na dobry khmerski hotel, zaraz po wejściu kazano mi usiąść i zrelaksować się. Dostałem mokry ręcznik do odświeżenia i zimną herbatę.
Pierwszy dzień w SR postanowiłem postawić na relaks. Ale nie dalej niż kilometr od hotelu.
Zacząłem od zwiedzenia największego supermarketu w mieście. Kręci mnie oglądanie sklepów spożywczych w egzotycznych miejscach. No i się nie zawiodłem: spreparowana, gotowa do wrzucenia na grila żaba, za półtora dolara to jest to, czemu żaden Europejczyk się nie oprze (dolar to tu główna waluta).
Potem spacerek po lokalnych zabytkach, których tu jest co kot napłakał, bazar, masaż stóp, piwko na mieście, piwko nad basenem, mała przepierka, parę rozdziałów Shantaram i już byłem gotowy do kolacji.
Z Tripadvisora wziąłem drugą, z najlepszymi recenzjami, knajpę w Siem Reap. Kuchnia khmersko-francuska. W karcie tylko napoje i dwa five-course-degustation menu, które oglądałem na zewnątrz w oczekiwaniu na stolik, bo nie zrobiłem rezerwacji.
Na początku obsługiwał mnie szef kuchni, właściciel i Francuz. Wziąłem pierwszy zestaw i powiedziałem mu, że jeśli mi zasmakuje, to przyjdę jutro spróbować set numer dwa. Jak tylko skończyłem jeść, poprosiłem kelnera, żeby natychmiast zawezwał szefa - no i wygarnąłem mu prosto w twarz: "Man, it was amazing. I have eaten in many places all over the world - but never like that". Podziękował i opowiedział mi skąd wziął inspirację dla kolejnych dań, spisał moje imię i zaznaczył, że jutro go nie będzie, ale przyjmie mnie jego żona i żebym przyszedł o 20:30. Jak się dowiedział, że w mojej podróży planuję zahaczyć o Seul, stwierdził, że muszę koniecznie zjeść tam kraba z Rosji, którego podają przy targu i podał mi namiary. Francuz, a równy gość 🙂
Knajpa nazywa się Cuisine Wat Damnak. Menu zmieniają co dwa tygodnie. Wszystkiego bym się spodziewał w Kambodży, ale nie czegoś takiego.
Wiem gdzie jutro jem kolację.
Potem w jakimś barze poznałem sympatycznego Belga, który od sierpnia rezyduje w Kambodży i właśnie otwiera nową restaurację. Obwiózł mnie po swoich ulubionych barach swoim skuterem, a na koniec zostaliśmy fejsowymi przyjaciółmi.
Najlepszym sposobem, aby zwiedzić Angkor jest wynajęcie swojego osobistego tuk-tuka, który za rozsądne parę dolarów za cały dzień, zawiezie Cię, tam, gdzie trzeba.
I tak też zrobiłem. Zaraz po śniadaniu, tuż przed hotelem, wybrałem najbardziej angielskojęzycznego kierowcę, jakiego można było znaleźć.
Przez kolejne pięć godzin byłem wożony przez Pana Tul-Tuka, od świątyni do świątyni.
Trzeba przyznać, że zdecydowanie jest tu na co popatrzeć. Teren ogromny, a średniowieczne budowle, tworzące stolice pięćsetletniego khmerskiego imperium Angkoru - państwa Khmerów robi wrażenie swoim rozmachem.
Bilet kupiłem na trzy dni (do wyboru był jedno lub trzydniowy), no i pierwszego dnia, nie odpuściłem żadnej świątyni, do której dowiózł mnie mój dzisiejszy przewodnik.
Pewnie wyzionąłbym ducha, gdyby nie obłożone lodem, pod moim tuk-tukowym siedzeniem butelki zimnej wody i wszechobecne punkty sprzedaży zmrożonych owoców cytrusowych, przy których często robiłem postój.
Po jakichś osiemnastu tysiącach kroków – jak wskazał mój Garmin – doszedłem do wniosku, że dalsza walka z prawie czterdziestostopniowym upałem nie ma sensu i kazałem zawieźć się mojemu szoferowi do hotelu.
Dalszą część dnia, aż do kolacji spędziłem przy hotelowym basenie, aż do chwili, kiedy odezwał się mój wczoraj poznany znajomy – Pascal.
Zaproponowałem mu wspólną kolację, w knajpie, którą poznałem dzień wcześniej. Zgodził się, ale postawił stosunkowo łatwy do spełnienia warunek: wybór i sfinansowanie wina.
Rozmawialiśmy o jego restauracji, którą zamierza otworzyć w wakacje oraz o zwyczajach, języku i kuchni kambodżańskiej, które zna już jak własną kieszeń.
Pascal zjadł set numer dwa – ten sam, którym zachwycałem się wczoraj. A ja set numer dwa. Poezja. Popiliśmy australijskim winem, a potem pojechaliśmy w miasto.
Po krótkiej nocy, zwlokłem się jakoś na śniadanie. Mój tuk-tuk już na mnie czekał.
Czterdziestostopniowy żar lał się z nieba od samego rana, a mój kierowca nie miał litości – obwiózł mnie po wszystkich, pozostałych do zwiedzenia po wczorajszym dniu, świątyniach i kazał je dokładnie spenetrować. No to posłusznie zaglądałem w każdy zakamarek i mam wrażenie, że widziałem tu każdy kamień. Myślę jednak, że jeden dzień na zwiedzanie Angor byłby zupełnie wystarczający.
Na obiad zjadłem arbuza, a do stolika, przy którym go konsumowałem, dosiadł się sześćdziesięciolatek z Arizony, który właśnie rozszedł się z żoną (jednym ze stu powodów rozstania, było to, że ona nie lubiła podróżować). Był od trzech miesięcy w podróży i jego zdaniem Kambodża to najlepszy azjatycki kraj do podróżowania, bo mają tu najlepsze żarcie i najbardziej przyjaznych ludzi.
Po powrocie z wycieczki uciąłem sobie drzemkę, żeby nabrać sił przed ostatnim wieczorem w Kambodży.
Wieczorem, wszyscy, którzy przyjechali tu dla Angor, wykąpani i pachnący ruszają w miasto w poszukiwaniu jedzenia, picia i zabawy, a Siem Reap staje się zabawowym rajem. Zatrzęsienie knajp i street foodu.
Ponieważ od kilku dni chodził za mną kawał mięsa, postanowiłem sprawdzić czy w Kambodży potrafią przygotować steka. Okazało się, że niestety Rib Eye – khmer style nie powala na kolana – ale za to bezapelacyjnie poprawia samopoczucie.
Mój przyjaciel Pascal czekał już na mnie w Laundry Barze. Wypiliśmy po parę drinków w towarzystwie tutejszych, przesympatycznych ladyboyów, zagraliśmy w billarda, a resztę wieczoru spędziliśmy w jednym z tutejszych klubów karaoke, gdzie po brawurowym wykonaniu „Don’t cry for me Argentina” stałem się prawdziwą gwiazdą (niestety to tylko moja opinia).
Zaczynam się powoli odzwyczajać od jajecznicy z bekonem i dziś na śniadanie zjadłem khmerską zupę z klopsami - Khao poun. W każdym azjatyckim kraju podstawą kuchni jest noodle soup. W każdym inna i w każdym dobra.
Mój samolot odlatywał dopiero wieczorem, więc miałem trochę czasu, żeby rozejrzeć się po okolicy. Wynająłem rower i przejechałem wzdłuż i wszerz Siem Reap wtapiając się klimat przedmieść. Wokół jest bardzo biednie, ale ludzie dumni i przyjaźni.
Pascal, który był moim przewodnikiem przez ostatnie trzy dni i rezyduje tu od ośmiu miesięcy, nauczył mnie kilku khmerskich zwrotów, które próbowałem wykorzystać podczas mojej wycieczki.
Język khmerski jest zadziwiający. Mają tu około trzydziestu spółgłosek i dwudziestu samogłosek, a problem polega na tym, że przez dodanie samogłoski nad, pod lub z boku spółgłoski tworzy się zupełnie nowy twór wypowiadany w specyficzny sposób. Trudno się w tym połapać i może jest to właśnie jeden z powodów, dla którego prawie dwie trzecie populacji jest tu niepiśmienna.
A po to, żeby jeszcze bardziej utrudnić obcym naukę języka, rzadko używają tu spacji i często trzeba czytać zlewające się w całość tasiemce.
Inną, ciekawą rzeczą, trudną do zrozumienia dla Europejczyka jest ich uśmiech. Dla nas to zwykle wyraz uprzejmości, serdeczności lub radości. Tu może znaczyć wszystko, od braku zgody, przez oburzenie, aż do nienawiści. Ponieważ uśmiech jest tu wszechobecny i znacznie więcej go niż u nas, to niezależnie od tego, co oznaczał ja go zawsze odwzajemniałem.
W porze obiadu, akurat przejeżdżałem obok małego Jungle Burger Baru. Trudno było tam nie wejść, bo pachniało grilowaną wołowiną i prawie wszystkie stoliki były zajęte.
Właściciel, sześć lat temu zostawił żonę i dziecko w Nowej Zelandii i prowadzi tu biznes z Khmerką. Mam po tych kilku dniach wrażenie, że Kambodża istnieje dzięki ekspatom.
Pierwsze pragnienie zaspokoiłem piwem, a potem specjalnością zakładu - Chilli Mango Margeritą. Potem wjechał naprawdę dobry burger, a na pożegnanie Redberry Margerita. Obiecałem Panu Claytonowi dobrą recenzję na Tripadvisorze.
Tuż przed odjazdem na lotnisko strzeliłem sobie jeszcze pakiet dwóch, a co, masaży: foot i full body oil. No i byłem gotowy do opuszczenia tego pięknego kraju że zdecydowanym przekonaniem, że wrócę tu nie raz.
Następny przystanek to Hanoi.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm