1/100

Mój blog

Smok zszedł do morza
Śniadanie było fajne. Zrobiłem niezłe spustoszenie w sekcji japońskiej, a potem nafutrowałem się owocami. Jedyny problem jakie mają malezyjskie hotele ze śniadaniem to brak przyzwoitej kawy. Na szczęście jest tu wszechobecny Starbucks, więc da się jakoś przeżyć.
Po śniadaniu, trzema kliknięciami na telefonie ściągnałem przed wejście hotelowe Ubera, który miał mnie zawieźć na lotnisko. To niesamowite, że za pomocą smartfonu z internetem i usług czterech dotcomów, da się błyskawicznie rozwiązać prawie wszystkie problemy turysty (google.com, booking.com, uber.com, kiwi.com).
Lot do Ho Chi min (dawniej Sajgon) trwał niecałe dwie godziny. Niezwłocznie wymieniłem twardą walutę, zakupiłem kartę SIM z wietnamskim internetem i zarezerwowałem taksówkę do hotelu, na potwierdzenie czego otrzymałem kwit z dwoma stemplami i trzema podpisami wysokich urzędników lotniskowych. Byłem tak zaaferowany ta całą biurokratyczną procedurą, że wyszedłem z lotniska bez odebranego bagażu. Na szczęście jak tylko otworzyły się drzwi wyjściowe przed jakimś kolejnym pasażerem, czmychnąłem z powrotem do punktu odbioru bagażu nie zauważony przez nikogo. Mają tu takie procedury bezpieczeństwa, że mysz się nie prześliźnie.
Pierwsze wrażenie w Sajgonie: miasto jest dosłownie zalane gigantyczną falą skuterów. Wszędzie jest ich pełno, a do tego zdają się kompletnie nie przejmować sygnalizacją. Przechodzenie przez ulicę to prawdziwa walka o życie.
W hotelu spotkałem się z moim serdecznym przyjacielem ze studiów Maćkiem i jego piękną żoną Anitą. Nie żeby było to spotkanie przypadkowe: jeszcze w Polsce okazało się, że państwo Maciek i Anita, jak Tony Halik i Elżbieta Dzikowska spędzający większość swojego życia na obrzeżach świata, akurat zaplanowali swoją koleją podróż po Azji w tym samym czasie co ja. Więc najbliższe kilka dni spędzimy razem.
W momencie, w którym stanęliśmy przed sobą w hotelowym lobby, poczułem się jak Tom Hanks w "Cast away", który po raz pierwszy po latach może odezwać się do innego człowieka. Tak samo ja, pierwszy raz od dziewięciu dni mogłem odezwać się do ziomali w naszym ojczystym języku. Co za ulga.
Państwo Szwarc niezwłocznie zabrali mnie na zwiedzanie Sajgonu, a ponieważ przylecieli tu dzień wcześniej, byli dobrymi przewodnikami po mieście.
Mimo, że Sajgon to prawdziwy siedmiomilionowy kolos, to tak naprawdę nie ma tu zbyt wiele do zobaczenia i w dwie godziny można obskoczyć to, co najważniejsze.
Jest tu jednak niesamowity klimat. Zupełnie nie podobny do klimatu Malezji. Mnóstwo budynków pamięta czasy panowania Francuzów, jest tu całe mnóstwo stylowych knajpek i barów no i oczywiście ogrom ulicznego jedzenia.
Na kolację poszliśmy do uroczej knajpki w zabawowej dzielnicy - po raz pierwszy od dziewięciu dni, na pytanie kelnera przy wejściu "for how many people?", mogłem podnieść trzy palce do góry.
Zamówiliśmy sajgonki z sosami, zupę wietnamską, makrelę, kurczaka w miodzie, szpinak wodny i jeszcze jakieś warzywo, którego nazwy nie pamiętam. Wszystko znakomite.
A potem raczyliśmy się Putinówką w jednej z kawiarni na dachu, których jest tu pełno. W pewnej chwili, w spojrzeniu Anity dostrzegłem, że wystarczyłoby jedno moje słowo, a byłaby gotowa zostawić Sajgon i pojechać ze mną do Chin. Uznałem jednak, że nie powinienem więcej pić...
Zaraz po słusznym śniadaniu opuściliśmy Sajgon i udaliśmy się sto siedemdziesiąt kilometrów na południe, w rejon delty Mekongu - najdłuższej rzeki Indochin, zaczynającej swój bieg jeszcze w Tybecie i nawadniającej tysiące hektarów wietnamskim pól ryżowych.
W miejscowości Can Tho, leżącej nad jedną z odnóg Mekongu i słynącej z tego, że poza pomnikiem wodza Ho Chi Min, w zasadzie nic znaczącego nie można o niej powiedzieć, czekał na nas cudny, kolonialny hotel, w którym na powitanie otrzymaliśmy masaż zmęczonych dwugodzinną podróżą karków oraz po miniaturowym bananku.
Niemiłosierne trzydzieści stopni nie zostawiło wątpliwości: dalszą część dnia spędziliśmy nad hotelowym basenem.
Kindlowaliśmy, smarowaliśmy sobie plecki, ucinaliśmy sobie drzemkę, spekulowaliśmy kiedy naczelnik odda władzę, jedliśmy owoce, popijaliśmy piwo. Takie małe wielkanocne leniuchowanie, może nie przy tak fajnej pogodzie jak w Polsce, ale za to bez świątecznego obżarstwa. No może z jednym małym wyjątkiem - jak już słońce dobrze mnie podpiekło, zrobiłem się głodny i zamówiłem sobie moją pierwszą w Wietnamie zupę Pho.
Uwaga. Jeśli chcesz zjeść tę zupę w Wietnamie (inaczej niż na przykład w Galerii Mokotów), należy raczej powiedzieć "fa" i to jeszcze z uwzględnieniem właściwej fonetyki - inaczej wyjdzie z tego słowo, którego raczej kelnerka nie chciałaby usłyszeć.
Zupę Pho jedzą tu na śniadanie, obiad i kolację. To taki rosół, ze sparzonymi kawałkami wołowiny lub kurczaka, makaronem ryżowym i kilkunastoma innymi składnikami. Był wyśmienity. No może nie tak dobry, jak rosół mojej Teściowej, proszę mnie jednak zrozumieć - chciałbym jeszcze kiedyś zjeść obiad u Matki mojej Żony.
Kiedy słońce straciło moc, udaliśmy się hotelową shuttle boat do miasta, aby wziąć udział w przegranej walce z ulicznymi skutererami oraz spenetrować lokalną ofertę street foodu.
Kolację zjedliśmy w drugiej co do najlepszości knajpie Can Tho - według Lonely Planet. Na przystawkę zjedliśmy naleśnika ze świnią i krewetkami, który w sprawnych rękach kelnera stawał się nadzieniem do sajgonek zrobionych z jakichś bliżej nieokreślonych liści. Potem Anita Ciężka zamówiła tofu, Maciej Szwarc rybę, a ja najpierw seafood - ale okazało się, że się skończył, potem kurczaka - ale okazało się, że się skończył, a potem karkówkę po wietnamsku. Na szczęście whisky się nie kończyło.
Zamiast śmingusa dzisiejszy dzień postanowiliśmy spędzić na wodzie.
Kiedy jeszcze wczoraj zamawiliśmy wycieczkę łódką na oglądanie porannego targu rzecznego, recepcjonistka poinformowała nas o godzinie wyjazdu, a Anita Ciężka szybko przeliczyła, że aby otrzymać swoją dzienną, niezbędną, nienegocjowalnie nieskracalną, dziesięciogodzinną dawkę snu, to musiałaby położyć się spać przed siódmą. W tej sytuacji nie mieliśmy wyjścia i przenegocjowaliśmy godzinę wyjazdu na siódmą trzydzieści.
Na hotelowym śniadaniu spotkaliśmy się w środku nocy, czyli o godzinie siódmej. Niestety na stołach z jedzeniem nie było ani pisanek, ani króliczków, ani nawet sikawek. Dziwny kraj. Ponieważ dzielenie się jajecznicą raczej trudno uznać za dochowanie świątecznej tradycji, więc skradłem parę skrawków jajka na twardo, które są tu dodatkiem do porannej "noodle soup". No i daliśmy jakoś radę.
Dzień wcześniej, na targu zakupiliśmy również balony na patykach, w kształcie kurki i królików, więc byliśmy gotowi do świątecznej sesji zdjęciowej.
Do naszej romantycznej łodzi wycieczkowej przydzielono nam kapitana, majtka i kulturalno-oświatowego - Pana Tha.
Tha, z którym szybko przeszliśmy na "ty", okazał się być bardzo sympatycznym komunikatywnym i dowcipnym przewodnikiem, rozumiejącym europejskie poczucie humoru. Przez całe pięć godzin naszej wycieczki buzia mu się nie zamykała i opowiedział nam mnóstwo ciekawych rzeczy o sobie, swojej rodzinie, Mekongu i Wietnamie.
Rzeczny targ na Mekongu robi wrażenie. Można tu kupić każdy owoc, a z rzadka pojawiają się też małe łódkowe supermarkety i bary. Nad każdą łódką góruje pałąk z przytwierdzonym owocem, informujący, co dana łódka ma w ofercie. Niektóre łódki mają wymalowane wielkie oczy nad dziobie, które mają odstraszać krokodyle. Ale krokodyli nie widzieliśmy.
W programie wycieczki była też półtoragodzinna wycieczka rowerowa. Pedałowanie w upale raczej do przyjemności nie należy, ale przynajmniej daje trochę chłodzącego wiatru we włosy, przynajmniej tym z nas, którzy je mieli.
Pojeździliśmy po lokalnych wioskach. Biednie tu, ale prawdziwie, a ludzie na mniej szczęśliwych od nas nie wyglądali. Dzieciaki jadące do szkoły śmiały się dokładnie tak samo, jak nasze, polskie. Trójce z nich jeszcze bardziej powiększyliśmy uśmiech wręczając nasze balony na patyku.
Na koniec wycieczki Tha zawiózł nas na odpoczynek do punktu sprzedaży owoców, zupy Pho i bransoletek z kokosa. Tutejsze mango smakuje wyśmienicie, a w pobliskim ogrodzie można obejrzeć jak rośnie na drzewie. Tha urządził nam też degustację tutejszego bimbru, który wali po głowie tak samo jak nasz, mimo, że robią go z ryżu.
Na obiad Anita Ciężka zjadła pankejki ze świnią i krewetkami, ale krewetki oddała Maćkowi, Maciej Szwarc zjadł Pho, a ja wietnamską zupę v warzywną.
Po obiedzie basen. Potem godzinny masaż z gorącymi kamieniami i dwiema paniami masującymi równocześnie.
A na kolację jedliśmy lokalną specjalność - Mekong Elephant Fish. Jak wytłumaczyła nam kelnerka, nazwa tej ryby wzięła się stąd, że kiedy pływa, jej płetwy falują jak uszy słonia. Smażą ją w głębokim tłuszczu, a potem podają postawioną na sztorc, przytrzymywaną przez kłączę szczypioru usztywnione patyczkiem wbitym w ogórka. Do tego podają placki ryżowe i składniki do wypełniania sajgonek. Kelnerzy mają przy tym dużo roboty, bo najpierw muszą oskrobać rybę z przesmażonych łusek, podzielić ją, a potem nauczyć klienta robić sajgonki z tymi wszystkimi składnikami i rybą. Pycha.
Po śniadaniu opuściliśmy nasz kolonialny hotel i udaliśmy na jedną noc nad inną odnogę Mekongu do miejscowości Cai Be.
Nowy hotel, położony z dala od wszystkiego, nad rozlewiskiem rzeki jest otoczony palmowymi polami i plantacjami owoców tropikalnych. Państwo Szwarc wzięli droższy pokój z widokiem na rzekę i wschód słońca – no ale w końcu stanowią parę i pewnie fundują sobie romantyczne pobudki. Ja zadowoliłem się tańszym rozwiązaniem z możliwością obserwowania od rana wzrostu tutejszej roślinności.
Żar lał się z nieba, więc dla ochłody moi współtowarzysze wybrali basen, a ja wycieczkę rowerową do odległego o jakieś sześć kilometrów miasteczka. Zrobiłem błąd, bo zamiast czapki z daszkiem, włożyłem na głowę wietnamski, słomkowy kapelusz – obowiązkowe wyposażenie hotelowe, który świetnie chroni przed słońcem, ale niestety nie na rowerze. Zsunął mi się na twarz, zakrywając oczy, akurat wtedy kiedy trzymając piwo w jednej ręce, a komórkę w drugiej, przejeżdżałem przez ruchliwy most nad kolejną odnogą Mekongu, odkrywając, że mój rower jest w zasadzie pozbawiony hamulców.
Miasteczko okazało się dużą, ruchliwą wsią. Mnóstwo malutkich sklepików z kwękającym drobiem w klatkach i żywym seafoodem w miskach, owoców i warzyw oraz taniego jedzenia. Prawdziwy klimat wietnamskiej prowincji.
W drodze powrotnej zatrzymałem się przy przydrożnym salonie upiększania ciała i strzeliłem sobie pedicure. Trwało czterdzieści minut i było naprawdę profesjonalne. Pani używała wszelakich zachodniowyglądających kremów, kawałków cytryny do polerowania paznokci, a na koniec poprosiła o dziesięć tysięcy dongów, czyli złoty siedemdziesiąt.
Po powrocie do hotelu, wraz z państwem Szwarc pozwoliliśmy się wymasować, a potem założyliśmy nasze najlepsze ciuchy i udaliśmy się na lekcję gotowania do hotelowej restauracji.
Dokładniej rzecz biorąc, nauki pobierała męska część naszej grupy. Żeńska część zajmowała się rozwijaniem swoich pasji fotograficznych i robiła zdjęcia adeptom sztuki kulinarnej.
W programie „cook classes” były sajgongi smażone w głębokim tłuszczu, kurczak w sosach i ryż w liściach lotosu, a następnie konsumpcja tego, co się samemu przygotowało. Wszystko skrzętnie zanotowałem i nie mam cienia wątpliwości – jak tylko wrócę, na najlepsze sajgonki w Warszawie będzie się jeździć do Chyliczek.
Zaraz po obudzeniu się sprawdziłem, czy całe to towarzystwo, które chciało mi się władować do pokoju poprzedniego wieczoru, kiedy wracałem z ostatnim drinkiem - to znaczy gekony, komary, latające karaczany i koniki polne - nie wyrządziło zbyt dużych spustoszeń na moim ciele. Na szczęście baldachim-moskitiera, którą rozwinąłem przed zaśnięciem spełnił swoją funkcję.
Na śniadanie, po raz pierwszy w Wietnamie, odważyłem się oprócz jajecznicy zjeść wietnamską zupę. Bun Bo Hue.
Nasz ostatni wspólny dzień, rozpocząłem z troską o kondycję fizyczną i udałem się na przejażdżkę rowerową po okolicy. A potem sprawdziłem jaki wpływ na stopy kolarza mają wietnamskie masaże. Muszę przyznać że masaż stóp ma jedną przewagę nad „full body massage” - można podczas niego popijać herbatkę i przeglądać polską prasę.
Na obiad postanowiłem spełnić swoje dawne marzenie z dzieciństwa: zjeść samemu całego arbuza bez konieczności dzielenia się z nikim - nawet ze swoim młodszym bratem.
Po wczesnym obiedzie wsiedliśmy z państwem Szwarc do naszej taksówki, która zawiozła nas z powrotem do Sajgonu.
Zaczęliśmy od zwiedzenia muzeum wojny. Bez dwóch zdań, można tu utwierdzić się w przekonaniu, że żadna wojna raczej sensu nie ma - a już z całą pewnością ta, która miała tu miejsce w latach sześćdziesiątych.
Po smutnej wizycie w muzeum, poszliśmy do największego targu Sajgonu, na którym do kupienia jest wszystko, co przyjdzie do głowy. Maciek uparł się, że spróbuje owocu duriana. No i było już wiadomo, że z całowania tego wieczoru raczej będą nici. A przecież mogło być tak fajnie 🙂
Na pożegnalną kolację państwo Szwarc zasugerowali wprawdzie elegancką, ale jednak wegetariańską restaurację. Jako zdeklarowany i czynny mięsożerca, w sprawach niejedzenia mięsa raczej nie idę na kompromisy. Dałem się jednak namówić, w zamian za przewiezienie do Polski mojego słomkowego kapelusza. Muszę przyznać jednak, że zarówno knajpa jak i jedzenie było wybitne. A jeśli w ogóle do czegoś można się przyczepić, to wyłącznie do braku mięsa.
Zamówiliśmy: zupę bambusową, rolki kapuściane, kolokazję z chili i trawą cytrynową, kłębian kołkowaty z tofu i kokosem, hot pot z rosołem, makaronem, warzywami i makaronem oraz owocowe żelki. Wszystkim się podzieliliśmy, jakbyśmy byli jedną, chociaż niekompletną wietnamską rodziną.
Około dwudziestej pierwszej, kiedy państwo Szwarc zaczęli wkładać sobie zapałki do oczu, poszliśmy jeszcze na drinka. Trafiliśmy akurat do zdecydowanie europejskiego baru przy restauracji, w której serwowano naprawdę dobrze wyglądające steki. Cieszyłem wzrok, popijając whisky.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm