1/100

Mój blog

Moje wielkie azjatyckie resetowanie
Kilka tygodni temu mój pracodawca stanowczo zasugerował mi konieczność odbycia dłuższego urlopu. Po krótkich negocjacjach uzgodniliśmy, że urlop jest mi rzeczywiście potrzebny oraz że będzie trwał dwanaście miesięcy - ale za to bez możliwości powrotu.
Pożegnania że współpracownikami trwały przez dziewięć dni z rzędu - prawie jak wesele w sułtanacie Brunei. Na szczęście moja wątroba okazała wyjątkową wyrozumiałość, a ja doszedłem do wniosku, że odchodzenie nie jest dla mięczaków i wymaga końskiego zdrowia.
Dziś, jak mówią informatycy, naduszam wielki przycisk z napisem "RESET" i sącząc whisky z colą, czekam na Charles de Gaulle na samolot, który w trzynaście godzin przeniesie mnie na równik, gdzie w najbliższych tygodniach zamierzam się stanowczo i wyłącznie oddawać azjatyckim przyjemnościom...
Trzynastogodzinny lot w klasie ekonomicznej to nie jest to, co króliczki lubią najbardziej. Na szczęście trafiłem na ostatnie miejsce w środkowym rzędzie przy przejściu, więc bez znaczącego wpływu na moich współpasażerów, mogłem mniej więcej co godzinę robić kilka pompek i przysiadów, dzięki czemu z samolotu wyszedłem o własnych siłach.
Obok mnie siedziało młode, francuskie małżeństwo. Byli tak wpatrzeni w siebie (zakochani, czy co?), że wiedziałem, że z naszej rozmowy nic nie wyjdzie. Miałem dzięki temu czas, aby od deski do deski przeczytać poradnik "jak zostać pisarzem" na moim nowym kindlu. Interesujące.
Singapur przywitał mnie wilgotną ścianą gorąca. Na to można tu liczyć przez okrągły rok. Jak przeczytałem w przewodniku, najniższą temperaturę w historii zanotowali tu w 1934 roku i było to 19,4 stopnia, czyli temperatura, za którą dziękuję się bogu na wczasach w Łebie.
Mam wyjątkowe szczęście do gadatliwych taksówkarzy. Ten, który wiózł mnie do hotelu, w czasie dwudziestominutowej drogi do hotelu opowiedział mi całą historię państwa Singapur, ale niestety z polskiej listy papieży i pianistów kojarzył tylko Lewandowskiego.
Po przybyciu do hotelu niezwłocznie udałem się na pięćdziesiąte siódme piętro, aby popływać i obejrzeć najlepszą panoramę miasta. Oczy przed zamknięciem powstrzymywałem margeritą, a pojawiający się głód postanowiłem zaspokoić w chińskiej dzielnicy.
Do Chinatown zawiózł mnie dobry znajomy Uber. Singapurskie Chinatown jest inne niż wszystkie, które dotąd widziałem. Jest tu zwyczajnie czysto. To pewnie efekt hopla na punkcie czystości i porządku jakiego tu mają wszyscy.
Na kolację zjadłem typowe singapurskie dania. Zupa laksa - gęsta, coś pomiędzy smakiem curry i rybnej. Makaron, jajko, kawałki chrupiącego naleśnika, krewetki i coś, co przypominało plastry ośmiornicy, ale smakowało zupełnie inaczej - z kelnerką nie doszliśmy niestety do porozumienia, co to było.
A potem "singapure chilli crab". Nigdy nie jadłem kraba tej wielkości i bałem się wnętrzności. Okazało się jednak, że je usunięto przed podaniem. Długo z nim walczyłem i nie odpuściłem żadnej odnodze.
I zupa i krab - niebo w gębie.
Hotelowe śniadanie było przebogate. Mając jednak do wyboru chińskie, malezyjskie i hinduskie dania, które ni jak nie kojarzą mi się z pierwszym posiłkiem dnia, wybrałem jajecznicę z bekonem, a po dobrej porcji tłuszczu, białka i węglowodanów zaszalałem z kopiastym talerzem egzotycznych owoców o nieznanych mi nazwach i smakach. Najciekawszy - jak później wyczytałem w internecie - był owoc pitaja. Wyglądał jak burak z poutykanymi ziarenkami czarnego sezamu - miękki i słodki, o smaku i konsystencji przypominający polskie kiwi.
Zwiedzanie Singapuru rozpocząłem od spaceru po ogrodach z tymi charakterystycznymi wieżami w kształcie trąbki, porośniętymi roślinami, które można znaleźć na każdej widokówce stąd. Wszedłem też do dwóch ogromnych pawilonów przykrych dachem przypominającym warszawskie Złote Tarasy. W pierwszym zamknięto kawałek dżungli z wodospadem. A w drugim jakąś gigantyczna kolekcję drzew, kaktusów i tulipanów. Podczas spaceru dało się słyszeć delikatną muzykę (zdaje się, że Morricone, ale bez żony nie jestem dobry w rozpoznawaniu co gra) i byłoby to naprawdę fajne doznanie, gdyby nie zyliard pstrykających aparatów fotograficznych wokół.
Następnym punktem programu było singapurskie diabelskie koło. Może nie tak wielkie jak London Eye, ale widok z góry zapiera dech. Byłem zafascynowany mechanizmem działania tego cudu techniki i nie omieszkałem podzielić się swoim zachwytem z właśnie poznanym australijczykiem, dla którego Singapur był również pierwszym przystankiem w długiej podróży - tyle że w przeciwną stronę globu. Odpowiedział: "nie ważne jak to działa, ważne, że dobrze wydaliśmy nasze pieniądze" - znaczy się filozof, a wyglądał na inżyniera.
W drodze na wyspę Santosa poznałem singapurskie metro. Nowoczesne i czyste. Jedyne do czego można się przyczepić to brak grajków zarabiających do kapelusza i przepowiadaczy końca świata. Za picie i jedzenie grozi kara pięćset dolarów singapurskich, więc Krysia Pawłowicz ze swoimi sałatkami miałaby tu spory problem. Trzy czwarte ludzi tu to chińczycy, a reszta twarzy ma rysy malajskie, hinduskie, lub rysy turysty. Oprócz turystów, wszystkich łączy jedno - są szczupli. Główny słyszalny język to mandaryński (jak na całym globie z resztą), ale pisany to oczywiście angielski, chociaż często obok napisów w języku angielskim można zobaczyć również mandaryński i ten śmieszny tamilski.
Do wyspy Santosa można się dostać albo pociągiem albo kolejką linową. Ja wybrałem ten drugi środek lokomocji. Kolejka jest zawieszona na 50 metrach, ale wsiadając do niej nie da się uniknąć reminiscencji narciarskich z Dolomitów - gondolki są identyczne, sprawdziłem wyprodukowała je ta sama firma co większość we Włoszech - Doppelmayr.
Wyspę opanowały amerykańskie ikony konsumpcji: Universal Studios, Starbucks, KFC, itd.
Jak na dużego chłopca przystało, wybrałem tor wyścigowy. Zjazd w dół prymitywnym, dwufunkcyjnym wehikułem - skręca i hamuje, a cały fun bierze się z grawitacji. Powrót do bazy narciarskim krzesełkiem, do którego doczepiają twój pojazd.
A potem jeszcze wizyta w akwarium - zrobionym z dużym rozmachem. Na obiad oparłem się KFC i w Malezian Street Food wybrałem mątwę z wilcem wodnym, sezamem, orzechami i słodkim sosem (cuttlefish with green kang kong, sezame and crushed peanuts) - dobre, ale dupy nie urwało - jak jedzenie w centrum handlowym.
Kolację zaplanowałem w Little India. Pomyślałem o jakimś tikka masala w singapurskim wydaniu. Dzielnica indyjska, mimo że zgodna z moim wyobrażeniem o Indiach, w których nigdy nie byłem, okazała się jednak niezgodna z moją estetyką miejsca do jedzenia. Zamiast zjeść odwiedziłem islamską świątynię i salon tajskiego masażu. A na kolację zjadłem kilkaset metrów dalej "bak kut tech", co w wolnym tłumaczeniu oznacza herbatę ze świńskich kości. A tak naprawdę był to pyszny rosół z żeberkami, kapustą, grzybami i chrupiącymi naleśnikami.
Przed snem skoczyłem jeszcze na piwo do pobliskiego baru z chińskim karaoke. Tego się nie da jednak opisać, więc nawet nie będę próbował. Na szczęście barman dał się uprościć i na kilka kawałków przełączył się na amerykańskie przeboje. Nie przewidział, że w Europie też potrafią karaoczyć..
Drugą i ostatnią noc spałem w hotelu bez śniadania, więc jak tylko zerwałem się z łóżka poszedłem w miasto w poszukiwaniu kawy i jedzenia. Tuż przy hotelu znalazłem prawdziwie azjatycką knajpeczkę z latte i hamburgerem, w którym zamiast wołowiny był placek ziemniaczany oraz bekon, ser i jajko. Plus obowiązkowe frytki z keczupem.
A kolejne dwie godziny, aż do wymeldowania, spędziłem przy basenie z sobotnim wydaniem gazety wyborczej na kindlu (ciekawe rzeczy tam się u Was dzieją). Świeciło okrutne słońce i do pokoju wróciłem z zupełnie innym kolorem skóry. Jak tylko wstałem z leżaka, nie wiedzieć skąd zerwała się straszna ulewa, więc w drodze do metra, które miało mnie zawieźć na lotnisko, musiałem się schować, aby przeczekać nawałnicę. Akurat napatoczył się salon fryzjerski. Moja świętej pamięci Mama, zawsze powtarzała mi, że mam okrąglutką główkę, dzięki temu, że kiedy byłem niemowlakiem, zawsze kładła mnie spać na brzuszku. Nigdy nie miałem odwagi pochwalić się światu tą okrągłością – no ale tu, z dala od świata, to zupełnie inna sprawa. I tak oto upodobniłem się do mnicha, a w połączeniu z przywdzianą dziś pomarańczą, myślę, że bez problemu odnajdę swojego Siwę.
Na lotnisku pojawił się mały problemik. Przy odprawie, bardzo miła pracownica linii lotniczych poinformowała mnie, że nie może wpuścić mnie do Malezji bez okazania biletu na wylot z tego kraju. A ja niestety nie miałem tego biletu. Do zamknięcia bramki, czyli na kupienie tego biletu zostało mi jakieś 45 minut. Zacząłem od kawy w Starbucks i znalezieniu internetu – co nie było trudne, bo na lotnisku w Singapurze jest bezpłatny internet. Kupiłem bilet, a potem nerwowo odliczałem minuty do maila z biletem – „kiwi.com” deklaruje, że zrobi to do 60 minut od kupienia biletu. Na szczęście zrobili to po 15 minutach, dzięki czemu mogłem wejść na pokład.
Lot na Langkawi trwał godzinę dwadzieścia. Siedziałem obok brytyjskiego małżeństwa w moim wieku. Ona przez całą drogę patrzyła w okno, a on przez całą drogą prawą ręką przewracał kartki w książce, którą czytał, a lewą ręką czule masował jej przedramię. Kurczę, mam wrażenie, że do Azji i w Azji latają wyłącznie zakochani. A a’propos przytulania, to przeczytałem dziś, że pobudza ono dużą powierzchnię skóry, dzięki czemu w przysadce mózgowej uwalnia się oksytocyna, która powoduje uspokojenie, zaufanie i poczucie bezpieczeństwa. Muszę czym prędzej znaleźć kogoś do przytulania.
Malezyjskie linie lotnicze są ponoć jednymi z najbezpieczniejszych. Pomimo tego, że ze wszystkich wyprodukowanych Boeingów 777, do kasacji poszły trzy z czego dwa malezyjskie, no ale z drugiej strony jednego z tych dwóch nie odnaleziono, a drugi został zestrzelony nad Ukrainą. W każdym razie mój Boeing szczęśliwie wylądował na malezyjskiej wyspie o 17:20.
Pierwsza obserwacja: w Malezji zdecydowana większość kobiet chodzi w chustach, a sporo w burkach. To w końcu muzułmański kraj. Wiz wprawdzie nie trzeba, ale kolejka długa, bo każdemu robią zdjęcie i pobierają odciski palców – w szczególności dzieciom, które jak wiadomo są pierwsze do zbrojenia czegoś.
Taksówki nie da się zwyczajnie wziąć. Trzeba stanąć w kolejce do specjalnego okienka, a po odstaniu swojego mówi się nazwę hotelu, a Pani wystawia specjalny kwit z numerem taksówki i pobiera kasę. Z kwitem idzie się na postój i szuka taksówki z numerem na kwicie. Trochę przypomniał mi się Bareja.
Do hotelu miałem 22 kilometry. Langawi to największa z wysp archipelagu o tej samej nazwie składającego się z ponad stu wysp w większości nie zamieszkanych, tuż przy granicy z Tajlandią.
Na wszystkich tych wyspach mieszka pod sto tysięcy ludzi, z czego osiemdziesiąt procent to Malaje. Moje miasteczko to Kuah. 30 tysięcy mieszkańców. Przeszedłem je całe, wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu jakiejś fajnej kolacji. To trochę nie mój klimat. Czuję się tu jak w Egipcie. W przewodniku wyczytałem, że to rajska wyspa, strefa wolnocłowa i imprezy do białego rana. Strefa wolnocłowa jest. W egipskim wydaniu. Możesz kupić alkohol - ale tylko jeśli pokażesz paszport - i wypić go w pokoju hotelowym – bo to przecież muzułmański kraj. Ani w knajpach, ani w hotelu, alkoholu nie uświadczysz. Na szczęście, przed godziną dwudziestą drugą, kiedy całe to miasteczko zamiera, zdążyłem zjeść (rybę w chili, czosnku i limonce, zupę Tom Yum i smażone krewetki), dać się wymasować (młoda malajka wiedziała jak się do tego zabrać) i kupić butelkę scotch whisky (22 PLN za 0.7). No i w hotelu zrobiłem mała imprezę. Wprawdzie nikt nie przyszedł, ale i tak było fajnie.
Na śniadanie w moim islamskim hotelu objadłem się orientalnymi dziwactwami. Musiałem też mocno nawodnić organizm, po wczorajszym, wieczornym odreagowaniu braku alkoholu na mieście - w pokoju na szczęście go nie brakowało.
Po śniadaniu zapakowałem plecak w niezbędne akcesoria: kąpielówki, okulary, kindla i wynegocjowałem z podhotelowym taksówkarzem dobrą stawkę za całodzienne wożenie po wyspie.
Azir, który stał się na dziś moim kompanem w podróży, okazał się być skromnym i przesympatycznym przewodnikiem. Opowiedział mi o ponaddziewięćdziesięcioletnim królu Abdulu, który wyznacza standardy religijne, swojej ślicznej żonie Arrissie, która jest nauczycielką w szkole za 1400 ringgitów (jeden riggit to prawie 1 złoty) i o córeczce Aishy, którą codziennie odwozi do szkoły. Azir modli się pięć razy dziennie i przyjął ze zrozumieniem, że my, katolicy chodzimy do kościoła raz w tygodniu. Jego żona, jak większość kobiet na wyspie musi zakrywać nogi i ręce, a na głowie nosić chustę, zwaną tudung. Azir wytłumaczył mi, że burki, których jest tu też trochę, noszą jedynie turystki z bliskiego wschodu.
Zwiedzanie wyspy zaczęliśmy od wizyty w uroczym ZOO. Potem przejażdżka motorówką do morza z fajnymi widokami, karmieniem ryb i orłów, jaskinią z nietoperzami.
Potem udaliśmy się w najdalszy i najdzikszy kraniec wyspy, gdzie według Azira znajdowała się najładniejsza plaża.
Zanim do niej dotarliśmy, wyrósł przed nami Four Season Resort – tak, co ładniejsze hotele nazwane są tu „resortami”. Postanowiłem zjeść tam obiad. Ośrodek zajmował ogromy teren. Długo szukałem recepcji – no może nie specjalnie mi się śpieszyło ją znaleźć, szedłem okrężną drogą przez plażę, z krótką drzemką na hamaku. Niestety, na recepcji okazało się, że hotelowe restauracje są „overbooked” i nie znajdą dla mnie miejsca. No cóż, najwyraźniej, coś w moim angielskim, albo stroju było nie tak.
Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło – zaprosiłem mojego przyjaciela Azira, na obiad w tanim barze przy plaży - jedynym z resztą w tej okolicy. On zamówił Hokkien Mae Mee (makaron z krewetkami), a ja kokosa i dwie zupy: tajską Tom Yum i malezyjską, która też miała w nazwie Mee. Wszystko było pyszne. Rozmawialiśmy o malezyjskim systemie edukacji.
Po obiedzie, przez kilka godzin plażowałem. Piaskiem wygrywa Łeba, temperaturą wody i powietrza oraz widokami – Langkawi. Niestety największa atrakcja wyspy, jeden z powodów, dla których tu przyjechałem, czyli wjazd gondolą na 700 metrową górę porośniętą dżunglą i przechadzka podniebnym tarasem, była nieczynna z powodu renowacji i przygotowań do sezonu – w Malezji trwa w tej chwili najniższy sezon turystyczny.
W drodze powrotnej, Azir pokazał mi jeszcze targ malezyjski pełen prawdziwych cudów, na którym młoda para muzyków z Argentyny zbierała na wycieczkę po świecie – ona wiolonczela, on gitara.
Na koniec dnia Azir odstawił mnie na kolację w formule „zjedz co złowisz”. Ja już wprawdzie bardzo dawno skończyłem z wędkowaniem, ale w tej restauracji, okazało się to bardzo proste – kelner wyławia jedzenie podbierakiem z akwarium. Poprosiłem o dwie mantis prawn i rybę hybrid grouper, czyli jak później przeczytałem w internecie krewetki modliszkowe, które potrafią naśladować odgłosy innych krewetek i granika hybrydowego, którego stworzyli Malezyjczycy metodą in-vitro przez połączenie jajeczek granika tygrysiego ze spermą granika wielkiego. Trochę to przerażające, ale smakował wyśmienicie – trochę jak nasza kargulena.
No i wróciłem do pokoju, gdzie czekała już na mnie kolejna butelka zmrożonej blended scotch whisky...
Po śniadaniu, prom w trzy godziny przeniósł mnie prawie dwieście kilometrów niżej na południe, na wyspę Penang, zwaną Wyspą Księcia Walii, którą Brytyjczycy kupili od tutejszego sułtana pod koniec osiemnastego wieku i zwrócili dopiero w 1957 roku.
Prom przypłynął do największego miasta wyspy – Georgetown. Pobyt na wyspie rozpocząłem od obiadu w jednym z Food Court, których tu pełno – są to takie zadaszone jadłodajnie, w których za grosze sprzedają na świeżo przygotowane jedzenie. W ogóle jeśli chodzi o jedzenie, to i tu i w całej Malezji wydaje się, że jest ono głównym sensem życia ludzi. Opcji na jedzenie, knajpek, ulicznych stoisk, mobilnych jadłodajni, sklepików, budek jest tu zatrzęsienie.
Mój hotel, w samym centrum ma jedną wadę – jest tu całkowity zakaz wnoszenia owoców duranu, ale za to w kibelku odkryłem moje ulubione urządzenie rodem z Japonii, tryskające ciepłą wodą dokładnie tam gdzie trzeba, dokładnie w tym momencie, w którym zechcesz.
Całe popołudnie snułem się po uliczkach w okolicy centrum. Miasto ma niebywały, kolonialny urok. Wygląda tak, jakby czas się tu zatrzymał, a wiele budynków pamięta czasy wiktoriańskie. Miasto jest mieszanką kultur i smaków: chińskich, hinduskich, islamskich i malezyjskich. Jest tu mnóstwo świątyń – w odległości kilkudziesięciu metrów od siebie widziałem kościół anglikański, świątynię buddyjską i meczet.
W jednej z buddyjskich świątyń zapaliłem kadzidełka, a do rozpalonego pieca wrzuciłem plik kartek z mantrami. Kiedy wchodziłem do tej świątyni, zaczepił mnie stary chińczyk i zapytał skąd jestem. Powiedziałem, że z Polski. A on na to, jakby pytając: „Poland. Warsaw?”. Odpowiedziałem, że tak. Kiedy wychodziłem, stary chińczyk ciągle tam stał i znów mnie zaczepił pytając: „Poland communism finished?”. Odpowiedziałem mu, że tak i to trzydzieści lat temu. Przyjął to z wyraźną ulgą, a ja mam satysfakcję, że mogłem mu tę nowinę przywieźć.
Spragniony i zmęczony upałem zrobiłem sobie przerwę na piwo. W przeciwieństwie do islamskiej wyspy Langkawi, wyspa Pendang jest zdecydowanie bardziej chińska, dzięki czemu z alkoholem nie ma tu najmniejszego problemu. Wszedłem do Beer Garden pełnego leciwych chińczyków i zamówiłem swoje ulubione już piwo w Malezji – Tiger. Barman mi je podał, a potem zaczął się kręcić po knajpie, podszedł do mnie, poklepał po plecach i powiedział „You good man” i zaczął mi masować kark. Pomyślałem, że pewnie masaż był w cenie piwa i delikatnie podziękowałem. Zwłaszcza, że moim planem na dzisiejszy wieczór był masarz u profesjonalistki. Mój barman nie dawał jednak za wygraną: „You need girl?”. I wtedy zauważyłem, że sprzedaż piwa nie jest głównym źródłem zarobkowania tego ogródka. Taka oto historia mi się dziś przytrafiła.
Przed wyjazdem kupiłem gruby przewodnik o ośmiu krajach Azji południowo-wschodniej, w którym polecili trzy knajpy w Georgetown. Wybrałem jedną z nich na dzisiejszą kolację. Była godzina dwudziesta, a ja byłem jednym klientem. Ale skoro już wszedłem, to głupio było wychodzić. Kiedy jadłem, ośmiu kelnerów w pustej sali wpatrywało mi się w talerze. Jedzenie bajeczne: zupa indonezyjska z krewetkami, zupa seczuańska z tofu i grzybami oraz kaczka.
Mam tylko jedną uwagę do jedzenia w Malezji. Kiedy zamawiam więcej niż jedno danie – prawdę mówiąc jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się zamówić tylko jednego – to zawsze podają mi te wszystkie dania jednocześnie – no i wtedy to ostatnie, jest już zimne, kiedy zaczynam je jeść. Muszę chyba zmienić technikę zamawiania: zamiast „zamawiam, zamawiam, zamawiam, jem, jem, jem” będę od dziś stosował technikę: „zamawiam, jem, zamawiam, jem, zamawiam, jem” 🙂
Po dobrym śniadaniu, odebrałem moje świeże półtora kilograma ciuchów z pralni, a raczej z "laundry service", jak brytyjska królowa nakazała nazywać Malezyjczykom tę usługę.
Potem zwiedzałem rezydencję azjatyckiego Rockefellera – Cheong Fatt Tze, który był ministrem handlu i najbogatszym chińczykiem swojego pokolenia. Należała do niego połowa chińskich banków, budował linie kolejowe, produkował wino. Miał osiem żon, niezliczoną ilość dzieci, a ostatniego syna spłodził w wieku 74 lat, w 1914 roku, dwa lata przed śmiercią, przed którą - co ciekawe - nie uratowała go fortuna, którą jego synowie roztrwonili błyskawicznie. Swojej rezydencji – The Blue Mansion, która robi wrażenie rozmachem i wykwintnością, zabronił sprzedawać rodzinie, aż do śmierci swojego ostatniego syna, co nastąpiło w 1990 i co pozwoliło malezyjczykom przywrócić blask temu miejscu.
Po zwiedzaniu wsiadłem w autobus i udałem się za miasto do miejscowości Batu Feringhhi, gdzie jak wyczytałem w przewodniku, znajduje się największe kąpielisko wyspy z plażami i mnóstwem turystów.
Szybko stamtąd uciekłem. Zdążyłem tylko zjeść obiad. Był tam taki mały bar wypełniony starszawymi brytyjczykami sprawiającymi wrażenie jakby stołowali się tam jeszcze za Churchila. W otwartej kuchni uwijała się młoda Chinka. Stałem przez kilkanaście minut jak zahipnotyzowany, oglądając jak obraca woka nad gazem. Zamówiłem tom yum - tym razem w chińskim wydaniu i malezian chicken curry, a potem próbowałem rozpoznać i zapamiętać wszystkie składniki tych dań, które wrzucała na ogień. Było boskie.
Po obiedzie, najlepiej poinformowany, czyli taksówkarz, powiedział mi, że jeśli chcę zobaczyć naprawdę fajną plażę, to on mnie może zawieźć do łódki, która mnie tam zabierze. Ustaliliśmy cenę - bo w Malezji cenę za taksówkę należy ustalać przed jazdą i to niezależnie od tego, czy w środku jest taksometr, czy też nie.
Po dziesięciominutowym rejsie, kapitan motorówki wysadził mnie na Monkey Beach - dziewiczej plaży, zamieszkanej kilkunastu backpackersów i małpy. Miejsce zdecydowanie wyglądało na omijane przez turystów z walizkami na kółkach. Mieszkańcy mieli tu wszystkie niezbędne do życia, chociaż prymitywne i zapewne zbudowane własnymi rękoma obiekty użyteczności: bar, knajpka i boisko do siatkówki na plaży.
Niezwłocznie udałem się do baru. I tam poznałem Dawida, który przedstawił się jako "Dawid, ale nie Beckham". W krótkiej rozmowie, w której dowiedziałem się, że przyjeżdżający tu Rosjanie zaczynają pić dopiero od dwunastej, a Australijczycy jak tylko zwleką się z łóżka, David-No-Beckham szybko odwiódł mnie od pomysłu oglądania małp w dżungli, a moje życie stało się jeszcze szczęśliwsze już w ósmej minucie od chwili, kiedy go poznałem. A to za sprawą ziołolecznictwa, którego Dawid-No-Beckham był gorącym entuzjastą i skutecznym propagatorem.
Kolejne trzy godziny spędziłem na hamaku, tuż za ladą baru Dawida-No-Beckhama, który puszczał „I shot the sheriff”, „Every little thing is gonna be alright” i „Don’t be afraid, people don’t shoot”. I to były jedne z najfajniejszych trzech godzin tego wyjazdu.
Kolację zjadłem przy jednej z najpiękniejszych uliczek starego miasta Georgetown – Armenian Street. Knajpa z kuchnią peranakan, wymyślona przez chińskich emigrantów, którzy połączyli chińską kuchnię z malezyjskimi przyprawami. Zamówiłem cucur udang (frytki z krewetek i fasoli, smażone w maśle z tofu i ogórkiem), jawi bamieh (jagnięcina z pomidorami i przyprawami peranakan, okrą i chlebem Benggali), oraz jogurt z mango i deser (red velvet galletes with cream cheese). Kocham Pedang.
A potem tylko masaż stóp, w miejscu w którym już uznali mnie za stałego klienta i szklaneczka whisky przed snem.
Dziś postanowiłem pozwiedzać. Wprawdzie niczego innego przez ostatnie dni nie robiłem, no ale przecież trzeba mieć jakiś plan.
Autobusem numer 203, za dwa riggity, czyli niecałe dwa złote udałem się do największej buddyjskiej świątyni w Malezji – Kek Lok Si. To miejsce pielgrzymek buddystów z tej części Azji. Jest to tak naprawdę kompleks wielu świątyń z trzydziestometrowym buddą z brązu na szczycie i pagodą w pierwszej trzeciej - chińskiej, w drugiej trzeciej tajskiej i w trzeciej trzeciej – birmańskiej. Ilości sklepów z dewocjonalnami nie powstydziłaby się żadna polska parafia.
Zwiedzenie zajęło mi ze dwie godziny. W 35 stopniowym upale to naprawdę nie jest łatwe, zwłaszcza, że do przejścia jest niezliczona ilość schodów.
W międzyczasie raczyłem się sokiem wyciskanym z bambusa. Wyciskają go specjalnym urządzeniem i podają w torebce foliowej z lodem, do której przywiązują sznurek, żeby łatwo to było nosić. Wygląda to trochę jak próbka moczu do analizy, jest pierońsko słodkie, ale doskonale gasi pragnienie.
Poznałem też nowy owoc – soursop, którego polska nazwa, jak mówi internet, to: flaszowiec miękkociernisty, graviola lub guanabana. Robią z niego całkiem smaczny sok, który w smaku nie przypomina niczego, co dotąd jadłem / piłem. W ogóle miejsc, w których można tu kupić owoce, czy soki jest tu w bród, a najbardziej popularne są stoiska na kółkach, w których właściciel wykrawa co najlepsze i podaje woreczkach z patyczkiem do szaszłykowania.
Na obiad zjadłem char kway teow – trochę tłustawy, ale wyborny makaron ryżowy z jajkiem, krewetkami, ośmiornicą, kiełkami, wieprzowiną, tofu. Bezapelacyjnie, po powrocie do kraju niezwłocznie nakażę rodzinie wpisać to danie do codziennego menu.
Mają tu także swoją Gubałówkę, czyli siedemset metrowy, najwyższy szczyt na wyspie, na który wjeżdża się kolejką do złudzenia przypominającą tę z Zakopanego. Z góry rozpościera się przepiękny widok na całą wyspę. Dopiero tam widać, jak bardzo jest zurbanizowana – na trochę ponad dwustu kilometrach kwadratowych mieszka prawie milion ludzi.
Po powrocie do miasta, z okazji urodzin zaprosiłem syna na piwo. Dzieli nas wprawdzie prawie dziewięć tysięcy kilometrów, ale dzisiejsza technologia potrafi zdziałać cuda. Proponowałem mu deal – oddaje swoje dwadzieścia jeden lat w zamian za uroki Azji. Niestety nie zgodził się. Naiwniak.
Kolację zjadłem u Hindusa – była to ostatnia kuchnia z kuchennego kłębowiska na Penang, której jeszcze nie próbowałem. Hotelowy concierge polecił mi restaurację Kaszmir. Zamówiłem tandori chicken, keema gosht mutter (baranina z zielonym groszkiem) i placki naan, a na deser pudding ryżowy. Poezja.
Po kolacji żegnałem się z wyspą, z pokładu rikszy prowadzonej przez wysportowanego, ponadsiedemdziesięcioletniego chińczyka, który na zakończenie dnia zawiózł mnie na dwugodzinny masaż tajski, bo jak masaż, to po tajsku.
Z samego rana, za pomocą malezyjskich linii lotniczych opuściłem piękną wyspę Penang i przeniosłem się do mojego ostatniego przystanku w Malezji - Kuala Lumpur.
Z lotniska do centrum jedzie się jakieś trzydzieści minut szybkim pociągiem, a potem parę przystanków metrem do hotelu. Ten ostatni etap okazał się nie lada wyzwaniem. Po pierwsze, zamiast biletów są tu żetony, które każdy rozsądnie myślący człowiek chciałby wrzucić do jakiejś dziurki przy bramce i jej bezskutecznie poszukuje. A je się zwyczajnie przykłada do czytnika - jak bilet. A po drugie, do każdej linii metra na Sentral Station jest inne wejście, więc na chwilę zupełnie straciłem nadzieję, że będę dziś spał w łóżku.
W hotelu okazało się, że mój pokój ma jakiś problem z byciem gotowym dla mnie, przez co najbliższą godzinę spędziłem w centrum handlowym, do którego jest przyklejony mój hotel. Zjadłem tam całkiem dobre sushi. Malezyjska Galeria Mokotów okazała się niczym nie odbiegać od warszawskiej - no może z jedną różnica - food court jest jakieś dziesięć razy większe. No ale przecież jestem w kraju, w którym na powitanie zamiast "jak się masz" mówi się "czy już jadłeś".
W ramach rekompensaty z tytułu oczekiwania dostałem większy pokój. Niestety, okazał się to być jakiś królewski apartament - jak już wstawiono mi do niego walizkę, to miałem problem, żeby ją odnaleźć w tej plątaninie komnat. Pomyślałem jednak, że jakoś przecierpię tę jedną noc i jeśli nie zechce mi się siku, to jest szansa się nie zgubić.
No i wyruszyłem w miasto, zaczynając od największej atrakcji KL, jak mówi każdy przewodnik, czyli od Petronas Towers. Po drodze kolejny kierowca Ubera w Malezji potwierdził, że najlepszym, chociaż jedynym znanym przedstawicielem naszego narodu jest mój imiennik Lewandowski. Byłem zły, bo na Petronas Towers, który przez sześć lat, do 2004 roku, był najwyższym budynkiem świata skończyły się bilety. A ponieważ ja tego dnia musiałem zrobić coś, co mnie zabierze prawie do nieba, to wspiąłem się, a może raczej dałem się wwieźć, na taras widokowy, dopiero siódmej na świecie pod względem wysokości, wolnostojącej wieży. Widok obłędny.
Potem dłuższy spacer, najpierw po najstarszej części miasta z kolonialnymi dowodami obecności brytyjczyków i hindusko-islamskiej architekturze, a potem po Chinatown nie wiedzieć kiedy zmieniającą się w Little India - każda szanująca się metropolia w tej części Azji ma te dwie dzielnice i do tego nie wiedzieć czemu sąsiadujące że sobą.
Przed kolacją stanąłem przed nie lada dylematem. Jak ta żaba, która nie może się rozdwoić, nie mogąc zdecydować się, czy jest mądra, czy raczej piękna. Zmęczony tym ciągłym wsiadaniem do Ubera, głodny i spragniony znalazłem się z nienacka w pasażu eleganckich restauracji i barów, wypełnionych po brzegi Malezyjczykami próbującymi wmówić tu sobie, że nie są obywatelami Azji. A tuż przed wejściem do tej mekki zachodniej konsumpcji minąłem ogromną, ale wyglądającą na prawdziwą i swojską, chińską restaurację. No i pojawił się problem: gdzie usiąść. Mała burza mózgu i problem rozwiązany: zjadłem u chińczyka, a wypiłem u Europejczyka.
Muszla kraba nadziewana krabem, wieprzowiną, cebulą i pieczarkami, zupa tajska ze wszystkim, wieprzowina w sosie sojowym. Boże, jakież to było dobre. Jestem wkurzony, zły i jest mi niedobrze na myśl, że niedługo nie będę już mógł mieć tego wszystkiego na wyciągnięcie ręki. A może jednak pieprznąć to wszystko i nie wracać ? Muszę się jeszcze zastanowić...
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm