1/100

Mój blog

New York, New York
Jakieś trzysta lat po tym jak zrobili to Anglicy, teraz my planujemy zdobyć miasto, które nigdy nie zasypia.
Nasza banda to wprawdzie tylko: Mateusz, Julia i ja, nie mamy jednak żadnej wątpliwości, że Nowy Jork będzie przez nas wzięty.
Ponieważ rzeczy, które będziemy tam robić raczej nie są dozwolone dla dzieci albo są zdaniem niektórych zbyt nudne, więc Maja i Sylwia musiały zostać w domu.
Popijamy właśnie whisky z colą (mama się nie martwi - Jula nie popija) w oczekiwaniu na naszego dreamlinera...
Lot trwał dziewięć godzin. Upłynął jednak jak z bicza strzelił, dzięki nowo zawartej znajomości z Maćkiem - rzeszowiakiem od trzydziestu lat mieszkającym w Queens i kulinarnym youtuberem, z którym przegadaliśmy całą podróż.
Ameryka przywitała nas godzinną kolejką do urzędników immigration services, samoobsługowymi automatami do pobierania odcisków palców i telebimami z przemówieniami Obamy.
Na lotnisku czekał na nas Pan Edek, który nie pozwolił nam zasnąć bawiąc nas rozmową i wioząc nas do odległego o 130 km Millbrook do przepięknej posiadłości Agnieszki i Witka. Agnieszka to moja serdeczna przyjaciółka ze szkolnej ławy. Chodziliśmy razem do liceum imienia czeskiego komunisty - Gottwtalda.
Wieczór, a w zasadzie noc spędziliśmy przy winie rozmawiając o przyszłości Polski, Ameryki i Świata.
Niedzielę zacząłem od joggingu. Okolica sielska, lasy dębowo-bukowo-klonowe do złudzenia przypominają nasze Mazury. Z rzadka trafiał się dom, a jeszcze rzadziej samochód, zawsze jednak z pozdrawiającym ręką kierowcą.
Na śniadanie produkty od lokalnych farmerów - jajka, małosolne i drzem smakują prawie jak u nas.
Potem wycieczka do rezydencji jedynego prezydenta US z trzema kadencjami - Franklina D. Roosevelta w Springwood nad Hudson River. Potem obiad w rybnej restauracji w Kingston, mecz w gałę - Mateusz z Heńkiem vs ja z Edwardem i Witkiem na bramce, potem basen i grill.
I tak spędziliśmy nasz pierwszy dzień...
Po jajecznicy na bekonie Pan Edward odwiózł nas na dworzec kolejowy w Dover Plains i po dwóch godzinach jazdy znaleźliśmy się w samym sercu NYC na dworcu Grand Central. Dworzec robi wrażenie, a ponieważ byliśmy już prawie głodni postanowiliśmy uczcić początek naszego pobytu w Wielkim Jabłku wizytą w słynnym OysterBar, który znajduje się na najniższym poziomie dworca. Zjedliśmy smażone kraby i kalmary.
Potem metrem udaliśmy się do naszego hotelu, aby pozbyć się walizek. Hotel okazał się być dobrze położony w okolicach SOHO, Eastvillage, Chinatown i Little Italy. Jedzenia więc nam tu z pewnością nie zabraknie.
Już bez walizek, pojechaliśmy zwiedzać MoMę, czyli muzeum sztuki nowoczesnej. Sztuka okazała się być rzeczywiście bardzo nowoczesna. Julka odrobiła swoją pracę domową zadaną w związku z wyjazdem przez panią od historii sztuki, a my z Mateuszem szybko doszliśmy do wniosku, że gdyby tylko nam się chciało, malowalibyśmy dzieła znacznie bardziej gustowne, niż te które przyszło nam oglądać.
Po przekąsce dla ducha, spacerkiem przeszliśmy przez Timessquare do katedry Św. Patryka. Potem szukaliśmy w Macy"s części do naszego Kitchenaida, a na koniec poszliśmy na kolację do Chinatown.
Po tak wyczerpującym dniu, już o 22:00 postanowiliśmy paść ze zmęczenia, co właśnie czynimy.
Wyspani, o ósmej wyszliśmy na poszukiwania jedzenia. Znalezienie śniadania nie jest tu trudne, ponieważ wokół naszego hotelu znajduje się milion śniadaniowni. Wybraliśmy śniadanie w wersji ekologicznej - jak się okazało później - ostatni, zdrowy posiłek tego dnia.
Naszym pierwszym celem na dziś był World Trade Center. Najpierw fascynujące architektonicznie centrum handlowe, o którym nie piszą jeszcze w przewodnikach. Wygląda jakby miało za chwilkę odlecieć. A potem muzeum 9/11, które przygnębia i krzepi jednocześnie.
Po długim zwiedzaniu męska cześć naszej wycieczki postanowiła zjeść. Na lunch wybraliśmy najlepsze, zdaniem Antoniego Burdaina, burgery w mieście. Antoni wprawdzie polecał je w czasie, kiedy Shake Shack była jeszcze pojedynczą budą w Madison Square Park, a nie sieciową burgerownią, jak dziś - nie żałujemy jednak z Mateuszem ani jednego kęsa i ani jednej frytki oblanej chedarem i posypanej bekonowymi skwarkami. Julia patrzyła na naszą konsumpcję z pewnym niesmakiem, jej uszy trzęsły się jednak tak samo jak nasze, kiedy pół godziny później wsuwała na ulicy ravioli z czterema serami posypane parmezanem. Cóż, jesteśmy tacy sami, niezależnie od tego czy źródłem naszego szczęścia jest wół i świnia czy gluten i ser.
Po obiedzie buszowaliśmy po sklepach i zwiedzaliśmy uroczy Chelsea market.
Na obiad zjedliśmy - to znaczy Mateusz i ja - koszerne kanapki w kultowym Katz Deli. Miejsce założone w 1888 roku, w którym w czasie wojny wymyślono "Send salami to your boy in the army". Sądząc po zdjęciach na ścianach, byli tu wszyscy. Moja piękna i ukochana (dziś, po hektolitrach wstrzykniętego botoksu już tylko ukochana) Meg Ryan udawała tu orgazm w "Kiedy Harry poznał Sally".
No i najlepsze zostało nam nam koniec dnia. Z Julką (Mateusz w tym czasie wyciskał sztangi w NYC gym) słuchaliśmy w Madison Square Garden uroczej Adele, która, jak my, ale nie z nami, na tydzień przyjechała do NYC. Piękny głos, piękny kontakt z publicznością, piękny show.
Na śniadanie zjedliśmy tostowane bajgle z serem, jajkiem, łososiem i awokado. Kto by pomyślał, że bajgel trafił tu za sprawą Żyda z Krakowa.
Knajpa była urocza, ale na dania czekaliśmy chyba z godzinę, co menadżer zrekompensował mam talerzem sucharów bajglowych z sałatką z kurczaka.
Po śniadaniu spacerowaliśmy po naszej okolicy, potem po Central Parku i kilka godzin spędziliśmy w Museum of Natural History.
I wtedy doszliśmy do kulminacji dzisiejszego dnia, a może i całego wyjazdu.
Stek.
Knajpa nazywa się "Peter Luger". Znajduje się Williamsburgu, na Brooklinie. Trzydzieści razy z rzędu otrzymywała tytuł najlepszej stekowni w NYC. W karcie był opisany po prostu jako stek dla jednej, dwóch, trzech lub czterech osób. W zależności od tego dla ilu osób się go podaje, zrobiony jest z mięsa z różnej wysokości kręgosłupa. Najlepszy, lędźwiowy, w wersji dla dwóch osób nazywa się "porterhouse". I taki właśnie zamówiliśmy (ja i Mateusz - Julia nie jadła). Dwie części oddzielone kością w kształcie litery T. Mniejsza cześć z polędwicy, większa z rostbefu. Długo sezonowane. Mocno zgrilowane. Medium rare. Podane ze specjalnym sosen.
Rozkosz.
Po obiedzie szukaliśmy polskich śladów na Greenpoincie, a wieczorem wpadliśmy na drinka przy jazzowej live music dwa bloki od naszego hotelu.
Mateusz i Julia spali dziś z zatyczkami do uszu, więc wszyscy tej nocy dobrze spaliśmy. Pierwszy dzień jesieni okazał się być zupełnie bezchmurny, więc po dobrym śniadaniu postanowiliśmy zrobić wycieczkę statkiem i wjechać na One World Center.
Widoki w słoneczny dzień są piękne, a żeberka z piwem nabierają zupełnie nowego smaku, kiedy je się je pół kilometra nad ziemią.
Po obiedzie spacerowaliśmy w okolicach Time Square. W sklepie Apple przy piątej alei oglądaliśmy tłumy walczące o nowego iPhone 7. To nie moja religia, ale pewnie robiłbym to samo gdyby Samsung miał tu swój sklep.
Wieczorem kolacja we włoskiej knajpie. Julia była wniebowzięta z powodu ravioli, a ja z powodu ossobuko.
I na koniec dzisiejszego dnia niezwykłe, zapierające dech przedstawienie na Broadwayu - połączenie akrobatyki z musikalem. Czego to ludzie nie wymyślą...
Dzień zaczęliśmy od śniadania w zatłoczonej i bardzo nowojorskiej śniadaniowni. Pancaki były wyjątkowo wyrośnięte i rozpływające się w ustach. Potem zakupy. Na obiad popłynęliśmy na Brooklyn do słynnej pizzerii Grimaldi"s. Podają pizzę z ogromnego pieca opalanego węglem i stosują zasadę cztery razy nie: no slices, no credit cards, no reservation, no delivery.
Po obiedzie wróciliśmy spacerem mostem brooklińskim na Manhattan i spędziliśmy całe popołudnie w Macy"s. Na kolację poszliśmy na sushi. Wujek Google wybrał jedno z tych miejsc, które przyczynia się do wszechobecnej tu nadwagi - wielki restauracyjny moloch, w którym za wyświetloną przy wejściu cenę jesz ile dasz radę.
Po kolacji, z pełnymi brzuchami kładziemy się spać odliczając godziny do naszego wylotu.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm