1/100

Mój blog

La Seyne de Mar
No to długo wyczekiwane wakacje czas zacząć !
W tym roku postanowiliśmy wybrać się w podróż szlakiem zamachów bombowych do kraju Mirelle Mathieu i żabich udek. Ja i moje trzy dziewczyny.
Czwarta dziewczyna - suka Fina - dała do zrozumienia, że nie jest zainteresowana francuskim żarciem, dlatego wylądowała na dwa tygodnie u znajomych.
Mateusz natomiast stwierdził, że lazurowe wybrzeże jest już passe i teraz jeździ się nad Bałtyk (do zdezelowanej przyczepy na polu namiotowym w Jastarni, uprawiać kitesurfing).
Czekamy na nasz samolot na lotnisku w Modlinie popijając Aperolspritza.
Miasteczko "La Seyne de Mar" na francuskiej riwierze. Tu spędzimy najbliższe 2 tygodnie. W przesympatycznym gronie czterech rodzin.
Dom trochę przechodzony. Swoją świetność przeżywał jakieś dwie dekady temu. Ale znajduje się w najwyższym miejscu miejscowości i widok z tarasu jest zabójczy.
Śniadanie w lokalnej knajpce z lokalesami. Piją tu obrzydliwy anyżkowy aperitif - ponoć "specialites regionales" i zagryzają mulami z przepalonego garnka.
Dzień spędzamy nad basenem. Gramy w kierki. Zażywamy kąpieli. Tańczymy i spożywamy mocny alkohol.
Pierwsze danie: zupa cebulowa. Przepis na 14 porcji. Ugotować 1.5 litra bulionu z kurczaka i warzyw. 2 kg białej cebuli obrać i drobno posiekać. Smażyć na 200 g masła z 4 ząbkami czosnku i 3 łyżeczkami cukru przez 10 minut. Potem dusić na wolnym ogniu przez 1.5 godziny. Dodać 2 łyżki mąki. Wlać bulion i butelkę białego wina. Sól, pieprz i trochę octu winnego. Gotować przez pół godziny. Podawać z bagietką natartą czosnkiem, skropioną oliwą, posypaną serem i zapieczoną.
Danie główne: wołowina po burgundzku. Przepis na 14 osób. 300 g boczku przesmażyć na dwóch łyżkach oleju. Boczek odstawić. Do tłuszczu dodać 200g masła. Przesmażyć partiami 2.5 kg dobrej wołowiny podzielonej na 5cm kawałki. Mięso odłożyć. Na patelnię włożyć 4 marchewki w plasterkach, dwie cebule w kostkach, jednego pora, 4 ząbki czosnku, 8 pieczarek. Smażyć 10 minut. Potem dodać dwie łyżki mąki, dwie łyżki przecieru pomidorowego, 2/3 butelki wytrawnego wina. Gotować 15 minut. W dużej brytfannie ułożyć mięso, boczek, zalać zawartością patelni. Dolać bulionu wołowego, tak aby wszystkie składniki były przykryte. Posolić. Popieprzyć. Dodać tymianek. Włożyć na trzy godziny do piekarnika na 160 stopni pod przykryciem. Potem odkryć i zapiekać jeszcze godzinę. Podawać z pure ziemniaczanym (ziemniaki gotowane z dwiema cebulami i czterema ząbkami czosnku, a po rozdrobnieniu dodać masło i mleko) oraz sałatą z vinegrete.
Deser: mus czekoladowy. Przepis na 14 osób. Rozpuścić 5 czekolad. Dodać 400 g śmietany i szklankę cukru pudru oraz ubite białko z 6-ciu jajek. Chłodzić 6 godzin.
Dziś doznałem tego dreszczyku emocji, który odczuwasz kiedy stąpasz po czerwonym dywanie, a dookoła słyszysz pstryki aparatów fotograficznych. Wprawdzie nie dzierżyłem w ręce statuetki ani nie miałem na sobie garnituru od Armaniego, a pstrykającymi byli turyści, a nie fotoreporterzy, ale i tak miałem swoje pięć minut.
Szczerze mówiąc, sądziłem że Cannes zrobi jednak większe wrażenie. Jest tu wprawdzie ogromna przystań jachtowa i piękna panorama na całe miasto z diabelskiego młyna w samym sercu miasta, ale dzieje się tu chyba tylko wtedy, kiedy odbywa się festiwal filmowy.
Prawdziwą perełką jest odległe o 70 km Saint Tropez. To tu uwieczniono Bardotkę w "I bóg stworzył kobietę", a do dziś przed słynnym "Gardarmerie Nationale" można kupić wino z podobizną Louisa de Fines.
Stoi tu mnóstwo nieprzyzwoicie wielkich i nieprzyzwoicie luksusowych jachtów, w których właściciele na oczach spacerujących turystów wciągają owoce morza pozując do zdjęć.
Lazurowe wybrzeże mamy zaliczone.
Dziś spędziliśmy leniwy dzień nad basenem. Był grill, gra w tysiąca i tarta owocowa zrobiona przez Julię na kruchym cieście z kremem na bazie mascarpone. Trzeba przyznać, że talentu kulinarnego odziedziczonego po ojcu, moja córka nie roztrwoniła 🙂
A wieczorem graliśmy w czternastkę w mafię. Tę towarzyską grę wymyślono w latach osiemdziesiątych w ZSRR do szkolenia szpiegów. Świetna zabawa.
Zwykle podczas wakacji przychodzi taki dzień, kiedy chcesz zostawić swoją kobietę i spędzić dzień w męskim gronie. I ten dzień nastąpił właśnie dziś.
Nieoczekiwanie, sprawę ułatwiły nam nasze kobiety, oznajmiając podczas śniadania, że potrzebują naszych kart kredytowych, ponieważ dzisiejszy dzień spędzają na zakupach w Tulonie.
Przez krótką chwilę udawaliśmy oburzenie. Jak tylko jednak nasze żony odjechały do miasta zostawiliśmy dzieci i ruszyliśmy do portu (bez jednego z naszych, który postanowił spędzić dzień że swoją starą).
I w ten oto sposób posmakowaliśmy dziś prawdziwej Francji.
Jak wiadomo najlepszym lekarstwem na spustoszenia w organizmie spowodowane alkoholem i przejedzeniem jest sport.
Dlatego dzisiejszy dzień postanowiłem zacząć od sześciokilometrowego joggingu.
Biegałem w miejskim parku, na plaży i wzdłuż straganów z zegarkami, kapeluszami i tysiącem innych niepotrzebnych rzeczy sprzedawanych przez stanowiącą tu znakomitą większość, społeczność emigrantów czy jak kto woli uchodźców.
Potem zrobiliśmy z Julią obiad. Spaghetti z owocami morza, sałatą z gruszką, dynią, orzechami i parmezanem oraz panakotta z dżemem morelowym.
Moi nieżyjący już rodzice mówili mi: nie oceniaj i bądź skromny. Mamo, tato - dziś muszę zignorować te zasady - to jedzenie było zajefajne. Żadna restauracja z gwiazdką Michelina nie powstydziłaby się takiego duetu w kuchni (Julia dział sałatek i deserów, a ja owoce morza).
Wieczór spędziliśmy w Tulonie odległym o piętnastominutową przejażdżkę tramwajem wodnym.
Sobota - dzień targowy. Więc po śniadaniu (naleśniki z dżemem jagodowym), udaliśmy się do naszego miasteczka, powęszyć między straganami.
Jak na dobrym śródziemnomorskim targu mają tu wszystko. Z wyjątkiem buraków, kalarepy, kapusty kiszonej, ogórków kiszonych i kiełbasy krakowskiej.
I jeszcze jeden niedosyt. Mam wrażenie, że w miasteczku La Seyne mieszkają sami emeryci. Długonogich francuzek, w krótkich spódniczkach jest tu jak na lekarstwo - na całe szczęście, prawdziwego kobiecego piękna many pod dostatkiem w naszym wakacyjnym domu.
W drodze do domu kawka z bardzo tu popularnymi "canales" - słodkie ciasteczka w kształcie francuskiego cylindra po 80 centów z miękkim środkiem i karmelizowamym brzegiem.
Na obiad zrobiliśmy ziemniaki zapiekane z cebulą, czosnkiem, oliwą i rozmarynem zerwanym tuż przy drzwiach wejściowych do naszego domu. Do tego marchewka z groszkiem, sałatka colesław i kupiony w Carrefour kurczak z różna.
A wieczorem - mafia.
Plaża na francuskiej riwierze d*py raczej nie urywa.
Piasek nie tak delikatny jak nasz - bałtycki, temperatura wody prawie jak na Helu, a kolor wody to żaden tam lazur. Dietetyk próbujący udowodnić, że czerwone wino i ostrygi mają zbawienny wpływ na ładną sylwetkę nie znalazłby żadnych argumentów dla poparcia swoich tez. Nie jestem także koneserem plastikowych toplesów, ani syren na emeryturze wyłaniających się z morskiej toni 🙁
Jedyne, w czym plaża w Łebie rzeczywiście ustępuje francuskiej riwierze to bezchmurne niebo i stale ponadtrzydziestostopniowa temperatura.
Na obiad zjedliśmy zrobiony na prędce krem groszkowo-brokułowy że skwarkami z boczku, śmietaną i bagietką po czym popłynęliśny na pokaz siły francuskiego lotnictwa do Tulonu.
Wieczorem kolacja w porcie. Mule na pięć sposobów (curry, cytryna, ser, wino), antrykot na dwa sposoby (pieprz i rokfort) i duuużo wina.
Wracając sprawdziliśmy ile osób zmieści się do Toyoty Auris. I mamy rekord - 11.
Monako zajmuje powierzchnię dwóch kilometrów kwadratowych. Mieszka to około 40 tysięcy osób, z tego 10 tysięcy rdzennych monegańczyków. A reszta to rezydenci, którzy musieli zapłacić za ten status po pół miliona euro - ponoć między innymi Kubica i Fibak.
Aby tu dojechać, najlepiej zostawić samochód przy dworcu głównym w Nicei i wsiąść do pociągu, który po 20 minutach zatrzyma się w wydrążonym w skale dworcu w samym sercu Monako.
Jest tu sterylnie czysto, pełno Ferrari i obrzydliwie luksusowych jachtów.
Zjedliśmy lanczyk w otoczeniu milionerów, przez co odnosiło się wrażenie, że samemu ma się więcej w portfelu - przynajmniej do czasu, kiedy kelner przyniósł rachunek.
Po południu wróciliśmy do Nicei. Zobaczyliśmy to smutne miejsce, o którym było głośno parę tygodni temu.
Dziś jedna z najważniejszych kobiet mojego życia obchodziła swoje urodziny. Od dziś, w sumie z moją córką, do sześćdziesiątki brakuje nam już tylko dwóch lat. Czas, cholera, płynie szybko - a do końca wakacji też już bliżej niż do początku.
Był grill z doradą w głównej roli, szampan, słodkości i ukochana lalka Mai z serii Monster High.
Dziś postanowiliśmy zostawić lazurowe wybrzeże i nasze kobiety i udać się w głąb Prowansji, aby zobaczyć bodaj największy europejski kanion.
Kanion Verdon znajduje się jakieś dwie godziny drogi od Tulonu. Ma 23 km długości, a jego głębokość dochodzi miejscami do 700 m.
Widok z wielu dostępnych wokół punktów widokowych rzeczywiście zapiera dech w piersiach i niewiele ustępuje widokom Wielkiego Kanionu. W jednym z tych punktów zjedliśmy steka z frytkami i piwem w knajpce zawieszonej na półce skalnej, a w drugim częstowano nas lokalnym miętowym alkoholem, w zamian za zakupione tam mydło, lawendę, magnesy na lodówkę z obrazkami Prowansji i czapeczki z napisem "Les Gorges du Verdon".
Mała, spływająca z Alp rzeczka, która wyrzeźbila kiedyś ten cud natury, w białej, wapiennej skale, zmienia się w pewnym momencie w wielkie rozlewisko zwane jeziorem Lac de Sainte-Croix. Można tu wypożyczyć kajaki lub rowery aby spenetrować malownicze spiętrzenie rzeki. Niestety złapał nas pierwszy od początku wakacji we Francji deszcz i z pływania zostały nici.
Na szczęście słońce wyszło jak na zawołanie, kiedy wjechaliśmy do średniowiecznego miasteczka Moustiers-Sainte-Marie. Mówią, że to najpiękniejsze miasto Francji. Otoczone lawendowymi polami i położone u stóp góry. Przecina je zakręcony wąwóz, którym płynie wartki strumień tworząc wodospadki wokół których rozlokowały się malutkie restauracyjki karmiące specjałami kuchni z prowansji. Mieszka tu trochę ponad 700 osób które zajmują się głównie produkcja i sprzedażą fajansu w malutkich sklepikach.
Zjedliśmy naleśniki z miodem z lawendy popite różowym winem. Kupiliśmy zioła prowansalskie dla naszych żon i grawerowane imionami bransoletki dla naszych córek i udaliśmy się w drogę powrotną wśród winnic do naszego wakacyjnego domu.
Przedostatni dzień naszych wakacji we Francji. Zjadamy resztki z lodówki - na obiad zapiekanka :"przegląd tygodnia". Dzień nad basenem. Potem wycieczka do uroczego, średniowiecznego miasteczka jakich tu w okolicy pełno - Hyeres. Zjedliśmy tam fajną kolację przy głównym placu miasta z wyśmienitym tatarem zrobionym po francusku, czyli z bazylią i pomidorami. A po powrocie do domu gramy w męskiego, alkoholowego tysiąca.
Dobre czy złe, wszystko się kończy. Spodziewałem się, że tak samo będzie z wakacjami we Francji.
Zjedliśmy przed chwilą pożegnalną kolację w La Seyne sur Mer, pakujemy się, a jutro z rana powrót do domu.
Podsumowując, czułem się tu świetnie.
Francuzi to miłośnicy kontemplacji dobrego jedzenia i picia. Czy ekskluzywna, czy licha knajpa - wszędzie jedzenie podadzą tu wykwintne i zawsze będzie to bardzo dobre jedzenie. Wprawdzie śniadanie na słodko i wyciągnięta prosto z morza świeżyzna to nie jest szczyt moich marzeń, ale teryny, pasztety z bagietką, mule w winie popite winem, tatary i steki są wyśmienite. Kolorytu w knajpie dodaje fakt, że kompletnie nie znają tu angielskiego - bez wujka Google nie wolno się tu nigdzie ruszać.
Francuzi są także bardzo przyjaźni. Wprawdzie najczęściej na migi, ale chętnie uczyli nas, jak zjeść ostrygę czy wydłubać ślimaka. Bezapelacyjnie są świetnymi partnerami do wznoszenia toastów.
Na ulicach nie jest tu zbyt czysto. Widać tu sporo biedy. Jest wiele miejsc bardzo zaniedbanych. Z drugiej strony jest tu mnóstwo klimatycznych miasteczek, których główne place są wymuskane i są świadectwem pięknej historii tego kraju.
Myślę, że Francja to fajne miejsce na wakacje.
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm