1/100

Mój blog

Ja i moja lolita
No i wylądowaliśmy po długich i męczących dziesięciu godzinach.
Czekając w kolejce po 7-dniowy bilet na pociągi japońskie, zaczynamy od kawy i czekolady w Starbaksie - ceny i klimat jak na Marszałkowskiej. No i trzeba wypożyczyć komórkę z japońskim internetem. A za chwilę wsiadamy do szybkiego pociągu. Przed nami 500 km do Kioto (taki japoński Kraków). Sprawdzimy czy rzeczywiście ich pociągi spóźniają się mniej od naszych - ponoć średnie opóźnienie przejazdu japońską koleją to 6 sekund...
Wycieńczeni długą podróżą, dotarliśmy wreszcie do hotelu w Kioto.
Trzeba przyznać że jazda pociągiem była ekscytująca. Najpierw dojechaliśmy 70 km z lotniska do Tokio, a potem wsiedliśmy do jednego z tych piekielnie szybkich Szinkanzenów. Miał monstrualnie wydłużony przód, czym przypominał skrzyżowanie Rolls-Royce z psem Huckleberry.
Trasę długości 494 kilometrów pokonaliśmy od 12:40 do 15:11. Mierzyłem prędkość - gps pokazywał 285 km/h.

Pociąg nie był przepełniony. Jechało w nim sporo obcych, a wszyscy tubylcy wsuwali jakiś przedziwne dania - zakupione zapewne na dworcu - z różnokształtnych, kartonowych pojemników. Wszystkim gaijn-om (tak japończycy mówią na cudzoziemców) ślina ciekła.

Potem taksówka. Prawdę mówią przewodniki, że taksówkarze nie znają angielskiego. Za to mijają się z prawdą, bo wcale nie są jakoś bardzo drogie - za jakieś 6-7 km zapłaciliśmy 1.600 jenów.
Ciekawe, bo taksówki mają lusterka zewnętrzne przytwierdzone w zupełnie innym miejscu niż u nas.
No a teraz idziemy spać, aby nabrać sił przed wieczornym przeglądem oferty kulinarnej Kioto....
Po długich negocjacjach uzgodniliśmy z Mają, że raczej nie uda nam się zjeść z obopólnym zadowoleniem w jednej knajpie. Przyjęliśmy kompromis: najpierw jemy w miejscu wskazanym przez Maję a potem przeze mnie.

Maja długo nie mogła się zdecydować. Oferta kulinarna Kioto jest naprawdę bardzo różnorodna. I jak się okazuje sushi nie jest na pierwszym miejscu.

Ostatecznie Maja wybrała happy meal w McDonald"s z McNuggets i Hello Kitty.

A potem poszliśmy na sushi. Popite sake - Maja nie dała rady zbyt dużo wypić, bo sake smakuje jak rozwodniona wódka z dodatkiem słodkiego wina.

Ciekawym składnikiem na jednym z nigirii był sea urchin czyli jeżowiec, a raczej jego wnętrze. Nigdy wcześniej go nie jadłem. Nie mogę powiedzieć jak wyglądał, bo facebook zablokowałby ten post. Ale smakował lepiej niż wyglądał.

Gdybym miał powiedzieć jak to całe sushi smakowało to powiem tak: warto przelecieć te 10.000 km.

I parę słów od Mai:
Do hotelu wracamy z pełnymi brzuchami. A deser smakował jak niejadalne żelki posypane zieloną herbatą.

I pierwszy dzień zaliczony
Spaliśmy tak długo, że przespaliśmy nasze hotelowe śniadanie.

Ale dopiero po trzech dmuchanych japońskich pankejkach w pobliskiej knajpce (Maja w wersji amerykańskiej, czyli pod owocami, bitą śmietaną i czekoladą, a ja po polsku czyli z jajkiem, grubymi plastrami boczku i sałatą) poczuliśmy że jetlag odpuścił na dobre.

Natychmiast po śniadaniu wyruszyliśmy na poszukiwania wypożyczalni rowerów. W taką pogodę - ponad 20 stopni i bezchmurne niebo - rowery okazały się strzałem w dziesiątkę.

Kioto to piękne miasto. Jest tu niezliczona ilość buddyjskich świątyń (ponoć ponad 1.5 tysiąca), mnóstwo kwitnących parków i ogrodów. Jest tu 37 uniwersytetów i 20% japońskich skarbów narodowych. Wzdłuż rzeki prowadzą ścieżki rowerowe, a na trawnikach wylegują dziesiątki Japończyków, grają w piłkę, uprawiają wschodnie sztuki walki.

Zwiedziliśmy świątynię Sanjusangen z 12 wieku z tysiącem pozłacanych posągów, Kiyomizudera - zespół świątyń położonych wśród ogrodów, ogromny ogród cesarski i targ Nishiki z wypierdzistym jedzeniem.

Przypadkowo też trafiliśmy na odpowiednik naszej niedzielnej mszy w wydaniu buddyjskim.
Na obiad sushi z jeżdżącymi w kółko talerzykami, którego zjedzenie było warunkiem zrobienia sobie zdjęcia z pracującą tam gejszą.

Maja też zaczyna przekonywać się do japońskiego jedzenia i zjadła hotdoga z ulicznej budki.
A za chwilę idziemy na pożegnalną kolację w Kioto.
Zgodnie z rekomendacją naszego hotelowego consierga na pożegnanie Kioto udaliśmy się do dzielnicy Gion.

Jest tam taka urocza uliczka, wzdłuż której znajdują się knajpki oświetlone czerwonymi lampionami (hello - to nie to o czym pomyślałeś, czytelniku), a do wejścia zapraszają gejsze.

W jednej z tych knajpek, tuż za bambusowymi drzwiami czekały na nas rozkosze dla podniebienia: na Maję shrimp tempura, a na mnie beef shabu shabu. Bajka.
Po śniadaniu opuszczamy nasz hotel w Kioto i udajemy się na dworzec. Nasz dzisiejszy cel to odległa o 361 km Hiroshima.

Przy okazji kilka słów na temat naszego hotelu.
Położony w centrum miasta. Pokoje oceniamy średnio. Obowiązkowa latarka na wypadek trzęsienia ziemi i ten fantastyczny kibelek z niezliczoną ilością przycisków i światełek (warto spróbować - jeśli można zakochać się w muszli to ja właśnie doznałem tego uczucia).

Śniadanie japońsko-europejskie. Tak więc i Maja i ja byliśmy zadowoleni. Kioto Royal Hotel & Spa - warto polecić.
Komunikacja trzeba przyznać jest tu zorganizowana perfekcyjnie.

W autobusach płaci się przy wyjściu. Albo przykładając bilet / kartę do czytnika albo wrzucając odliczoną kwotę do specjalnej wrzutni obok kierowcy.

Wrzuciłem 350 jenów (230 za mnie i 120 za Maję). Na monitorze kierowcy natychmiast pojawiła się wrzucona kwota i dał nam znak ręką, że możemy wychodzić.

Po siedmiu przystankach wysiedliśmy przy imponującym dworcu głównym w Kioto. Potem szybki Shinkansen do Osaki (50 km w 15 minut), przesiadka i szybki Shinkansen do Hiroszimy (350 km w godzinę i 20 Minut).

Z tak zwanym JR passem kupionym jeszcze w Polsce (1.000 PLN za 7 dni na prawie wszystkie pociągi) nie trzeba żadnego dodatkowego biletu - wsiadasz i jedziesz.

No i jesteśmy w Hiroshimie
Bomba wybuchła 6 sierpnia 1945 roku. 600 metrów nad ziemią. W promieniu kilkuset metrów, dokładnie pod punktem wybuchu częściowo ocalał jeden budynek. Jego pozostałości robią wrażenie. I jeszcze makieta koła o promieniu 600 m z epicentrum po środku w muzeum bomby atomowej.

Poza świadectwem wybuchu w Hiroshimie w zasadzie nie ma nic więcej do zobaczenia. Dlatego też postanowiliśmy z Mają resztę dnia spędzić w hotelowym spa. Wspólnie basen, Maja jacuzzi a ja bieżnia z rozgadanym siedemdziesięciolatkiem z Teksasu.

Hiroshima Sheraton jest naprawdę fajny. Pokój z pięknym widokiem na miasto. Tuż przy wyjściu z dworca PKP. Po mieście jeździ autobus widokowy (szkoda tylko że nie ma co oglądać), którym dojechaliśmy do muzeum bomby w cenie JR Pass.
Gdyby ktoś miał wątpliwość, że ojcowie nie potrafią rozczesywać włosów swoim córkom i pleść warkocza - oto dowód, że jest w wielkim błędzie !
Lokalnym przysmakiem w Hiroshimie są okonomiyaki.
Maja wybrała wersję z krewetką i makaronem japońskim, a ja ośmiornicą. Niestety musiałem zjeść dwie porcje 🙂

Pełną dokumentację procesu przygotowania znajdziecie w załączonych zdjęciach.

Okonomiyaki - jak mówi Wikipedia – to rodzaj japońskiej potrawy, placków składających się z wielu różnych składników i pieczonych na rozgrzanej blasze. Słowo to składa się z trzech części: "o" – prefiksu honoryfikatywnego, rzeczownika odczasownikowego konomi – "lubić", "chcieć" ("coś"), rzeczownika odczasownikowego yaki – "smażyć", "piec", "grillować". Całość znaczy więc: "smaż, co chcesz".

Wieczór zakończyliśmy w hotelu pizzą margeritą z piwem i sokiem jabłkowym - nie mogłem przecież pozwolić, aby dziecko zasnęło z pustym brzuchem...
A po drodze do hotelu wstąpiliśmy jeszcze po drobne zakupki do supermarketu.
Muszę przyznać, że mam słabość do japońskich sklepów.
Między półkami kolana mi miękną, czuję gęsią skórkę i nie mogę oddychać.
Całe szczęście, że byłem najedzony.
Wszystko nam tu smakuje. Oprócz sfermentowanej soi.
Po śniadaniu wybraliśmy się na wyspę Miya Jima.

Wyspa jest oddalona jakieś 30 km od Hiroshimy. Najpierw pociąg potem prom (wszystko w ramach JR Pass).

Wyspa zajmuje jakieś 30 kilometrów kwadratowych. Kilka wiosek i świątyń. Na wyspie nie ma żłobków ani cmentarzy, ponieważ obowiązuje tu zakaz narodzin i umierania. Taka prosta decyzja, a rozwiązuje tyle problemów 🙂

Najważniejszym miejscem jest wybudowane na morskich palach sanktuarium Isukushima, do którego prowadzi 16-metrowa brama będąca symbolem wyspy - a wszystko to stanowi jeden z trzech najsławniejszych widoków w Japonii.

Na obiad: Maja kurczak, a ja węgorz.
Na wyspie Miya Jima spaceruje mnóstwo oswojonych sarenek (a może i jelonków). Wystarczy jedna bułka, aby na chwilę zostać mamą.
Zdaniem Mai to nie było zwykłe akwarium - to prawdziwy pokaz słodkości.

Chociaż na liście słodkości jaką prowadzi Maja od początku wyjazdu znalazło się dopiero na trzecim miejscu - po miniaturowych pieskach jakie można było kupić na głównym deptaku Hiroshimy i wszędobylskich sarenkach na wyspie Miya Jima.

Tu generalnie wszystko musi być słodkie, milutkie i fajne. Japończycy mówią na to "kawaii". W polskim nie ma to słowo dobrego odpowiednika. A najbliżej znane nam to amerykańskie "cute"...
Minęło ponad 30 godzin od czasu kiedy po raz ostatni jedliśmy sushi. Nie mieliśmy więc żadnych wątpliwości i dzisiejszą kolację zjedliśmy w pobliskiej Sushi Tei. Jakieś 100 m. od naszego hotelu.

Miejsce godne polecenia. Kiedy wchodziliśmy, niektóre fragmenty mojego jedzenia pływały jeszcze w knajpianym akwarium. Mówię tu o kąkolu (z ang. cockle) i uchowcu (z ang. abalone). Pierwszy to małż a drugi morski ślimak. Obaj twardzi i raczej bez smaku.

Ciekawe były jeszcze turban top shell - niestety nie znalazłem w Google polskiej nazwy - delikatny i smaczny oraz tłusty tuńczyk (z ang. fatty meat of tuna) jaśniejszy i przerośnięty tłuszczem, czyli dobry oraz węgorz - ale nie taki jak u nas tylko jasny i bez sosu - delikatny i pyszny. Był także jeżowiec (z ang. sea urchin) do którego zaczynam się powoli przekonywać.

Ryż pod sushi wszędzie smakuje tu inaczej niż u nas. Jest wilgotny. Każde ziarnko jest oddzielenie wyczuwalne i ma jakiś aromat którego nie jestem w stanie nazwać. No i najważniejsze: wszystkie ziarenka ryżu są ułożone w jednym kierunku, wzdłuż rolki 🙂

Była też zupa miso. Podawana tu do każdego posiłku. Nie powiem, żeby mi smakowała, ale jest o niebo lepsza od smaku miso podawanych w warszawskich suszarniach. Tu do miso dodają zawsze te malutkie małże.

Maja zamówiła shrimp tempura, która po powrocie do Polski stanie się z pewnością jej podstawowym posiłkiem.

Podczas konsumpcji ucieliśmy sobie uroczą pogawędkę z siedzącym obok Japończykiem. To znaczy on mówił do nas po japońsku z takim wielkim przekonaniem, że wszystko rozumiemy (skąd my to znamy), a my do niego googlem - w offlinowym polsko-japońsko-angielskim słowniku google jest taka ciekawa funkcja, że kiedy obróci się ekran w kierunku rozmówcy, to na całym ekranie, na niebieskim tle, wielkimi białymi literami pojawia się tłumaczony tekst. Polecam - Google wiele razy uratował nam tu tyłek.
Po śniadaniu opuszczamy Hiroshimę.

Na dworcu tuż przy hotelu wsiadamy do Shinkanzena, 360 km do Osaki, kawa i czekolada na dworcu potem 30 km i jesteśmy w Nara.

Po drodze, po wejściu do podmiejskiego pociągu jedna z Japonek potyka się i wali nosem o podłogę, leci jej krew. Natychmiast wiele osób dosłownie rzuca się jej z pomocą. Sadzają ją i opatrują. Po kilku sekundach pojawia się kilku umundurowanych. Pociąg zostaje zatrzymany. Po krótkiej rozmowie pasażerka postanawia przerwać podróż, a panowie pomagają jej wyjść. Dopiero wtedy pociąg rusza.

Takich przykładów uprzejmości i troski o innych mieliśmy tu więcej. Kiedy jeździliśmy rowerami po Kioto Mają zderzyła się z innym rowerem, którym jechała młoda Japonka. Nic się nikomu nie stało, ale nie mogłem doliczyć się ile ukłonów wykonała ta młoda Japonka najpierw w kierunku Mai a potem jej ojca.

W pociągach nie sprawdzają biletów (bilety sprawdza się tu przy wejściu na dworzec), jednak umundurowani pracownicy pojawiają się w czasie jazdy, po to żeby sprawdzić czy wszystko jest w porządku. Przy wejściu do wagonu oddają szacunek pasażerom poprzez wykonanie dziewięćdziesięciostopniowego skłonu. W hotelach każdy z obsługujących - recepcjonistka, consierge, kelner czy osoba sprzątająca - jak tylko pojawisz się w zasięgu wzroku zaczynają powitalno-dziękczynne skłony. Czasami można odnieść wrażenie, że w tych ich uprzejmościach jest przesadnie dużo troski o innych, ale komu by przeszkadzało, żeby jakąś część tej troski i uprzejmości przenieść nad Wisłę?

Nara to niewielkie, jak na Japonię, ponadtrzystotysięczne miasto. Była to pierwsza stolica Japonii w 8 wieku. Historię tu czuje się na każdym kroku. Symbolem miasta jest daniel. Łazi ich tu pełno. Jeden z nich w rewanżu za ciastko doprowadził Maję do łez - na szczęście delikatnym - gryzem w boczek.

Jest tu największy na świecie, monumentalne 45-metrowy budynek z drewna, a w nim 18-metrowy, największy na świecie Budda z brązu.

Nara Hotel bardzo dobry. W starojapońskim stylu. Polecamy.
Dziś kolej Mai, więc to ona wybierała miejsce na kolację.

Długo się nie zastanawiała. Większość knajp w Japonii przy wejściu przedstawia swoje dania za pomocą plastikowych atrap umieszczonych w witrynach. Trzeba przyznać, że dość wiernie oddają one to, co się potem zjada.

Kiedy w jednej z witryn pojawiła się pizza margerita, wiedziałem że tu właśnie zjemy.

Ja zamówiłem przegrzebki z cukinią i sałatą (wyśmienite) oraz risotto z owocami morza (dobre, ale niestety ilość owoców - jak dla małego Japończyka).

Wg fachowej oceny Mai - Japończycy potrafią zrobić margeritę. Niestety nie mogę tego potwierdzić. Tym razem nie został ani jeden kawałek 🙁

Na kolację wyszliśmy piechotą. Taki dłuższy spacer. Wrócić postanowiliśmy autobusem.
Jest to nie lada wyzwanie. Te wspaniałe oznakowania na przystankach i autobusach są na nic bez znajomości japońskiego. A znajomość angielskiego jest tu mniej więcej taka, jak u nas węgierskiego.

Maja próbowała zmaczować te japońskie robaki pomiędzy mapą a opisem na przystanku - ale szybko się poddała. Na szczęście znaleźli się jacyś dobrzy ludzie, którzy oprócz tego, że byli dobrzy znali parę słów po angielsku.

No i jesteśmy w naszym hotelowym pokoju. Pijemy japońską whisky i gramy w Agario....
Wczorajszy wieczór whisky i Agario nieco się przedłużył, więc dziś postanowiliśmy pospać, aż do czasu kiedy wstaniemy.

W samo południe, w pobliskiej Cafe "Coto Coto" na śniadanie, a raczej na obiad, Maja zjadła truskawki (Japonia jest największym na świecie producentem i konsumentem truskawek), tosta i ciastko czekoladowe, a ja nie wiem co zjadłem. Większości składników i smaków na talerzu nie potrafiłem rozpoznać.

Ponieważ istniało poważne ryzyko, że ucieknie nam dziś jeden posiłek, zaraz po śniadanioobiedzie postanowiliśmy zjeść obiad. Maja pankejki z lodami, a ja uliczne sushi, które podają tu w takich drewnianych pudełkach owinięte w jakieśtam liście. Bardzo świeże i pyszne. Drewniane pudełeczko postanowiłem zabrać do Polski. Natomiast jest tu kłopot żeby wyrzucić papierek. W Japonii w zasadzie nie ma koszy na śmieci. To znaczy z rzadka można spotkać kosze do segregacji, ale z jednym papierkiem w kieszeni można przejść pół miasta. A przy tym wszystkim jest tu sterylnie czysto. Może warto i u nas zlikwidować kosze. Też zrobiłoby się czysto 🙂

W strugach deszczu zwiedzaliśmy dziś jedną z najstarszych świątyń, wybudowaną wraz z całym miastem, które też można zwiedzać, w 607 roku - Horuiji Temple.
20160421_140211.jpg
Pewien stary lew morski zdradził mi kiedyś trzy zasady, które stosował z konsekwencją w swoim życiu: "jeśli wódka - to zimna, jeśli ryba - to surowa, jeśli kobieta - to Polka".

Dziś mogłem się przekonać, że te trzy zasady są również moje... No może potwierdziłem tylko dwie z nich.

A tak naprawdę półtora, bo sake była wprawdzie zimna, ale raczej trudno nazwać ja wódką.

Sashimi i sake. Dotąd nie znalazłem lepszego połączenia w tym kraju.

Knajpa polecona przez hotel. Tuż przy dworcu w Nara. Chwalą się, że mają najświeższą rybę w mieście. Do tego domówiłem jeszcze miseczkę suszi (five way tuna) i malutką porcyjkę grilowanego tuńczyka z cebulą. Do tego zimne sake. Trzy porcelanowe bukłaczki. Teraz to dopiero życie jest piękne 🙂

Majka wybrała z obrazkowego menu frytki i deep fried chicken. Każdy chce mieć piękne życie.
Z hotelu w Nara wyjechaliśmy o 10.

Autobus na dworzec. 50 minut podmiejskim pociągiem do Kioto. Tam przesiadka do Shinkanzena, a w nim niecałe 500 km.

Po drodze uczymy się dodawania ułamków (Maja nadrabia zaległości), czytam książkę (Bill Gifford, "Wiecznie młody. Jak się nigdy nie zestarzeć." - tu, w Japonii wiedzą coś o tym), gramy w wymyślanie reklam.

I wreszcie jesteśmy. W samym środku "Wschodniej Stolicy".

Tokyo ma 13 mln mieszkańców (35 mln w aglomeracji) na powierzchni 4 razy większej od Warszawy. Jest tu prawie 100 tysięcy knajp. A ludzi zyliard. Parę lat temu na jednej ze stacji metra ustanowiono rekord: jednego dnia przewinęło się 3,7 miliona ludzi.

Byłem świetnie przygotowany. Wykupiony GPS na Japonię. Szczegółowa mapa Google z dojazdem. Wydrukowane mapy, itd. Na nic się to wszystko zdało.

Wydrukowanej stacji pociągu, który miał nas zawieźć do hotelu, która miała być 300 metrów od dworca nie udało się znaleźć (trzech zapytanych najpierw po angielsku, a potem w języku migowym policjantów wskazywało sprzeczne kierunki). Do GPS-a nie dało się wpisać adresu hotelu.

Z rozpaczy poszliśmy do McDonald"sa i przy happy meal Mai opracowaliśmy plan odzyskania orientacji w terenie.

Do hotelu dotarliśmy około 16. Okazał się być w odległości dwóch przystanków metrem od dworca i 800-metrowego spaceru.

Widok z 37 piętra hotelowego pokoju z jednoczesnym masażem na pilota w fotelu stojącym przed oknem (na przemian ja i Maja) wynagrodził nam trudy podróży.

Naszym pierwszym celem była dzielnica elektroniki, mangi i anime - Akihabara.

Na ulicach mnóstwo białych kołnierzyków w nienagannie skrojonych garniturach, zaraz potem turystów poszukujących elektronicznych okazji. No i oczywiście lolity. Lolita - obiekt marzeń każdego Japończyka - już nie dziecko, a jeszcze nie kobieta. Czy Japończycy szaleją za nimi bo onieśmiela ich prawdziwa kobiecość? My, słowianie mamy zupełnie inne wyobrażenie o ideale kobiety.

Ponurkowaliśmy pośród półek z tabletami i telefonami komórkowymi. Ceny trochę lepsze niż w Polsce - zwłaszcza kiedy odliczy się Tax Free. Tu na pierwszym miejscu jest Apple, Asus, Nec, dalej jakieś azjatyckie ustrojstwa o dziwnych nazwach w tym Samsung. Maja upatrzyła sobie srebrnego iPada mini...

Potem wjechaliśmy na tokijską wieżę Eiffla (Sky Tower, 10 metrów wyższa od oryginału). Zajebisty widok na miasto. A na koniec dnia sushi w okolicach targu rybnego Tsukiji, który jest czynny rano i od którego zaczniemy jutrzejszy dzień.
Dziś moja ojcowska więź z córką była szczególnie trwała i mocna.

W tym zatłoczonym mieście trzeba bardzo mocno trzymać dziecko za rękę. Chwila nieuwagi i przelewy z 500+ przestaną płynąć 🙂

Dzień zaczęliśmy od zwiedzania wielkiego targu rybnego. Podobno największą jego atrakcją jest licytacja świeżo przywiezionych z morza tuńczyków. Jednak aby ją zobaczyć, trzeba być prawdziwym turystą-hardcorowcem - odbywa się ona o piątej rano.

Największe wrażenie zrobiły na nas ogromne małże i pierwszy nieuprzejmy Japończyk, którego tu spotkaliśmy, który odganiał nas jak muchy, kiedy chcieliśmy podejrzeć jego technikę ostrzenia nożyska do krojenia ryb.

Potem pojechaliśmy do sklepu z elektroniką - musiałem spełnić moją obietnicę daną Mai poprzedniego dnia.

Potem najstarsza w Tokyo świątynia Senso-ji z 7 wieku. Jest tam taka tradycja - do wielkiego rozpalonego kotła wrzuca się pęczek zakupionych wcześniej i tlących się kadzidełek wypowiadając przy tym życzenie. Moim życzeniem było dożyć setki w zdrowiu. Życzeniem Majki było jak najszybciej opuścić świątynię.

Wszechobecne są tu reklamy potentata telekomunikacyjnego z ośmiotrylionowym obrotem - Softbanku. W Polsce to już prawie zapomniane słowo, a tu między innymi główna sieć komórkowa. Miło patrzeć jak firma o tak przyjaznej nazwie (kawał swojego życia poświęciłem dla tej nazwy) tak dobrze sobie radzi.

Kolejną dzisiejszą atrakcją był wjazd na drugi co do wysokości budynek na świecie - Tokyo Sky Tower. Ma ponad 600 metrów wysokości i ustępuje tylko Burdż Chalifie. Czekaliśmy godzinę w kolejce. Majka grała w tym czasie w Meincrafta na swoim nowym iPadzie mini. Ale warto było postać w kolejce.

Na obiad zjedliśmy rosół z soba noodles (robione tu ręcznie w prawie każdej knajpie) z kawałkami kaczki i cebulą (ja) i shrimp tempurę (Majka).

No i na koniec dnia odwiedziliśmy potwornie przeludnioną dzielnicę Shibaya. Jest tam najbardziej zatłoczone skrzyżowanie na świecie otoczone neonami i grająca muzyką. Kiedy zapali się zielone światło zewsząd w każdym kierunku wypływa fala ludzi. Przeszliśmy parę razy przez to skrzyżowanie, a potem oglądaliśmy ten armagedon ze znajdującego się na drugim piętrze jednego z budynków, Starbacksa. Można patrzeć godzinami. Widok po prostu hipnotyzuje.
Tuż przy skrzyżowaniu znajduje się pomnik najsłynniejszego psa wschodniej półkuli. Hachiko każdego dnia czekał, aż jego Pan skończy pracę. Po śmierci Pana, przychodził w to samo miejsce i czekał na niego przez kolejne dziesięć lat. Zastanawiam się czy najsłynniejszy pies zachodniej półkuli - Lessi - był równie lojalny.

Na kolację sushi przy targu rybnym koło naszego hotelu.
Nasz ostatni dzień w Japonii rozpoczęliśmy od wizyty w buddyjskiej świątyni.

Po krótkiej niedzielnej zadumie poszliśmy do największego w Japonii teatru kabuki.

Do wyboru był spektakl w wersji nie do wytrzymania, trwający 5 godzin lub wersja dla turystów - jeden akt trwający półtorej godziny, w dwóch ostatnich rzędach, które po zakończeniu każdego aktu opróżnia się z turystów, po czym niezwłocznie zapełnia się je nowymi turystami.

Wybraliśmy tę drugą wersję. Sztuka zrobiona z rozmachem. O tym, ile można zrobić dla pieniędzy. Grają w swoich narodowych strojach w starojapońskiej scenerii. Szczerze mówiąc niepowalające. Jest coś drażniącego w sztuce granej po japońsku 🙁

Kiedy staliśmy w kolejce po bilety, jakaś Japonka, sadzając mi swoje dziecko na kolanach, poprosiła nas o wspólne, rodzinne zdjęcie. Komentarz Majki, kiedy przy obiedzie oglądaliśmy to zdjęcie: "Tata, co powie Mama na dziecko z inną kobietą?"... No cóż - zobaczymy 🙂

Po spektaklu pojechaliśmy naziemną kolejką na sztuczną wyspę Okinaba, wjechaliśmy na stumetrowe koło, oglądaliśmy Toyoty w wielkim salonie wystawowym, zwiedzaliśmy Legoland, moczyliśmy nogi w zatoce, a na koniec strzeliliśmy sobie dwukilometrowy spacer po tokijskim goldengejcie.

Podczas pożegnalnej kolacji, doszliśmy z Mają do wniosku, że możnaby tu zamieszkać. Nie dałbym jednak rady zważywszy na smak polskiego żurku z kiełbasą i porannej kawy, zrobionej po swojemu i wypitej na tarasie w Chyliczkach.

Jedną z najfajniejszych rzeczy, którą stąd przywiozę jest ikigai. Wyczytałem o tym w książce, którą właśnie czytam. Nie da się tego nigdzie kupić, ale ponoć Japończycy, zwłaszcza Ci z Okinawy, zawdzięczają ikigai swoją długowieczność.

Narysuj na kartce cztery rozstrzelone, ale mające części wspólne koła. Pierwsze koło podpisz "To, w czym jestem dobry". Drugie - "To, co kocham". Trzecie - "To, czego potrzebuje świat". Czwarte - "To, za co mogą mi zapłacić". Część wspólna pierwszego i drugiego koła to pasja. Drugiego i trzeciego to misja. Trzeciego i czwartego to powołanie. Czwartego i pierwszego to profesja. Częścią wspólną wszystkich czterech kół jest właśnie ikigai.

Do zobaczenia w Polsce !
© wangog.pl
Strony internetowe dla firm