2021-08-17
Wakacje
Civis Romanus sum
Wieczornym lotem przenieśliśmy się dziś z najmłodszą z moich córek do stolicy kulinarnego raju. Do naszego apartamentu na Prati, rzut beretem od Watykanu dotarliśmy późno, ale knajpy wokół były ciągle otwarte. Zdaniem Mai nawet cukier smakuje tu lepiej.
Ponieważ termometry pokazują tu trzydzieści osiem kresek, a wieczory trudno tu spędzać inaczej niż jedząc i pijąc, więc jedynym momentem dnia, który można poświęcić na bieganie jest poranek.
Budzik nastawiłem więc na siódmą i już przed ósmą wdrapałem się na jedno ze wzgórz otaczających Rzym, podziwiając po drodze przecudowną architekturę przedmieść watykańskich.
Każdy kawałek tego miasta został zaprojektowany z włoskim charakterem, niezależnie od tego czy powstał w średniowieczu, renesansie, międzywojniu, czy parę lat temu.

Ze wzgórza Monte Mario rozpostarł się cudowny widok na wieczne miasto. Zrobiłem sobie małą przerwę na wpatrywanie się w widoki, słysząc jedynie swój przyspieszony oddech oraz dźwięki wydawane przez cykady. Oprócz dwóch emerytów trzymających się za ręce, w miejskim parku u szczytu wzniesienia, nie było żywej duszy. Było romantycznie. Brakowało tylko kobiety u boku. Ja swoją zostawiłem przecież w apartamencie.

Śniadanie w ramach naszej bookingiwej rezerwacji zjedliśmy na voucher, w knajpce naprzeciwko wyjścia z naszego apartamentu. Włoska wersja continental breakfast, czyli cornetto i cappuccino d*py raczej nie urwala, zaopatrzyliśmy się więc w owoce, ciastka i wodę przed zbliżającą się walką że skwarem.
Moja dzielna córka, która jeszcze niedawno nie dałaby się namówić na spacer wokół domu, dziś bez najmniejszego oporu przeszła ponad dwadzieścia kilometrów. Mój Google, za sprawą mojego porannego joggingu, w którym nie uczestniczyła Maja, pokazał zrobione 32 kilometry i spalone 3.900 kalorii.
Gdzie myśmy dziś nie dotarli: Piazza del Poppolo, muzeum Leonarda da Vinci, ogrody Villa Borghese, najpiękniejsza - zdaniem Sthendala - ulica świata Via del Corso, schody hiszpańskie, Fontanna di Trevi, Piazza Navona, niezliczona liczba świątyń.

Dzień skończyliśmy na Zatybrzu, dawniej plebejskiej, a dziś awangardowej dzielnicy artystów, centrum mocnego życia Rzymian.

Miejsce na kolację wygrzebaliśmy na Youtubie. Jako jedna z pierwszych po wpisaniu "trastevere best food" wyskoczyła Osteria Zi Umberto, w której zameldowaliśmy się zaraz po otwarciu o 19:30 jako pierwsi goście. Niestety wszystkie stoliki na zewnątrz były już zarezerwowane, ale kiedy tylko oświadczyliśmy, że jesteśmy posiadaczami covidowych paszportów znalazł się dla nas stolik wewnątrz.
Maja wzięła prosciutto e melone, spaghetti ala carbonara i panna cottę. Ja flori di zucca frutti, tonnatrelli cacio e peppe, trippa ala romana, tiramisu, karafkę domowego wina, espresso i jaegermeister.
Na do widzenia dostaliśmy po kieliszku limoncello. Kiedy poinformowałem kelnerkę, że moja córka dopiero za cztery dni skończy piętnaście lat, ta bez wahania odpowiedziała łamaną angielszczyzną: "Przecież jest na wakacjach".

Do naszego wakacyjnego domu wróciliśmy hulajnogami.

Dziś jestem Rzymianinem i za żadne skarby nie chcę wracać do Polski.
Dziś z Mają bardzo zbliżyliśmy się do Boga. Kosztowało nas to mnóstwo wysiłku, ale w tych sprawach nie warto oszczędzać. Poty wyciśnięte na pięciuset trzydziestu siedmiu przywracających o zawrót głowy schodkach były absolutnie warte widoku jaki rozpostarł się na szczycie kopuły drugiej największej na świecie chrześcijańskie świątyni.

Ogrom, rozmach i pietyzm bazyliki robi wrażenie. Niestety w katakumbach zamknięto dla zwiedzających sekcję z grobem JP2, więc aby to jakoś zrekompensować, pod papieskim balkonem puściłem Mai film z YouTuba z historycznym habemus papam z października 1978 roku.

Wieczór, jak i zapewne wszystkie kolejne, spędziliśmy na Zatybrzu. Tu się je, pije, spotyka, rozmawia i wyznaje miłość. Tu bije serce Rzymu.

Dziś zjedliśmy na spółkę grilowaną ośmiornicę, a potem rigatoni all amatriciana - Maja, spagetti alle vongole veraci z kieliszkiem białego wina - ja. A potem usiedliśmy przy najruchliwszej ulicy Trastevere wcinając pana cottę i tiramisu, popite Aperol Spritzem, obgadując przechodniów i licząc procentowe stężenie obcokrajowców (wyszło niecałe 30 procent). Wracając na nocleg nie mogłem sobie odmówić kanapki z porchettą zamówionej w jednej z wykwintnych prosciuterii.

Zakochałem się w Zatybrzu.
Trzeba naprawdę lubić swoją robotę, żeby przez pięć lat, w pozycji leżącej, dwadzieścia metrów nad ziemią, w zaduchu, ciemności i smrodzie tłuszczu farbiarskiego, pokryć pięćset metrów kwadratowych sklepienia i to w sposób, który ludzie okrzykną potem arcydziełem.

Zlecenie od papieża było dość sztampowe: pokaż mi człowieka od stworzenia do jego upadku i jego głośne wołanie o bycie zbawionym. Michelangelo włożył jednak w swoje dzieło całego siebie, pokazując pędzlem nawet swoją niechęć do kobiet i niespełnioną miłość do ojca.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że moja córka przyjęła tę dzisiejsza, porządną dawkę historii w muzeach watykańskich z jakimś wielkim entuzjazmem. Wydusiła jednak z siebie na koniec tej prawie trzygodzinnej wycieczki z przewodnikiem, że jej podobało.

Łażenie pomiędzy tymi wszystkimi eksponatami, stworzonymi w ciągu ostatnich trzech tysiącleci na chwałę Boga, hierarchów i kościoła sprawiło mi dziś wielką przyjemność, mimo gorzkiej refleksji, która dopadła mnie podczas zwiedzania, że te wszystkie wiekopomne dzieła, to jedyne, czym dziś nasz kościół może się pochwalić. No bo nie może przecież tolerancją, wyrzeczeniem się dóbr, troską o biednych czy stronieniem od polityki.

Po tej dużej dawce duchowych uniesień nie pozostawało nam nic, jak oddać się przyziemnym przyjemnościom.

Jak co wieczór, zaraz po prysznicu nasze kroki skierowaliśmy na Zatybrze, od którego dzieli nas zaledwie dwa kwadranse spokojnego spaceru. Dziś postanowiliśmy jednak nie zasiadać przy stole za dnia, tylko jak przystało na prawdziwych Rzymian, opuścić dom w poszukiwaniu jedzenia dopiero po zmroku.
Knajpę wybraliśmy jeszcze poprzedniego wieczoru, biorąc za główne kryterium długość kolejki. I tak, po odstatniu dwudziestu minut - gdybyśmy chcieli siedzieć na zewnątrz, to trwałoby to przynajmniej dwa razy dłużej - znaleźliśmy się w środku knajpy o nazwie Nannarella.

Wybór knajpy okazał się strzałem w dziesiątkę. Powiedzieć że doznałem tu dziś kulinarnego orgazmu, to powiedzieć za mało.

Na przystawkę smażony karczoch - chrupiące listki i soczyste, jakby mięsne wnętrze. Pierwsze danie - tonnatrello carbonara z ręcznie robionym, bardzo żółtym i mocno sprężystym makaronem zupełnie nieprzypominający spagetti, o mocno jajecznym smaku z dodatkiem pancetty. Na drugie danie mule w zupełnie nieczosnkowym sosie, z dodatkiem ziół, masła i małych pomidorków oraz wołowo-wieprzowe kulki mięsne o smaku nieprzypominającym naszych klopsików, soczyste, słodkie i pachnące, z dobrze doprawionym jarmużem i opiekanymi ziemniakami.

Na deser nie wystarczyło dziś miejsca. Wieczór skończyliśmy przy drinkach. Na koniec Maja rzuciła retorycznie: jak już mam alkohol za sobą na wyjeździe, no to chyba czas spróbować jakiegoś zioła. Udałem, że nie słyszę.
Więcej celulitu i obwisłych brzuchów. Mniej długonogich blondynek i wyrzeźbionych męskich torsów. Ciemniejszy piasek i więcej brudu. Tym mniej więcej odróżnia się rzymska plaża w Ostii od tej naszej, bałtyckiej. Przynajmniej w tej wersji ogólnodostępnej, bo na prywatną nie zostaliśmy wpuszczeni z powodu braku miejsca. Temperatura powietrza (35 stopni) i wody (oswajałem się 5 minut) identyczne jak w Jastarni.

Po kąpieli i lichym posiłku z wyśmienitą kawą uciekliśmy z plaży do Castel Gandolfo. Papieża nie było akurat w jego letniej rezydencji, ale nie dla niego tu przyjechaliśmy, a po to, aby zjeść lody, rozkoszując się widokiem urokliwego jeziora Lago Albano.

Jednak główną atrakcją dzisiejszego dnia była wizyta w Tivoli, średniowiecznym mieście odległym o jakieś 30 kilometrów od Rzymu.

Miasto wielkości Piaseczna, położone jest na zboczu góry dając dobry widok na Lacjum, a jego centrum sprawia wrażenie, jakby zostało żywcem przeniesione z szesnastego wieku. Turystów tu przyjeżdża niewielu, więc spacerując obcuje się wyłącznie z rzadka pojawiającymi się mieszkańcami, którzy prowadzą normalne życie, wywieszając pranie i wychodząc na spacer ze swoimi zwierzętami. Byliśmy tam po piątej po południu. Wszystkie knajpki były zamknięte, ale wyglądały tak, jakby czekały wyłącznie na obywateli miasta - były pozbawione reklam i trzeba było dobrze się przyjrzeć, żeby zorientować się, że w mijanym miejscu znajduje się restauracja. Na ulicach i w okiennicach leniwie wylegiwały się koty, ostentacyjnie ignorując przechodniów. Nieustannie roznosił się zapach smażonej pancetty.

Niewielkie grupki turystów widziałem wyłącznie w Villa d"Este. To prawdziwe arcydzieło architektury i chyba najpiękniejsze miejsce, które widziałem dotąd, podczas tego pobytu we Włoszech. Mają tam ogrody z fontannami. Bezpretensjonalne i pełne magii.

Do Rzymu wróciliśmy kiedy zapadał zmrok i niezwłocznie obraliśmy kierunek na Zatybrze. Maja wzięła
pizzę Margaritę i frytki, a ja makaron z krewetkami i jagnięcinę z dużą ilością wina. Potem crema katalana, deser dnia i Aperol. Bosko.
16 sierpnia 2006 roku, gdzieś około godziny trzynastej, otrzymałem krótkiego smsa od żony o treści "Już".
Wybiegłem z jakiegoś ważnego spotkania i utykając w korkach, udałem się w kierunku szpitala Dzieciątka Jezus przy Starynkiewicza w Warszawie.

Wbiegłem na pierwsze piętro.

W długim korytarzu z niezliczoną liczbą drzwi, nie było żywej duszy, a ja nie miałem zielonego pojęcia, za którą klamkę złapać.

Po chwili jedne z drzwi otworzyły się i pojawiła się w nich pielęgniarka pchająca przed sobą szpitalną wanienkę na kółkach z niewielkim zawiniątkiem.

Rozejrzała się dookoła i widząc wyłącznie mnie, rzuciła głosem nieznoszącym sprzeciwu: - Pan Biernat?
Kiedy potwierdziłem, poinformowała mnie: - To pańskie dziecko. Po czym odwróciła się nad pięcie i zniknęła za zamkniętymi drzwiami.

Moje kolana ugięły się, a z oczu zaczęły płynąć łzy. Musiałem jednak jakoś wziąć się w garść, bo to małe, bezbronne stworzenie potrzebowało rodzicielskiej troski.

Dziś, po piętnastu latach od tej wzruszającej chwili, siedzę z moją wygadaną i nieprzypominającą zawiniątka pannicą, z którą wspominamy nasze pierwsze spotkanie, delektując się mięsną ucztą na rzymskim Zatybrzu.
Jak chcesz się podpisać?
Twój komentarz
blad

Lubię to   Skomentuj   
do góry
Mój blogO mnieNewsletterKontakt
polecam poniższe strony internetowe:
www.haer2.pl
www.onlinekoronawirus.pl
www.hr2system.pl
www.hr2audyt.pl
www.hr2bardziej.pl
www.liveslide.pl
ta strona internetowa została stworzona przez: