2021-07-31
Historie prawdziwe
Wolny człowiek w wolnym kraju
Na szesnaste urodziny mojej starszej córki, postanowiłem zabrać ją na koncert jej ulubionego zespołu do Londynu. Plan był bardzo napięty. Wylot z samego rana, krótkie szwendanie po centrum, obiad na Soho, koncert na Wembley, kebab w jakimś nocnym barze, nocleg w hotelu i lot powrotny po niedzielnym śniadaniu z fasolką w sosie pomidorowym, sadzonymi jajkami, plastrami boczku i białą kiełbasą, uwieńczonym Yorkshire puddingiem.

Budzik nastawiłem na trzecią nad ranem i już parę minut po szóstej zajęliśmy nasze nienumerowane, niewygodne miejsca w samolocie linii Ryanair na podwarszawskim Modlinie we trójkę z moją córką i jej koleżanką.

Po kilku minutach, kapitan uruchomił silniki i kiedy wydawało się, że już za chwilę oderwiemy się od ziemi i zaczniemy szybować w przestworzach, silniki naszego samolotu zgasły.

Przez długie dwadzieścia minut nikt nie pokwapił się, aby poinformować pasażerów co jest przyczyną uziemienia. Dowiedziałem się tego dopiero z SMS-a, otrzymanego od przewoźnika, który przyszedł w tym samym momencie, w którym stewardesy zaczęły prosić pasażerów o opuszczenie samolotu.

Lot został odwołany z jakichś technicznych problemów i zaproponowano nam kolejny za sześć godzin. Ponieważ nasz grafik posypał się, postanowiliśmy zrezygnować z wyjazdu i udaliśmy się do wyjścia.

Było tuż przed siódmą rano. Bramka wyjściowa z trójzębnym kołowrotkiem była zablokowana. Obok wyjścia znajdowało się pomieszczenie z napisem „Straż graniczna”, w kierunku, którego krzyknąłem, aby zapytać strażnika co z tą bramka. Pani strażnik podeszła do mnie powolnym krokiem i poinformowała, że w tym momencie nie można opuścić lotniska, ponieważ oczekuje na zmianę zmiany, która ma nastąpić za chwilę. Odczekałem więc kilka minut, po czym znów zawołałem panią strażnik, aby zapytać, kiedy nastąpi zmiana. Pani strażnik odpowiedziała, że nie wie co się dzieje ze zmianą oraz że musimy czekać.

Byłem już nieźle poirytowany niemożliwością opuszczenia lotniska, ale cierpliwie odczekałem kolejne dziesięć minut, a bramka ciągle pozostawała zamknięta. Po czym znów zawołałem strażniczkę i wyrzuciłem na się swoją złość: - Chcę się wyspać. Jestem wolnym człowiekiem. Proszę, aby pozwolono mi opuścić lotnisko.

Pani strażnik była jednak nieugięta. Rzuciła tylko krótko, że wyjść nie można i trzeba czekać.

W tym momencie moja cierpliwość się skończyła. Powiedziałem, że w takim razie wychodzę i przeniosłem ponad bramkę prawą nogę, a kiedy to samo uczyniłem z nogą lewą, kątem oka dostrzegłem grupę komandosów zbliżającą się w moim kierunku. Kiedy moje obie nogi stały już stabilnie po drugiej stronie bramki, ale jeszcze przed żółtą linią oznaczającą granicę państwa, przed moimi oczami wyrósł jak dąb jeden z komandosów w kominiarce z wyeksponowanym karabinem maszynowym. Nic nie mówił. Przez krótką chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu jak bokserzy wagi ciężkiej tuż przed wejściem na ring.

- Chciałbym opuścić lotnisko. Jestem wolnym człowiekiem. Proszę mnie przepuścić – powiedziałem. Na co komandos, wyglądający początkowo na niemowę, wyrzucił z siebie: - Proszę wycofać się na lotnisko. A ja na to: - Proszę pana. Ja nigdzie nie zamierzam się wycofywać. Ja chcę tylko wrócić do domu. Mój samolot został odwołany i nie rozumiem z jakiego powodu nie mogę opuścić lotniska. - Jeśli nie wykona pan mojego polecenia, będę zmuszony użyć środków przymusu bezpośredniego. - Ja nie zamierzam wracać na lotnisko, więc niech pan zatem czyni swoją powinność - odpowiedziałem.

W tym momencie podbiegło do mnie dwóch, stojących dotąd obok, komandosów. Wyrwali mi telefon komórkowy, którego nie chciałem oddać, więc trochę się musieliśmy poszarpać. Po czym założyli mi kajdanki, wzięli pod pachę i jak na dobrych firmach gangsterskich przeciągnęli mnie do pomieszczenia straży granicznej, które okazało się dobrze przygotowane do takich sytuacji, gdyż posiadało mały areszcik, przewidziany z pewnością na potrzeby okiełznywania niepokornych pasażerów, w którym zostałem umieszczony wraz z uzbrojonym funkcjonariuszem straży granicznej. Wzięli ode mnie paszport i dowód osobisty.

W areszcie spędziłem około dwudziestu minut, prosząc mojego opiekuna o pozwolenie na kontakt z córką. – Ona jest na pewno przerażona. Pan też ma pewnie córkę? – zapytałem. Funkcjonariusz nic nie odpowiedział. – Proszę przynajmniej zdjąć mi kajdanki. Nie jestem przecież jakimś oprychem – rzuciłem rozpaczliwie. – A będzie pan wykonywał moje polecenia? – zapytał strażnik. Kiedy potwierdziłem, o dziwo zdjął mi kajdanki.

Po jakimś czasie w areszcie pojawił strażnik kierownik. Tak przynajmniej wywnioskowałem na podstawie pagonów na jego mundurze i ucieszyłem się, że wreszcie będę mógł porozmawiać z kimś decyzyjnym. Niestety pan kierownik rzucił tylko – Wychodzimy. I odwrócił się na pięcie.

Wyszedłem z aresztu na własnych nogach, w asyście czterech strażników i udaliśmy się z powrotem na lotnisko. Kołowrotki na bramkach tym razem działały, pewnie dlatego, że szliśmy w kierunku przeciwnym. Za bramką zobaczyłem moją córkę z koleżanką. Były przerażone. Chciałem do nich podbiec, ale strażnicy nie pozwoli na to.

Wyszliśmy z budynku lotniska, a tam czekał na nas łazik straży granicznej. Zadałem sobie w myślach pytanie – Dokąd oni mnie wiozą? Jak nic skończę w pobliskim lesie.

Przejechaliśmy jakieś trzysta metrów, na drugą stronę lotniska. Tam znajdowało się kolejne pomieszczenie straży granicznej z jeszcze większym aresztem, do którego mnie zaprosili. Tym razem bez kajdanek i bez asysty.

Po pół godzinie rozmyślań i oczekiwania w areszcie pojawił się strażnik dyrektor – jak wywnioskowałem z liczby belek na jego pagonach, który wręczył mi kartkę mówiąc – Proszę to podpisać. Odpowiedziałem bez żadnego wahania: - Niczego nie zamierzam podpisywać. Kiedy wypowiedziałem te słowa, spostrzegłem, że na twarzy strażnika dyrektora pojawił się grymas zaskoczenia, tak jakby po raz pierwszy w swojej karierze spotkał się z taką reakcją i nie bardzo wiedział co ma z tym zrobić. Zabrał kartkę i wyszedł.

Wrócił po kwadransie z kartką, której tym razem już nie próbował mi wręczać, tylko położył na stole. – Jest pan wolny – rzucił. I wyszedł. Zabrałem zostawioną przez niego kartkę i wyszedłem z aresztu. Dziewczyny czekały na mnie przed drzwiami. Przytuliłem się do córki z poczuciem, jakie zapewne mają skazańcy, kiedy wychodzą z więzienia po długiej odsiadce.

Na kartce było wezwanie do stawienia się na przesłuchanie do komendanta straży granicznej, które wyrzuciłem do kosza. Po powrocie do domu napisałem długi list do komendanta skarżąc się na całą tę sytuację. Po kilku tygodniach przyszła odpowiedź, z której wynikało, że komendant nie dopatrzył się żadnych uchybień, oraz że zamierza nałożyć na mnie mandat w wysokości trzystu złotych za nieuprawnione przekroczenie granicy państwa. Mandat ten nigdy nie przyszedł jednak do mnie.

Mówią, że w życiu wszystkiego trzeba spróbować. Kajdanki i areszt mam już zatem odfajkowane.
Jak chcesz się podpisać?
Twój komentarz
blad

Lubię to   Skomentuj   
do góry
Mój blogO mnieNewsletterKontakt
polecam poniższe strony internetowe:
www.haer2.pl
www.onlinekoronawirus.pl
www.hr2system.pl
www.hr2audyt.pl
www.hr2bardziej.pl
www.liveslide.pl
ta strona internetowa została stworzona przez: