2021-06-19
Życie
Magia czterech kółek
Moim pierwszym samochodem był Wartburg. Kupiony na szrocie za równowartość paru butelek wódki. W zasadzie nie nadawał się do użytkowania, ale kto by się tym przejmował na początku lat dziewięćdziesiątych. Był doskonale widoczny na trasie za sprawą lakieru w kolorze odblaskowej żółci, spod którego wyłaziły niezliczone rdzawe wykwity nie pozostawiające wątpliwości, że swoją młodość miał już dawno za sobą.

Jak na cud wschodnioniemieckiej techniki motoryzacyjnej prowadziło się go wyjątkowo przyjemnie. Surowa deska rozdzielcza - wczesny Gierek, biegi zmieniane wajchą z prawej strony kierownicy, stylowe fotele wypełniane sianem no i ten zadziorny dwusuwowy silnik, dzięki któremu żadnemu Polonezowi nie dawaliśmy szans.

W tym czasie intensywnie poszukiwałem możliwości dorobienia do stypendium w gastronomii i na kilka miesięcy znalazłem posadę w kawiarni Telimena na Krakowskim Przedmieściu. Fachu uczył mnie tam stary, pewnie ponad czterdziestoletni kelner, od którego na pierwszym szkoleniu usłyszałem: „Kiedy klient zamówi wodę Perrier, to zawsze podajesz ją w mojej asyście. W momencie, w którym będziesz odkręcał zakrętkę, ja stojąc tuż za tobą zrobię delikatne pssst, dzięki czemu klient nie zorientuje się, że otrzymał zwykłą Nałęczowiankę”.

Kiedy którejś nocy wracałem z Telimeny moim Wartburgiem do domu, na Goworka, przy zjeździe z Puławskiej, złapałem swoją pierwszą gumę w życiu. Nie mogłem przypuszczać, że już nigdy nie wsiądę do mojego dwusuwa, bo kiedy podniosłem go lewarkiem, ten zwyczajnie złamał się na pół.

O jeszcze większe emocje przyprawiał mnie mój kolejny samochód. Citroen BX. Elegancki, choć wiekowy Francuz. Wszystko w nim było zaprojektowane na opak i chyba dlatego właśnie sprawiał mi tyle radości. Dziewczynom najbardziej podobało się hydrauliczne zawieszenie. Kiedy przekręcałem kluczyk w stacyjce, nadwozie zaczynało podnosić się majestatycznie, a pasażerka nabierała przekonania o dokonaniu właściwego wyboru.

Kiedyś, wybraliśmy się moim BX-em we czwórkę na narty na Słowację. Warunki drogowe na Zakopiance były fatalne. Padał gęsty śnieg, było ciemno. Gdzieś w okolicy Lubienia, zobaczyłem dwa światła wyprzedzającego samochodu, który zbliżał się prosto na czołowe zbliżenie ze mną. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie, bo poruszaliśmy z prędkością nie większą niż dwadzieścia, trzydzieści kilometrów na godzinę. Nie miałem gdzie uciec, bo po lewej stronie ciągnął sznur samochodów, a po prawej miałem trzymetrową skarpę. Próbowałem jakoś zmieścić się z jadącym z naprzeciwka, ale nie udało mi się utrzymać kierownicy i tak zaliczyłem moje pierwsze dachowanie.
Jedynym poszkodowanym w tej kolizji był mój Citroen. Wróciłem po niego po trzech tygodniach z lawetą, która okazała się jednak niepotrzebna, bo kiedy górale pomogli mi obrócić auto na koła, przekręciłem kluczyk w stacyjce i pomimo rozlanego płynu hydraulicznego, zbitej przedniej szyby, połamanych słupków dachowych i obniżonego dachu, udało mi się jakoś samodzielnie wrócić do Warszawy.

Jednak największych emocji doznawałem za sprawą samochodu, o którym nie potrafiłbym powiedzieć nic dobrego. To Fiat Cinquecento.

W dziewięćdziesiątym szóstym niewiele brakowało, aby w tym samochodzie urodził się mój syn. Moja żona była w dziewiątym miesiącu ciąży, a mój brat wyznaczył termin swojego ślubu na tydzień przed rozwiązaniem. Ślub miał miejsce w sobotę, w Międzyrzeczu Podlaskim. Moja żona pojechała tam dzień wcześniej, a ja kończyłem jeszcze jakieś wdrożenie w Łodzi. Późnym wieczorem żona zadzwoniła do mnie z informacją, że ma przeczucie, że zaraz się zacznie. Wsiadłem w Cinquecento, i już nad ranem, w klinice w Międzyrzeczy, od lekarza na dyżurze dowiedzieliśmy się, że do porodu pozostało jakieś sześć godzin. Zdecydowaliśmy się podjąć ryzyko urodzin w trasie i wyruszyliśmy do Warszawy. I chociaż Cinquecento dało radę, to nigdy nie zapomnę tej walki z czasem na trasie Białystok - Warszawa przerywanej co kilkanaście minut skurczami porodowymi.

W Cinquecento wykonałem swoją pierwszą rozmowę telefoniczną telefonem komórkowym. 1 stycznia 1997 roku wdrażaliśmy jakąś ważną funkcjonalność w systemie bankowym, z którą poszło coś nie tak. Zostałem wysłany do ratowania sytuacji w jednym z banków. Wsiadłem do swojego Cinquecento a prezes, na potrzeby kontaktu, wrzucił mi do samochodu ciężką jak cholera cegłę Centertela. Jak tylko ruszyłem, wykręciłem numer do żony, która nie chciała uwierzyć, że dzwonię z auta.

Cinquecento było też moim pierwszym samochodem rodzinnym, szybko jednak ukradzionym spod bloku na warszawskich Stegnach.

Jednak największą miłością mojego samochodowego życia była czerwona Toyota Carina II. Model produkowany w latach 88-92, jeden z najbardziej niezawodnych samochodów w tych czasach. Jeździłem nią na początku lat dziewięćdziesiątych. Był to pierwszy model Toyoty o zaokrąglonych kształtach i wyróżniający się krągłościami wśród innych marek. Przemierzyłem nią całą Europę, od Madrytu, przez Korsykę, po Ateny. Po Carinie, do żadnej innej nie pałałem takim uczuciem.
Jak chcesz się podpisać?
Twój komentarz
blad

Lubię to   Skomentuj   
do góry
Mój blogO mnieNewsletterKontakt
polecam poniższe strony internetowe:
www.haer2.pl
www.onlinekoronawirus.pl
www.hr2system.pl
www.hr2audyt.pl
www.hr2bardziej.pl
www.liveslide.pl
ta strona internetowa została stworzona przez: