2021-05-29
Życie
Tata
Na świat przyszedł jako szósty z siedmiu braci. Ich mama, a moja Babcia Marianna, wychowała tę siódemkę sama, bo ich ojciec szybko dał się uwieść wódce, z którą romansował do końca swoich dni. Była wyjątkowo dzielną kobietą. Uprawiała pole, szyła chłopakom ubrania i karmiła produktami z prowadzonego przez siebie gospodarstwa.

Rodzinny dom w Węgrowie mój Tata opuścił po ukończeniu siedmioletniej wtedy podstawówki. Zaczął naukę w technikum papierniczym, a zaraz po nim pracę w papierni w Mirkowie. Chwilę potem poznał moją Mamę, czego konsekwencją były moje urodziny, a trzy lata później urodziny mojego brata.

Często zabierał nas do Węgrowa. Z moim bratem wspinaliśmy się po drabinie do najwyższego punktu stodoły, żeby wskoczyć do świeżo zebranego siana, podkradaliśmy świniom jeszcze gorące, ugotowane przez babcię ziemniaki, łapaliśmy bielinki, aby uwięzić je w pajęczej sieci i obserwować, jak ogrodowe krzyżaki zawijają je w kokon, jedliśmy olszówki smażone przez Babcię na maśle z mlekiem zsiadłym krojonym nożem i kaszankę parę chwil po świniobiciu, którego Tata zabraniał nam oglądać. W babcinym domu nie było kanalizacji. Wodę wyciągało się ze studni za pomocą żurawia. Do wychodka chodziło się za stodołę. Spało się pod grubą gęsią pierzyną, przykrywaną za dnia koronkową narzutą wydzierganą przez Babcię. W głównej izbie stał piec kaflowy z miejscem dla kota i kuchnia z fajerkami, a małe drzwiczki prowadziły do zimnej spiżarni wypełnionej słojami i garnkami z zawekowanymi warzywami, grzybami, mięsem i owocami.

Całe jego zawodowe życie związane było z fabryką papieru w Mirkowie. Kochał tę pracę. W zamian za czerwoną legitymację, fabryka dała mu mieszkanie, w którym się wychowałem. Dzięki fabryce w najtrudniejszych latach nie brakowało nam papieru toaletowego i zeszytów do szkoły. Przynosił nam książki, które miały trafić na przemiał, a mi udało się nawet skompletować trzynastotomową encyklopedię z odzysku.

Pamiętam, jaki był dumny, kiedy gdzieś w środku stanu wojennego, w Ekspresie Wieczornym ukazał się artykuł na temat kadry kierowniczej średniego szczebla polskich fabryk z jego zdjęciem podpisanym tekstem „Nasza ranga ciągle wzrasta. Marian Biernat, kierownik w Warszawskich Zakładach Papierniczych”.

Ani ja, ani mój brat nie chodziliśmy do przedszkola. Nasi rodzice pracowali na zmiany. Tata musiał nauczyć się gotować. Pamiętam, jak sadzał mnie na lodówce i uczył gotować zupę pomidorową. Dla siebie najczęściej przyrządzał patelnię cebuli na smalcu, którą zjadał z pajdą chleba i nigdy nie proponował pozostałym członkom rodziny, zdając sobie sprawę, że to nic zdrowego. Zajadał się też wyniesioną z domu kartoflanką, czyli zupą z ziemniaków, marchwi i skwarek, ale Mama nie pozwalała nam jej jeść.

Był honorowym krwiodawcą. Krew oddawał systematycznie przez całe życie. Za jednorazowo oddane 400 mililitrów otrzymywał dzień wolny i czekoladę, którą zawsze oddawał swoim synom.

Jego życiem był ogródek działkowy. Trzysta metrów kwadratowych, trzy kilometry od naszego mieszkania. Postawił tam małą altankę i uprawiał wszelkie warzywa i owoce jakie wymyśliła natura. Czarna, czerwona i biała porzeczka, śliwki węgierki i renklody, antonówki, dynie, kabaczki, arbuzy i pomidory malinowe obowiązkowo na krowiaku. Altanę, w której organizował zakrapiane karty, porastały winogrona, z których co roku robił domowe wino.

Jego drugą pasją był brydż. Spotykali się we czterech po pracy i grali na pieniądze, „za gazetę” - stawką była równowartość ceny gazety. Często kibicowałem Tacie do późnych godzin nocnych, a kiedy budziłem się rano, oni ciągle grali. Mama donosiła im przekąski, a alkohol pomagał im powstrzymać się od spania nawet przez dwie doby. Po latach milczącego obserwowania gry, rozgryzłem jakoś zasady i sam zacząłem grać.

Był duszą towarzystwa, na zmianę z Mamą zresztą. Oboje uwielbiali spotkania, potańcówki i dansingi. Nie odpuszczał żadnej kobiecie na parkiecie, zaczynając zawsze od Mamy.

Wszystkie wakacje spędzaliśmy w Łebie, w ośrodku wypoczynkowym papierni. Jeździli tam wszyscy pracownicy fabryki z rodzinami. Całe nasze osiedle na konstancińskiej Grapie, w każde wakacje na dwa tygodnie przenosiło się do Łeby. Zawozili nas tam Jelczami – ogórkami, a Tata już w autobusie rozkręcał imprezę.

Nigdy nie chodził do lekarza. Uważał, że lekarza powinni chodzić chorzy, a on nigdy nie czuł się chory.

W lutym 1987 roku, tuż po mojej studniówce, w środku nocy, wszedł do mojego pokoju, usiadł na moim łóżku i zaczął majaczyć. Pobiegłem do Mamy, która wezwała karetkę. Zabrali go do szpitala i po siedmiu dniach zmarł, nie odzyskawszy przytomności. Miał 44 lata.

Na pogrzeb przyszło mnóstwo ludzi. Nic dziwnego. Był lubiany i był dobrym człowiekiem.

W każdej chwili swojego krótkiego życia pokazywał, że znacznie ważniejsze od tego, żeby mieć, jest to, żeby umieć cieszyć się tym, co się ma. To najważniejsze, czego się od niego nauczyłem.
Jak chcesz się podpisać?
Twój komentarz
blad

Lubię to   Skomentuj   
do góry
Mój blogO mnieNewsletterKontakt
polecam poniższe strony internetowe:
www.haer2.pl
www.onlinekoronawirus.pl
www.hr2system.pl
www.hr2audyt.pl
www.hr2bardziej.pl
www.liveslide.pl
ta strona internetowa została stworzona przez: