2021-05-22
Życie
Z pasją
Odkąd pamiętam, miałem słabość do matematyki. Uwielbiałem zagadki, równania z niewiadomą, łamigłówki i badanie zmienności funkcji. Nie wiem skąd mi się to wzięło. Nie kupiłem tego od rodziców, bo Tata – technik papiernik stawiał raczej na zajęcia sportowe a Mama – technik chemik na dbałość o wikt i opierunek. Matematyką nie zaraziła mnie też szkoła, bo moja podstawówka zamiłowania do nauk ścisłych u swoich wychowanków raczej wzbudzić nie potrafiła. Może w genach coś poszło nie tak.

W każdym razie na lekcjach matmy zawsze znałem odpowiedź, dawałem ściągać na klasówkach i reprezentowałem szkołę w olimpiadach matematycznych, a w szóstej klasie nie miałem żadnych wątpliwości, że chcę kształcić się na matematyka.

Na liceum wybrałem szkołę o imieniu czeskiego komunisty Gottwalda, której patronem dziś jest Staszic. Prowadzili tam wtedy eksperymentalną klasą matematyczną, do której przyjmowali, jeśli prawidłowo rozwiązałeś chociaż jedno z siedmiu zadań na egzaminie pisemnym. Jedno z tych zadań dałem potem do rozwiązania swojemu kuzynowi, który studiował wtedy na ostatnim roku Wojskowej Akademii Technicznej - walczył całą noc i poddał się dopiero nad ranem.
Do kwadratu o boku 5 centymetrów dorysowujesz trójkąt, o wymiarach 3 cm na 4 cm na 5 cm w taki sposób, aby jego najdłuższy bok był jednym z boków kwadratu. Zadanie polega na obliczeniu odległości pomiędzy skrajnym wierzchołkiem trójkąta a środkiem kwadratu, czyli punktem przecięcia jego przekątnych.

Do dziś pamiętam, a było to 38 lat temu, kiedy pierwszą lekcję matematyki w nowej szkole, nasz profesor rozpoczął od zagadki. Masz tabliczkę czekolady, która składa się z 24 kostek, po 6 w 4 rzędach. Jaka jest najmniejsza liczba łamań, które należy wykonać, aby podzielić tabliczkę na 24 części, przy założeniu, że łamiemy na raz tylko jeden kawałek.

W drugiej klasie liceum dostałem od rodziców komputer – Commodore 64. Cóż to był za wspaniały sprzęt. Dałem się całkowicie pochłonąć fascynującemu światu gier i programowania, które stało się moją nową miłością.

Matematyki jednak nie przestałem kochać i to ją wybrałem na kierunek studiów.

Uniwersytet dawał wtedy przyszłym matematykom trzy możliwości kształcenia. Można było wybrać drogę naukowca, nauczyciela lub specjalisty od tak zwanych zastosowań matematyki. Wybrałem tę ostatnią opcję, bo jakoś nie widziałem siebie w roli naukowca ani nauczyciela.
Pod koniec studiów, kiedy trzeba było zacząć rozglądać się za jakąś formą zarobkowania, zupełnie przypadkiem dostałem ofertę nauczania w policealnym studium informatyki, którą przyjąłem, chociaż bez większego entuzjazmu.

Po paru tygodniach pracy w roli nauczyciela, w sposób dla mnie zupełnie nieoczekiwany, odkryłem, że bycie nauczycielem kręci mnie na maksa, a po paru miesiącach byłem przekonany, że urodziłem się, aby uczyć.

Uczyłem programowania, byłem wychowawcą, prowadziłem nawet, o zgrozo, zajęcia z przygotowania do życia w rodzinie, mimo, że spora część moich uczniów była starsza ode mnie.
Najbardziej fascynujące w tej robocie było dla mnie, kiedy widziałem, że udaje mi się wzbudzić zainteresowanie u uczniów, skupić ich uwagę i spowodować, że coś ich zaciekawi. Mówiąc krótko, w nauczaniu fascynowała mnie sprawczość. I pewnie do dziś byłbym nauczycielem, gdyby tylko dało się z tego wyżyć.

Pierwszą komercyjną robotę w moim ukochanym programowaniu znalazłem w przemyśle filmowym. W połowie lat dziewięćdziesiątych, Jan Kidawa-Błoński kręcił „Wirus” – thriller o wirusie, którym pewien informatyk zaraża system bankowy. Kidawa poprosił dwóch, młodych programistów - to znaczy mnie i mojego przyjaciela ze studiów - o zrobienie efektów specjalnych do filmu. Naszym zadaniem było stworzenie kilkunastu animacji komputerowych. Te animacje, dziś trącą mocno myszką, a film oglądam z lekkim zażenowaniem, ale praca nad nim była niebywale fascynująca. No a zobaczyć swoje nazwisko w napisach końcowych filmu - bezcenne.

Swoją pasję do programowania rozkręciłem na dobre w Softbanku. Robiłem to przez kilkanaście lat. Sprawiało mi to ogromną przyjemność, byłem tym zafascynowany, pochłonięty, każdego dnia czułem, że się spełniam. I gdybym miał wymienić najlepsze ze wszystkich moich odczuć związanych z tą pracą, to znów byłaby to sprawczość, którą najbardziej czułem wtedy, kiedy ktoś, kto używał tego co stworzyłem, dawał mi do zrozumienia, że ma to sens. Fantastyczne uczucie.

Po wielu latach przyszedł jednak moment, kiedy musiałem pożegnać się z programowaniem i zająć się zarządzaniem. Było to dla mnie strasznie trudne, wręcz traumatyczne. Miałem poczucie, jakbym tracił najlepsze, co mi się przydarzyło i wchodził w coś co jest wielką niewiadomą.

Po jakimś czasie jednak, w tym nowym obszarze, znalazłem nową i chyba nawet większą fascynację, która znów sprowadza się do sprawczości, tym razem jednak wynikającej z możliwości wpływania na ludzi.

Nieważne czy pasję znajdujesz w uprawianiu ogródka, miłości czy programowaniu. Dzięki niej życie jest smaczne, czujesz spełnienie, a odejdziesz w przekonaniu, że nie zmarnowałeś ani jednej z chwil.
Jak chcesz się podpisać?
Twój komentarz
blad

Lubię to   Polubienia(1)   Skomentuj   
do góry
Mój blogO mnieNewsletterKontakt
polecam poniższe strony internetowe:
www.haer2.pl
www.onlinekoronawirus.pl
www.hr2system.pl
www.hr2audyt.pl
www.hr2bardziej.pl
www.liveslide.pl
ta strona internetowa została stworzona przez: