2021-05-01
Życie
Dom, słodki dom
Był dziewięćdziesiąty dziewiąty rok. Z przyjacielem z licealnej ławy postanowiliśmy zostać sąsiadami. Miejsce pod budowę znalazła moja Mama. Nie potrzebowała do tego agencji nieruchomości. Piechotą spenetrowała okolicę, w której mieszkaliśmy. W promieniu pięciu kilometrów od naszego mieszkania na osiedlu Grapa w Konstancinie przepytała każdego gospodarza, czy nie ma przypadkiem ziemi do zbycia.

Nasze działki – moja tysiącmetrowa i tysiącczterystometrowa mojego przyjaciela – znajdowały się w środku starego sadu owocowego, długiego na dziewięćset metrów i szerokiego na pięćdziesiąt, przeciętego wzdłuż wąską, czterometrową, jednokierunkową i nieutwardzoną dróżką, nie posiadającą nazwy, nazywaną przez mieszkańców wsi Chyliczki ulicą Księżycową, co idealnie oddawało klimat i krajobraz jej okolicy.

Ceny działek w owym czasie, mimo że odbiły się już od taniości, to nie zdążyły jeszcze poszybować – my za nasze zapłaciliśmy 25 dolarów za metr.

Zaczęliśmy od nadania nazwy naszej ulicy. Nigdy nie przypuszczałem, że zamieszkam pod adresem, który sam wymyślę. Nazwą chcieliśmy jakoś gładko wkomponować się w okolicę. Nie było to jednak łatwe, no bo jak tu zdecydować się czy czerpać z naszego narodowego dziedzictwa, jak sąsiadująca od zachodu ulica Moniuszki, czy pójść w kosmiczne klimaty jak sąsiadujące od wschodu ulice Gwiaździsta i Słoneczna. Przeważył argument praktyczny. Przez całe życie, człowiek wpisuje swój adres w niezliczoną liczbę formularzy. Dla własnej wygody byłoby dobrze, aby nazwa ulicy miała jak najmniej znaków. Stanęło więc na „Bacha”.

Niestety, urzędniczka w starostwie nie okazała się być entuzjastką niemieckiej muzyki barokowej. Okazało się, że w powiecie Piaseczno jest już ulica Bacha. Musiałem więc na podorędziu coś wymyśleć. I tak padło na Letnią. Jak się okazało później, niecałe trzy kilometry od mojego domu znajduje się inna ulica Letnia w miejscowości o podobnej nazwie – Chylice, przez co nierzadko dostawcy pizzy, czy Zalando wydzwaniają do mnie, że nie mogą znaleźć mojego domu, stojąc na nie tej Letniej co trzeba.

Kolejnym krokiem był projekt architektoniczny. Nasz architekt, jak dobry psychoterapeuta, w ciągu kilku sesji rozpoznał nasze zwyczaje i wsłuchał się w nasze upodobania. Ja, wychowany w czterdziestometrowym mieszkaniu miałem w zasadzie dwa kluczowe wymagania. Prosty dach pokryty dachówką i miejsce na stół w jadalni na dwanaście osób. Architekt uwinął się błyskawicznie z dwoma projektami – moim mniejszym i większym sąsiada, który, odkąd pamiętam, kierował się w życiu zasadą „zawsze miej więcej niż sąsiad”. Rysunki naszych domów w projektach wyglądały okazale i stylowo – mój jak stodoła – zdaniem sąsiada i sąsiada jak remiza strażacka – moim zdaniem.

Najtrudniejsze jednak było przed nami. Musieliśmy znaleźć ekipę budowalną. W owym czasie nie było to trudne, jeśli można było sobie pozwolić na wydanie dużych pieniędzy, czego my chcieliśmy uniknąć. I tu pojawiła się moja teściowa, proponując nam ekipę z Litwy pod wodzą swojego kuzyna. Z propozycji skorzystaliśmy.

Przyjechali do Polski na początku lipca 1999 roku. Było ich czterech. Nie sprawiali wrażenia, jakby znali się na budowlance, no ale skoro już przyjechali, to ciężko było odmówić. Kłopot polegał na tym, że mówili tylko po litewsku, co bardzo utrudniało, a w zasadzie uniemożliwiało jakąkolwiek komunikację. Umowę musieliśmy sporządzić metodą obrazkową, co stanowiło dla mnie, osoby bez zacięcia plastycznego, nie lada wyzwanie. Jakoś jednak poradziłem sobie z wyrysowaniem na kartce dwóch domów w stanie surowym otwartym, podpisanych kwotą 9.000 dolarów amerykańskich, bo sprawiali wrażenie jakby rozumieli na czym miała polegać ich robota.
Pamiętam dokładnie - koparka wgryzła się w ziemię na mojej działce 7 lipca 1999. Czterech Litwinów do połowy grudnia uwinęło się ze stanem surowym dwóch domów, wyjeżdżając przy tym kilka razy na parę dni odpoczynku na Litwę. Strop w moim domu wylewaliśmy jeszcze w sierpniu. „Uż piardanga”, co po litewsku oznacza „za strop”, mocno wryło się w moją pamięć za sprawą litewskiego samogonu, którym świętowaliśmy ten etap budowy.

Pomijając kopanie fundamentów, murowanie, wylewanie stropów, składanie więźby dachowej i przybijanie papy, wszystko na budowie zrobiłem sam. Codziennie rano przed pracą przyjeżdżałem na budowę, żeby udzielić wskazówek moim majstrom, a wieczorem sprawdzałem postępy. Jeździłem po sklepach budowlanych załatwiając towar. Wiedzę czerpałem z Muratora. Byłem nieformalnym kierownikiem budowy. Ten formalny pojawił się na budowie raz. Wszedł na drabinę, wychylił głowę tuż ponad strop i dał znać operatowi betoniarki, że może wylewać beton.
Litwini zawiesili wiechę we wrześniu i przenieśli się na budowę sąsiada.

Po zimie, zabrałem się za wykańczanie domu. Od marca do listopada, podczas prac wykończeniowych przez budowę przewinęło się kilkudziesięciu wykonawców, większość psioczących na swoich poprzedników i jakością pozostawiających wiele do życzenia.
Najlepiej wspominam elektryka, którego długo przekonywałem, żeby poprowadził kable do włączników światła na amerykańskiej wysokości – czyli znacznie niżej niż po polsku, tak, aby dzieci mogły samodzielnie zapalać światło. Kiedy przyjechałem na budowę, aby odebrać jego robotę, stwierdziłem, że kable są przytwierdzone na standardowej wysokości i zapytałem gościa, czemu zrobił inaczej niż się umawialiśmy. Na co on z rozbrajającą szczerością odparł, że doszedł do wniosku, że tak będzie lepiej.

Złego słowa nie powiedziałbym też o hydrauliku, który zainstalował gorąca wodę w spłuczce do WC, a wodę do sypialni poprowadził nieocieplona rurą, dzięki czemu mam do dziś prosty i praktyczny miernik temperatury na zewnątrz. Jeśli nie mogę umyć zębów rano z powodu braku wody, to nie muszę patrzeć na termometr, żeby wiedzieć, że za oknem jest poniżej -18 stopni Celsjusza. A kiedy odbierałem instalację wodną, spostrzegłem, że lewy koniec półtorametrowego kaloryfera w jednej z sypialni dzieli od podłogi siedem centymetrów, a prawy – piętnaście. Na moje pytanie, czemu służy to zaskakujące rozwiązanie, mój hydraulik odpowiedział, że dzięki temu woda będzie łatwiej spływać.

I tak, jeszcze przed świętami dwutysięcznego roku, wprowadziliśmy się do naszego nowego domu, a ja mogłem odfajkować drugą, z tych trzech rzeczy, które powinien zrobić każdy mężczyzna.
Jak chcesz się podpisać?
Twój komentarz
blad

Lubię to   Polubienia(1)   Skomentuj   
do góry
Mój blogO mnieNewsletterKontakt
polecam poniższe strony internetowe:
www.haer2.pl
www.onlinekoronawirus.pl
www.hr2system.pl
www.hr2audyt.pl
www.hr2bardziej.pl
www.liveslide.pl
ta strona internetowa została stworzona przez: