2021-03-27
Życie
Lubię się
Zawsze zazdrościłem ludziom, którzy mogą jeść i pić do woli mając świadomość, że w żaden sposób nie przekłada się to na ich wagę. Na studiach miałem kolegę – serdeczne pozdrowienia, Michał – którego mama nigdy nie wypuszczała na uczelnię bez grubej siatki wypełnionej kajzerkami z serem i szynką. Aby opróżnić siatkę Michałowi nie wystarczało przerw, więc pałaszował kanapki również w czasie zajęć, a był szczupły jak patyk.

Odkąd pamiętam, zawsze lubiłem dobrze zjeść, co było niewątpliwą zasługą mojej Mamy, dla której dobre i obfite odżywianie było podstawowym wymiarem matczynej troski o jej dzieci. Tata z kolei zaszczepił we mnie zamiłowanie do trunków spożywanych w miłym towarzystwie, a ja szczególnie upodobałem sobie wyśmienitą, choć pieruńsko kaloryczną whisky z colą. Lata dobrego jedzenia i raczenia się drinkami nie mogły nie mieć wpływu na moją wagę.

A ważyłem zawsze trochę więcej niż trzeba. Już w czasie liceum i podczas studiów miałem lekką nadwagę, ale Mama powtarzała mi, że jestem szczupły tylko grubokościsty, a normy podawane przez dietetyków, z których wynikało, że w moim wieku i przy moim wzroście należy ważyć osiemdziesiąt dwa kilogramy, traktowała jako nieporozumienie – jej zdaniem, ktoś, kto tyle waży jest albo poważnie chory, albo zaniedbany.

Od urodzenia byłem absolutnym i niezaspokojonym mięsożercą. Mięso kochałem pod każdą postacią. Nie wyobrażałem, sobie żadnego posiłku bez mięsa i uważałem, że posiłek bezmięsny nigdy nie będzie pełnowartościowy oraz, że nie da się odejść od stołu z poczuciem zaspokojonego głodu, jeśli na talerzu znajdowały się wyłącznie warzywa i węglowodany. Najczęstszym moim śniadaniem była jajecznica na bekonie lub kanapka z szynką, ale bezwzględnie niepozbawiona tej smakowitej, tłustej otoczki. Mięso na obiad odpuszczałem jedynie w piątki, kiedy to zgodnie z naszą wielowiekową tradycją na stół trafiała ryba w panierce z surówką z kiszonej kapusty. No a kolacje, to już był prawdziwy mięsny festiwal – koniecznie pasztet, salceson, suszona kiełbasa lub inna wędlina. W sezonie uwielbiałem te nasze polskie zakrapiane grilowe biesiady, z kaszanką i karczkiem w rolach głównych.

Moja waga powoli, ale systematycznie rosła. Po trzydziestce mój współczynnik BMI zaczął stabilizować się na poziomie powyżej trzydziestu, co wskazywało na pierwszy stopień otyłości. Nie mogę jednak powiedzieć, że miałem z tym jakiś wielki problem. Czułem się świetnie, ciągle podobałem się sobie w lustrze, a ponadto nie miałem zbyt wiele czasu na zastanawianie się, bo dużo i długo pracowałem, a biesiady weekendowe sprawiały mi bardzo dużo przyjemności.
Któregoś dnia, kilka lat przed czterdziestką, postanowiłem wejść na moją łazienkową wagę, którą dotąd zawsze omijałem szerokim łukiem. A ta, bez uprzedzenia, bezceremonialnie i bezlitośnie pokazała mi, ile jestem warty. Było to 107 kilogramów. Przyznam, że te trzy cyfry mocno mną wstrząsnęły. W jednej chwili podjąłem decyzję, że coś muszę z tym zrobić.

Sportu nie uznawałem w tym czasie za rozsądną formę spędzania czasu, odstawienie alkoholu nie wchodziło w grę, postanowiłem więc przejść na dietę. Za namową kolegi z pracy, który podobnie jak ja, powziął wiadomość o swojej wadze – pozdrawiam Cię Marek – udałem się do lekarza, specjalisty medycyny chińskiej. Na podstawie szczegółowych oględzin mojego języka postawił jednoznaczną diagnozę: ma pan nadwagę i musi pad schudnąć. Zalecił mi akupunkturę, noszenie nasion gorczycy w uchu oraz opracował codzienny jadłospis. Za akupunkturę i gorczycę podziękowałem, ale przez kolejnych sześć miesięcy jadłem wyłącznie to, co mi zaordynował. Śniadanie składało się z dwóch grillowanych kromek żytniego chleba z sałatą i gotowaną soczewicą. Obiad mógł być spory i wymyślny, ale pod warunkiem, że składał się z jednej z trzech kombinacji: kasza z mięsem, mięso z warzywami, lub warzywa z kaszą. Mięso musiało być chude i gotowane. Warzywa świeże lub gotowane. Kasza gryczana lub pęczak gotowana. Dowolne przyprawy, ale niewiele soli. Na kolację mogłem zjeść cokolwiek oprócz mięsa i węglowodanów, pod warunkiem, że było tego niewiele i nie później niż o osiemnastej.

Nie było łatwo. Przeszedłem wiele kryzysów i wielokrotnie byłem o włos od steka z frytkami, ale dałem radę. Otuchy dodawała mi moja łazienkowa waga, na którą wchodziłem trzy razy dziennie, prawie za każdym wejściem widząc inną, a przede wszystkim mniejszą wartość. Po sześciu miesiącach ważyłem 86 kilogramów. Wyrzuciłem połowę garderoby. Na luzie zakładałem Lewisy rozmiar 38 a mój brzuch, tyłek i uda wreszcie zaczęły wyglądać, jak powinny. Byłem zachwycony, no i wreszcie mogłem zacząć normalnie jeść.

Po tym fantastycznym wyczynie zrobiłem coś, co robi większość przechodzących na dietę po jej zakończeniu – wróciłem do identycznych nawyków, trybu picia i jedzenia, które stosowałem przed dietą. I powolutku, krok po kroku wracałem do swojego wyjściowego stanu. Zajęło mi to kilka lat. Tuż po czterdziestce moja łazienkowa waga znów zaczęła pokazywać trzycyfrowy wynik.

Tym razem jednak otrzeźwienie przyszło trochę szybciej. Czterdziestka na karku dobrze motywuje do przemeblowań w życiu, więc postanowiłem zająć się sportem. Zacząłem biegać i grać w badmintona. Nie był to intensywny sport, ale za to systematyczny – w każdym tygodniu trenowałem średnio trzy razy. Nawyków żywieniowych i alkoholowych nie zmieniłem. Waga nie chciała spadać, ale też nie rosła. Najwyraźniej, w moim przypadku niezbyt intensywny sport w jakimś sensie neutralizował niekorzystny wpływ na wagę nadmiernego spożycia tłuszczu, cukru i alkoholu.

Ta wagowa stabilizacja w okolicach stu kilku kilogramów trwała prawie przez całą dekadę. Kiedy jednak zacząłem zbliżać się do pięćdziesiątki mój organizm zaczął dawać do zrozumienia, że na dłuższą metę tak się nie da.

Pamiętam dokładnie, był lipiec 2017 roku. Miałem czterdzieści dziewięć lat. Wróciłem właśnie z wakacji w Austrii, objedzony Germknedlem i opity Stieglem. Zrobiłem badania, które pokazały, że mój cholesterol wzrósł do dwustu pięćdziesięciu jednostek. Wiedziałem, że to moment na zmiany. Poważne zmiany.

Kolega z pracy – pozdrawiam Cię Robert – dał mi namiar na swojego dietetyka. Umówiłem się na wizytę. Sympatyczna pani zrobiła ze mną szczegółowy wywiad, zapoznała się z całą historią mojego żywieniowego życia i postawiła diagnozę: musi pan kompletnie zmienić swoje nawyki żywieniowe oraz zacząć stosować naturalne preparaty ziołowe, które panu przepiszę, pomogą one panu zrzucić wagę. Kiedy na moje pytanie, czy nie można by obejść się bez kuracji preparatami, odpowiedziała, że ona inaczej nie leczy, wiedziałem, że nie skorzystam z jej usług.

Doszedłem do wniosku, że sam muszę znaleźć najlepszy dla mnie sposób na drugą pięćdziesiątkę mojego życia. No i wiedziałem, że musi to być zmiana diametralna, a przede wszystkim zmiana nie na miesiąc, pół roku, czy rok, ale zmiana na zawsze, a do tego taka, którą da się polubić.

Sport już uprawiam, więc tu niczego nie będę zmieniał. Planowanie zacząłem od alkoholu.

Szybko zdiagnozowałem, że piję zbyt dużo. W weekendy w zasadzie zawsze. A w tygodniu prawie codziennie: najczęściej lampka wina, piwo albo drink, a nierzadko cała butelka, kilka piw, albo kilka drinków. Wiedziałem, że całkowite wyeliminowanie alkoholu nie wchodzi w grę. Po przeanalizowaniu różnych wariantów wyszło mi, że muszę całkowicie zrezygnować z picia w tygodniu.

Druga kwestia to mięso i tłuszcz. Miałem podejrzenie, że ze wszystkich czynników ten może mieć największe znaczenie dla mojego zdrowia. Światowa organizacja zdrowia zaleca, aby maksymalna dzienna dawka mięsa wynosiła 62 gramy. Polak statystycznie zjada 200 gramów dziennie, a ja zjadałem znacznie więcej. Pierwsza decyzja – maksymalnie jeden posiłek mięsny dziennie. Druga – maksymalnie trzy dni mięsne w tygodniu. Trzecia – zakaz kupowania wędlin, ani żadnego przetworzonego mięsa – jeśli mięso, to tylko samodzielnie przygotowane przeze mnie lub w knajpie. Przestaję też używać masła do smarowania.

Wiedziałem, że nie dał bym rady pozbawić się słodyczy. Więc w zakresie słodkości postanowiłem jedynie wyeliminować konwulsyjne pochłanianie, a poza tym będę jadł.

No i najważniejsze – stawiam na warzywa i kasze. To będzie podstawa mojego żywienia.

Jak postanowiłem tak zrobiłem.

Od ponad trzech lat stosuję te zasady. W ciągu pierwszych kilku miesięcy moja waga spadła o prawie 20 kilogramów. Moja wydolność poprawiła się skokowo. Mam lepszą cerę. Wszystkiego chce mi się bardziej. Jem dużo, może nawet więcej, ale zupełnie inaczej. Zmieniłem podejście do przygotowywania jedzenie, poświęcam mu więcej czasu i celebracji. No i najważniejsze – swojego nowego siebie lubię jeszcze bardziej.
Jak chcesz się podpisać?
Twój komentarz
blad

Lubię to   Polubienia(1)   Skomentuj   
do góry
Mój blogO mnieNewsletterKontakt
polecam poniższe strony internetowe:
www.haer2.pl
www.onlinekoronawirus.pl
www.hr2system.pl
www.hr2audyt.pl
www.hr2bardziej.pl
www.liveslide.pl
ta strona internetowa została stworzona przez: