2021-01-23
Wspomnienia
American dream
Dostać wizę do Stanów nie było wtedy łatwo. Mimo to, we trójkę, z moją dziewczyną i kumplem postanowiliśmy wypełnić wymagane formularze i zanieść je do biura podróży, które pośredniczyło w załatwianiu wiz. Był maj. Trwała gorąca kampania przed czerwcowymi wyborami, które miały wszystko odmienić, czego my zupełnie nie byliśmy świadomi i czym tak naprawdę niespecjalnie się interesowaliśmy. Nasze myśli zaprzątała zbliżająca się sesja egzaminacyjna kończącego się, drugiego roku studiów i szukanie pomysłu na zbliżające się wakacje.

Z niezrozumiałych i niewyjaśnionych powodów, z całej naszej trójki, prawo do wjazdu do Ameryki otrzymałem jako jedyny i mimo, że zostałem sam i nie stać mnie było na bilet, wiedziałem, że nie mogę nie wykorzystać tej okazji.

Pamiętałem, że trzy lata wcześniej, kiedy skończyłem osiemnaście lat, moja Mama, tak na wszelki wypadek, dała mi nieograniczone pełnomocnictwo do swojego dolarowego konta, na którym przez całe życie ciułała oszczędności na czarną godzinę, a ponieważ akurat wyjechała na jakiś czas i kontakt z nią był utrudniony, więc bez jej uprzedzenia, udałem się do banku i czując się jak złodziej okradający własną Matkę, podjąłem osiemset dolarów amerykańskich.

Była to niewyobrażalnie wielka kupa pieniędzy, zważywszy, że w tym czasie za jednego dolara można było dostać w Peweksie butelkę żytniej i sok.

Bilet lotniczy do Nowego Yorku i z powrotem – niezapomniany bloczek cienkich, błyszczących i kolorowych kartek powlekanych od tyłu kalką – kosztował pięćset dolarów, a pozostałe trzysta dolarów zaplanowałem na zabezpieczenie początkowych dni mojego pobytu w Stanach, nie mając zielonego pojęcia co będzie można tam za to kupić.

Na lodówce, zostawiłem dla Mamy kartkę z komunikatem o mniej więcej takiej treści: „Kochana Mamo, wyjechałem do Nowego Yorku, Wracam za trzy miesiące. Pożyczyłem z Twojego konta 800 dolarów. Oddam po powrocie. Nie martw się o mnie. Kocham Cię”. Mój młodszy brat, który był świadkiem odczytywania przez Mamę mojej wiadomości, opowiedział mi potem, że wyglądało to jak zawał serca. Dzwoniłem często do Mamy, zapewniając, że wszystko u mnie w porządku, że mam pracę i czuję się dobrze.

Mój pierwszy w życiu lot samolotem – zresztą wszystko co robiłem podczas tej eskapady, robiłem po raz pierwszy w życiu – miał międzylądowanie w Londynie, a tam okazało się, że z powodu jakiegoś błędu w mojej rezerwacji nie mogę wylecieć o zaplanowanej godzinie. Znaleziono mi inne połączenie, kilka godzin później z lądowaniem na lotnisku w Newark, zamiast JFK. Samo w sobie, nie stanowiło to dla mnie żadnego problemu, do momentu, kiedy uświadomiłem sobie, że nie będę w stanie powiadomić o zmianie znajomego ze Stanów, u którego miałem się zatrzymać na parę pierwszych dni i który miał mnie odebrać z lotniska. Znajomy nie posiadał telefonu stacjonarnego, a telefony komórkowe miały się pojawić na świecie dopiero za jakieś dziesięć lat.

Mój docelowy adres „8 Judge Street” nic nie powiedział taksówkarzowi. Kilka razy zatrzymywał się na posterunkach policyjnych i pytał o drogę. Na miejsce dojechaliśmy po trzech godzinach, a rachunek wyniósł 52 dolary. Byłem przerażony wysokością rachunku, a jeszcze bardziej tym, jak dużą część moich zasobów finansowych pożera mój pierwszy wydatek w Nowym Yorku.
Mój znajomy, jak tylko zdążyliśmy się uściskać, kazał mi natychmiast wsiąść do samochodu i zawiózł nas na Manhattan. Mimo, że pamiętam, jakby to było wczoraj, nie potrafiłbym opisać uczucia, którego doznałem stojąc na środku Times Square, dzień po opuszczeniu szarej i smutnej Warszawy.

Pierwszą pracę znalazłem już po kilku dniach jako „demolition man”, za pięć dolarów za godzinę. Było nas kilkunastu – przypadkowa zbieranina kilku nacji z odległych stron świata. Dali nam kilofy, młoty i siekiery oraz dziesięć godzin na rozwalenie małego centrum handlowego. Naprawdę zajefajna robota.

Kolejną pracę znalazłem w Borough Park, dzielnicy zamieszkanej przez ortodoksyjnych Żydów. Pierwszego dnia porządkowałem dom po pożarze. Przenosiłem i układałem stare klamoty, książki, zdjęcia, pamiątki i nie mogłem oprzeć się, żeby nie poczytać i nie pooglądać historii tego domu. Przez kolejne dwa dni budowałem szałas. Ortodoksyjni Żydzi, podczas święta Sukkot, przez siedem dni mieszkają w szałasach dla upamiętnienia wędrówki Żydów z niewoli egipskiej do Izraela.

Docelową pracą, którą zajmowałem się do końca wyjazdu była sprzedaż odkurzaczy. Zaciągnąłem się do jednej z wielu tak zwanych „agencji”, które działały na Brooklynie i zajmowały się przeróżnymi biznesami, a w szczególności świadczeniem różnych usług dla Polaków mieszkających w Nowym Yorku. Firma miała dwóch szefów – Polaka i Włocha, który codziennie rano wysyłał mnie na drugi koniec dzielnicy, po malutką filiżankę gęstej jak smoła kawy, bez której nie potrafił rozpocząć pracy.

Większość zatrudnionych ludzi stanowili Polacy. Odkurzacze sprzedawaliśmy przede wszystkim Polakom zamieszkującym Nowy York, chociaż czasami, Ci którzy dobrze znali angielski próbowali sprzedaży także u Amerykanów. Ja podjąłem jedną taką próbę, aby przekonać się, że mój angielski jest niewystarczająco perfekcyjny.

W książce telefonicznej szukaliśmy nazwisk kończących się na „ski” i dzwoniliśmy, proponując bezpłatne i niezobowiązujące wypranie dywanu z okazji 75-ciolecia istnienia firmy Kirby na rynku amerykańskim. Kiedy klient zgodził się na taką wizytę, miałem jakieś dwie godziny, na sprzątanie i jednocześnie przekonanie go do zakupu.

Przed rozpoczęciem odkurzania wymontowywałem worek na śmieci a zamiast niego wkładałem taką specjalną przystawkę, w której łatwo wymieniało się papierowe, okrągłe wkładki. Podczas odkurzania, jak tylko papier pokrywał się brudem natychmiast wymieniałem brudny wkład, kładąc go w jakimś dobrze widocznym miejscu, nie pozwalając gospodarzowi na wyrzucanie go do śmieci. Po pół godzinie odkurzania, cały salon był oblepiony brudnymi wkładkami, które leżały na telewizorze, kanapach i krzesłach, sprawiając wrażenie, że w mieszkaniu jest naprawdę brudno, i dając do myślenia, że sprzęt, którego używa gospodarz jest nic nie warty.

Następnie zmieniałem przystawkę i przechodziłem do prania, które robiło jeszcze większe wrażenie za sprawą specjalnego środka piorącego, który powodował, że dywan po wypraniu jaśniał i sprawiał wrażenie, że wreszcie jest czysty.

Kulminacyjnym punktem moich występów było ostatnie oszustwo w sypialni, gdzie po kolejnej zmianie przystawki, czyściłem materac wibrującym wałkiem. Upewniwszy się wcześniej, że materac funkcjonuje już parę dobrych miesięcy, pokazywałem wyciągniętą z materaca rozdrobniona gąbkę, twierdząc, że ten odkurzacz oczyszcza materac z naskórka domowników, który jest siedliskiem różnego rodzaju groźnych drobnoustrojów – i w tym samym momencie prezentowałem katalog z powiększonymi zdjęciami różnych dziwnych robaków, co zawsze robiło ogromne wrażenie na gospodarzu.

Katalogowa cena odkurzacza wynosiła 1200 dolarów. Maksymalnie mogłem obniżyć cenę do 850 dolarów, z czego zatrzymywałem dla siebie 150 dolarów, a wszystkim co udało mi się wynegocjować powyżej 850 dolarów dzieliłem się w połowie z szefem. Przez niecałe trzy miesiące sprzedałem 16 takich odkurzaczy. Większość ich nabywali górale spod Tatr, którzy wyjechali na rok lub dwa do Stanów, zostawiając rodziny w Polsce i siedzieli tam od 10 czy 15 lat, wysyłając co miesiąc pieniądze do ojczyzny. Tych zakupionych odkurzaczy nawet nie widzieli, bo wysyłaliśmy je bezpośrednio do Polski, do ich żon.

Dzięki doświadczeniu z odkurzaczami, dowiedziałem się, że w przyszłości nie chcę mieć nic wspólnego ze sprzedawaniem. Strasznie meczący jest ten przyklejony uśmiech, którego nie możesz ani na chwilę odkleić.

Miałem służbowe auto. Stary, rozklekotany, ale piękny i klimatyczny Mercedes 300 SEL, który po kilku tygodniach zamieniono na nowe, ale bezpłciowe Yugo - wtedy najtańszy samochód w Stanach.

Do knajp chodziłem raczej sporadycznie. Gotowałem sobie sam, zamawiałem jedzenie z pobliskich knajp, albo wybierałem któryś z pobliskich sklepików, których było pełno na każdej ulicy, prowadzonych przez wszystkie możliwe światowe narodowości. W każdym z tych sklepików oprócz zrobienia zakupów, można było zjeść coś właściwego dla kraju, z którego pochodził właściciel. Szczególnie upodobałem sobie Meksykańczyka i Włocha. Wszyscy serwowali też kanapki z cienko krojonym indykiem, sałatą i majonezem. Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak im się opłaca sprzedawać kanapki z tak nieprzyzwoicie grubą warstwą mięsa, za tak niewielkie pieniądze.
Kiedy zamawialiśmy jedzenie na wynos, to przede wszystkim był to Chińczyk, w tym czasie najpopularniejsza kuchnia w Nowym Yorku. Pamiętam moje pierwsze zamówienie, które przyjechało w tych charakterystycznych prostopadłościennych kartonowych pojemnikach z chińskimi znaczkami. Była to wołowina z brokułami. Jedliśmy w większej grupie i kiedy zapytałem, co to za dziwne warzywo, nikt nie mógł uwierzyć, że w Polce nie jada się brokułów.

Przez kilka tygodni mieszkałem w wielkim blokowisku, w dzielnicy zamieszkiwanej głównie przez Portorykańczyków. Na ulicach, co parę metrów mijało się sprzedawców wszelkiego rodzaju używek. Kolega, z którym mieszkałem, przez wiele dni namawiał mnie, żebyśmy spróbowali jednego ze specyfików, oferowanych przed wejściem do naszej klatki schodowej. Długo odmawiałem, ale któregoś dnia doszedłem do wniosku, że muszę sprawdzić, jak to działa. Kolega zaproponował, żebym sam dokonał zakupu, instruując mnie tylko jak nazywa się towar, który powinniśmy wciągnąć i jaka jest optymalna jego ilość na nas trzech. Wyszedłem na ulicę, podszedłem do pierwszego Afroamerykanina i zapytałem, czy to ma i po ile. Odpowiedział, że pół grama kosztuje czterdzieści dolarów. Ja mu na to, że to strasznie drogo i czy nie mógłby chociaż trochę zejść z ceny, na co odpowiedział, że nie może, bo sam nic z tego nie ma. No to zapytałem jaki sens ma sprzedawanie bez zysku. A on mi na to, że zarobi na mnie, jak przyjdę do niego po kolejna działkę, którą sprzeda mi za 45 dolarów. No i skubaniec miał rację. Taka krótka lekcja amerykańskiej ekonomii.

Prze te trzy miesiące wiele zobaczyłem, wiele poznałem, wiele się nauczyłem. Miałem 21 lat i nie wiedziałem co przede mną. Miałem jednak poczucie, że leży to wyłącznie w moich własnych rękach i cokolwiek zechcę osiągnąć, osiągnę to. To poczucie, było najlepszą rzeczą, którą przywiozłem z Ameryki.
Jak chcesz się podpisać?
Twój komentarz
blad

Lubię to   Polubienia(2)   Skomentuj   
do góry
Mój blogO mnieNewsletterKontakt
polecam poniższe strony internetowe:
www.haer2.pl
www.onlinekoronawirus.pl
www.hr2system.pl
www.hr2audyt.pl
www.hr2bardziej.pl
www.liveslide.pl
ta strona internetowa została stworzona przez: