2021-01-09
Styl życia
Run, Forest, run
Moja pierwsza próba zakończyła się całkowitym fiaskiem. Miałem wtedy na karku mniej więcej czterdziestkę i zajęty rozwijaniem zawodowej kariery, zupełnie ignorowałem sprawy dbałości o kondycję. Z przyjacielem ze wsi, z którym w każdy piątek wieczorem zaglądaliśmy do kieliszka, a dokładniej rzecz ujmując do szklanek z whisky z coca-colą, podjęliśmy mocne postanowienie, aby do naszych cotygodniowych rytuałów dołączyć jakiś sport. Bieganie wydało nam się najprostszą dyscypliną, nie wymagającą wyrafinowanego osprzętu, a do tego dostęp do bieżni mieliśmy natychmiast po wyjściu z domu, za sprawą pól otaczających naszą wieś i pobliskiego Lasu Kabackiego.

W słoneczną niedzielę o poranku, przyodziani w świeżo zakupione koszulki, spodenki i buty do biegania, spotkaliśmy się na głównej ulicy naszej wsi i jako cel pierwszego w życiu biegu obraliśmy odległy o jakieś osiem kilometrów Wilanów.

Pierwsze sto metrów poszło całkiem sprawnie. Około dwusetnego metra zaczęły się problemy z łapaniem oddechu i kolką, a mniej więcej na trzysetnym metrze nasze organizmy kompletnie odmówiły posłuszeństwa. Resztę trasy pokonaliśmy spacerem, zastanawiając się, jak to w ogóle możliwe, żeby jogging komukolwiek sprawiał jakąkolwiek przyjemność.

Kilka tygodni po moim pierwszym biegowym doświadczeniu, spędzaliśmy wakacje u zamożnych przyjaciół, w ich letnim domu. Podczas pierwszego wspólnego śniadania, instruktorka tenisa, którą zwykle zabierali na wakacje z zadaniem szkolenia dzieci, rzuciła retoryczne pytanie „Zamierzam codziennie uprawiać jogging. Może ktoś z państwa chciałby do mnie dołączyć?”. Ani ona, ani ja nie spodziewaliśmy się, że ktoś odpowie pozytywnie na tę propozycję, zacząłem jednak analizować: biegania nie lubię, będę miał kłopot z dotrzymaniem jej kroku, nie wychodzę z domu bez śniadania, a w ogóle to przyjechałem tu odpocząć. Z drugiej jednak strony, okazja, aby uprawiać jogging w środku lata na hiszpańskiej riwierze, pod okiem młodej i wysportowanej instruktorki, może się długo nie powtórzyć.

I tak oto, następnego dnia, o siódmej rano, stanąłem na tarasie w biegowym rynsztunku. Plan był następujący: biegniemy dwa kilometry do plaży, wskakujemy do morza na krótką kąpiel i powrót biegiem do domu. I tak codziennie, przez dwa tygodnie.

Co dzień wybiegaliśmy razem, ale instruktorka zupełnie nie zwracała na mnie uwagi, biegła swoim tempem, a ja nie byłem w stanie jej dogonić, więc biegaliśmy osobno.

Pierwsze dni trudno nazwać joggingiem. Było to raczej szybkie chodzenie, przeplatane co jakiś czas truchtem. Poranna kąpiel w morzu śródziemnym była wprawdzie wielką przyjemnością, ale poprzedzające ją i następujące po niej dwa kilometry na wyrost nazwanej „przebieżki” do przyjemności raczej bym nie zaliczył. Ten trucht miał to do siebie, że za każdym razem, prędzej czy później odczuwałem, że kończą mi się siły i muszę odpocząć zamieniając na jakiś czas trucht na chodzenie. Wydawało mi się, że to niemożliwe, aby dojść z własnym organizmem do takiego stanu, w którym możesz biec i biec nieprzerwanie, bez odpoczynku, przez długi czas. Świadomość tej niemożliwości, była dla mnie największym problemem w bieganiu. Mimo to, starałem się z każdym dniem, na ile mogłem, wydłużać odcinki truchtu i zwiększać ich częstotliwość, zmniejszając jednocześnie czas i częstotliwość odpoczynku.

Przełom nastąpił nieoczekiwanie mniej więcej siódmego dnia. Dwa kilometry do morza pokonałem bez żadnego odpoczynku, a zatrzymałem się nie dlatego, że skończyły mi się siły, a dlatego, że skończył się zaplanowany dystans. Pamiętam, że wpadłem wtedy w euforię. Doznałem uczucia, jakbym dokonał czegoś, co było niemożliwe do wykonania. Do końca wyjazdu ani razu nie odpocząłem podczas biegu, a te dwukilometrowe przebieżki stały się ogromną przyjemnością. I tak zakochałem się w bieganiu.

Od tamtej pory minęło już ponad dziesięć lat. Biegam dwa, trzy razy w tygodniu, a od początku pandemii codziennie.

Moja dzienna dawka to zawsze sześć kilometrów. Mam kilka stałych tras wokół domu. Kiedy wyjeżdżam, zawsze zabieram ze sobą buty i ubranie do biegania, bo bieganie po okolicy, której nie znam, sprawia mi szczególną przyjemność.

Biegam w każdych warunkach. Nie przeszkadza mi deszcz, ani śnieg, ani niska temperatura.

Nie biegam szybko, za to biegam ze stałą prędkością. Moja prędkość to około 9 km na godzinę, chociaż powinienem napisać, że moje tempo to 6:40 minuty na kilometr, bo prawdziwy biegacz nie używa pojęcia „prędkość” 😊

Kilka razy biegłem w „Biegnij Warszawo”. To taki bieg organizowany co roku na początku października w Warszawie na dystansie dziesięciu kilometrów, w którym udział bierze kilkanaście tysięcy osób. Mój najlepszy wynik w tym biegu to 57 minut, co oznacza, że nie byłem ostatni i uplasowałem się w grupie czterdziestopięciolatków mniej więcej w trzech/czwartych stawki (trzy czwarte biegaczy było przede mną). Dla porównania wynik najlepszego biegacza w tym biegu to zawsze około 29 minut, co oznacza, że wygrywający przebiega dystans ze średnią prędkością ponad 20 kilometrów na godzinę. Co ciekawe, w tym biegu startuje zawsze kilku osiemdziesięciolatków, a najgorsi z nich mają wyniki na poziomie 45 minut…

Nie wiem co jest najprzyjemniejsze w bieganiu: wystrzały endorfin, świadomość dbania o własne zdrowie, czy też systematyczne pokonywanie „nie chce mi się”. Na pewno jednak ze wszystkich wyzwalaczy hormonów szczęścia jakimi są śmiech, wysiłek fizyczny, akupunktura, opalanie, czekolada, zioło i orgazm, bieganie jest jednym z najtańszych i najłatwiej dostępnych sposobów.
Jak chcesz się podpisać?
Twój komentarz
blad

Lubię to   Polubienia(2)   Skomentuj   
do góry
Mój blogO mnieNewsletterKontakt
polecam poniższe strony internetowe:
www.haer2.pl
www.onlinekoronawirus.pl
www.hr2system.pl
www.hr2audyt.pl
www.hr2bardziej.pl
www.liveslide.pl
ta strona internetowa została stworzona przez: