2021-04-10
Życie
Jak zarobić pierwszy milion
Znajomy sprzedał nam wiadomość o niszy na bułgarskim rynku motoryzacyjnym. Z moim koleżką z licealnej ławy, długo nie zastanawialiśmy się. Pojechaliśmy na bazar Różyckiego i po same brzegi wypełniliśmy dwa plecaki i cztery torby podróżne kalendarzykami i roletami samochodowymi na przyssawkę. Następnie zakupiliśmy bilety PLL LOT i już po kilku dniach, w mroźny zimowy poranek, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych otworzyliśmy stoisko na największym bazarze w stolicy Bułgarii.

Sprzedaż szła jak krew z nosa, bułgarska milicja kilka razy zmusiła nas do zmiany lokalizacji, a gorąca herbata od mobilnego kawiarnianego z trudem przywracała krążenie w zamarzniętych stopach. Po kilku godzinach, kiedy wszystko wskazywało na to, że nasze akcesoria pofruną z powrotem do Polski, pojawił się jegomość, który zaproponował nam hurtowy zakup całego towaru. Wprawdzie rzucona przez niego cena znacznie odbiegała od wartości przyjętej w naszym biznesplanie, jednak bez zająknięcia zgodziliśmy się na transakcję, bo z rachunków wyszło, że marża będzie godziwa.

W ciągu kilku kolejnych tygodni staliśmy się potentatami w dostawach kalendarzyków i rolet na rynek bułgarski. Do Sofii polecieliśmy w sumie jeszcze pięć razy. Za każdym razem nasz kontrahent odbierał cały towar tuż po wyjściu z hali przylotów, a my za zarobione pieniądze spędzaliśmy kilka upojnych dni racząc się bułgarskimi koniakami i szusując na nartach na stokach podsofijskiej Witoszy. Najlepszym wspomnieniem naszego bałkańskiego biznesu pozostanie wesele córki naszego bułgarskiego łącznika, podczas którego poznałem smak domowej rakii na śliwkach.

Kiedy Bułgarzy stracili zainteresowanie naszymi akcesoriami, byliśmy z moim wspólnikiem zmuszeni do znalezienia innego obszaru biznesowego. Gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, kiedy Polska cierpiała na brak wszystkiego, nasz dobry znajomy został dyrektorem zakładów w Opocznie, dzięki czemu mogliśmy liczyć na dostawę jednej ciężarówki płytek tygodniowo. Założyliśmy najprawdziwszą spółkę. Wiedzieliśmy, że powinniśmy nadać jej nazwę, której brzmienie na wszelki wypadek, pozwoli nam szybko zjednać sobie urzędników państwowych. I rzeczywiście na hasło „Plajta spółka z o.o.” drzwi w urzędzie skarbowym same się otwierały.

Plan wynajęcia pustej piwnicy, w bloku, w którym mieszkałem spalił na panewce. Zawistni sąsiedzi nie dali się przekonać nawet darmową instalacją domofonu. No to sklep otworzyliśmy w moim mieszkaniu, na pierwszym piętrze. Mój Tata już wtedy nie żył, a Mama wyjechała na kilka miesięcy do Niemiec. Brat dał się namówić, że jakoś da się wcisnąć jego łóżko pomiędzy paczki z płytkami. Tata wspólnika, specjalista od tych spraw, policzył jaki maksymalny ciężar może udźwignąć blok z wielkiej płyty i tak uruchomiliśmy sklep z glazurą na osiedlu Grapa w Konstancinie.

Zainteresowanie było ogromne. Najlepiej szły kwadraty do kuchni, piętnaście na piętnaście, tak zwana „chmurka” w kolorach od kawy do sraczki. W dzień dostawy, kiedy pod drzwiami mojego mieszkania czekała już spora kolejka klientów, z moim wspólnikiem przerzucaliśmy całą ciężarówkę na pierwsze piętro. Mieliśmy po dwadzieścia kilka lat, więc bez problemu wnosiliśmy po dwie paczki, uważając przy tym, aby nigdy nie pozostawiać towaru na ulicy bez nadzoru, bo towar ten w tych czasach był wyjątkowo chodliwy.

Pamiętam, jak przy którejś z dostaw, kiedy przewaliliśmy już prawie cały transport, zszedłem na dół po ostatni kurs. Na chodniku stały trzy paczki. Nie byłbym w stanie udźwignąć ich wszystkich, więc wziąłem dwie, w przekonaniu, że ostatnia paczka będzie bezpieczna, bo kilka metrów dalej stała sąsiadka z psem. Kiedy jednak wróciłem na dół, ostatnia paczka gdzieś zniknęła. Zapytałem więc sąsiadkę, która ciągle stała nie dalej niż dwa metry od miejsca zrzutu moich płytek, pogwizdując i udając brak zainteresowania rozładunkiem, czy nie wie przypadkiem co się z nią stało. Odpowiedziała, że nic nie widziała. Zdziwiony rozejrzałem się wokół i szybko dojrzałem zgubę w krzakach, które rosły tuż przy wejściu.

Biznes szedł wyśmienicie. Zatrudniliśmy kogoś do sprzedaży, sami byliśmy przecież zajęci studiami. Średnia pensja wynosiła wtedy 180.000 złotych. Wpadaliśmy co jakiś czas ze wspólnikiem po zaliczkę wysokości ćwierci melona i taksówką ruszaliśmy do Warszawy na kaczkę do Kamiennych Schodków. Piękne to były czasy.

Biznes nie trwał jednak zbyt długo, z uwagi na zmianę pracy naszego dyrektora z Opoczna, ale jeszcze przez kilka miesięcy po jego zamknięciu, do mojego mieszkania pukali ludzie z pytaniem „czy dostanę chmurkę”.

Jednak mój prawdziwy, wielki biznes miał dopiero nadejść.

W dziewięćdziesiątym trzecim roku pojawił się w Polsce tygodnik Miliarder. Pierwsza kolorowa gazeta, na błyszczącym papierze z reportażami, wywiadami i kolorowymi zdjęciami celebrytów. Sponsorowali pierwszoligowy klub piłkarski Sokół Pniewy oraz Koło Fortuny – bardzo popularny w tym czasie program telewizyjny prowadzony przez Wojciecha Pijanowskiego i Magdę Masny. Tygodnik kosztował 52 tysiące złotych, czyli trochę ponad 5 złotych na dzisiejsze pieniądze.
Tygodnik organizował konkurs dla czytelników. W każdym wydaniu, na kilkunastu szpaltach drukowali kilka tysięcy losowych numerów dowodów osobistych. Numery były drukowane w losowej kolejności, tak aby utrudnić ich wyszukiwanie. Konkurs polegał na tym, żeby sprawdzić, czy numer dowodu czytelnika nie znajduje się przypadkiem wśród wydrukowanych numerów. Jeśli znalazłeś swój numer dowodu na liście i występował on tam raz – wygrywało się pierścionek, dwa razy – telewizor, trzy razy – małego fiata. Konkurs cieszył się wielką popularnością. Ludzie kupowali gazetę, która kosztowała sporo, ale kupując jeden egzemplarz można było wyszukać numery dowodu wszystkich swoich domowników, a nawet mieszkańców całego bloku, dzięki czemu koszty można było podzielić na większą liczbę ludzi.

Któregoś dnia, oglądając ze znajomym Koło Fortuny, w którym zawsze na środku studia stał mały fiat z namalowanymi na masce wielkimi, białymi literami układającymi się w słowo „Miliarder”, pomyślałem, że można by na tym zarobić udostępniając usługę wyszukiwania numeru dowodu w tygodniku.

W drukarni więziennej na Rakowieckiej zmówiliśmy kilka tysięcy kartoników wielkości kartki A4, dzielonych na pół, perforowaną linią, na których wpisywało się numer dowodu osobistego klienta oraz jego adres. Na kartoniku było wypisane zobowiązanie firmy Jamex – bo tak nazwaliśmy firmę – do tego, że przez rok, czyli w pięćdziesięciu dwóch wydaniach tygodnika, będziemy wyszukiwać podany przez klienta numer dowodu osobistego, a jeśli go znajdziemy, to będziemy przekazywać tę informację do klienta za pośrednictwem listu poleconego na podany adres wraz z informacją o liczbie wystąpień jego dowodu. Sprzedawcy oferowali taką roczną usługę za cenę 50.000 złotych. Wpisywali dane klienta na obu częściach kartonika, przyjmowali opłatę, odrywali połowę kartonika i wręczali klientowi.

W każdą środę rano, kiedy tygodnik pojawiał się w kioskach kupowałem jeden egzemplarz i przynosiłem go do firmy. Studiowałem w tym czasie informatykę, więc napisanie oprogramowania do automatycznego zczytywania numerów z tygodnika i zarządzania bazą klientów nie stanowiło dla mnie żadnego problemu. Mój wspólnik, który zajął się logistyką całego przedsięwzięcia szybko znalazł firmę akwizycyjną „New York Marketing”, która zajęła się sprzedażą. Tabliczki z napisem „akwizytorom dziękujemy” miały się pojawić dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych, więc sprzedaż szła imponująco.

W sumie sprzedaliśmy ćwierć miliona pakietów. W szczycie działalności, średnio w tygodniu znajdowaliśmy około 200 zwycięzców konkursu – z czego około 10% stanowiły telewizory, a reszta pierścionki. Samochodu nigdy nie znaleźliśmy. Prawdopodobnie Miliarder nigdy nie opublikował jednego numeru trzykrotnie. W każdym tygodniu wysyłaliśmy te 200 listów do klientów, otrzymując potem miłe telefony z podziękowaniami.

W dziewięćdziesiątym czwartym roku wchłonęła mnie korporacja i przez ponad dwie dekady nie chciała wypuścić. Tych lat polskiego przełomu, w których wszystko było do osiągnięcia, w których nikt nie wiedział co przed nami, które zbiegły się w czasie z moim wchodzeniem w dorosłe życie, nigdy nie zapomnę. Jestem szczęśliwy, że mogły one być moim udziałem.
Jak chcesz się podpisać?
Twój komentarz
blad

Lubię to   Polubienia(1)   Skomentuj   
do góry
Mój blogO mnieNewsletterKontakt
polecam poniższe strony internetowe:
www.haer2.pl
www.onlinekoronawirus.pl
www.hr2system.pl
www.hr2audyt.pl
www.hr2bardziej.pl
www.liveslide.pl
ta strona internetowa została stworzona przez: